Agnieszka Tkacz


Historia została dodana: 02-07-2017 r.
Ilość wejść: 2 315.

 Redaktor/Autor: Małgorzata Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli:

 

Drepcze za nimi jak mała, ledwo co opierzona kurka. Oni w pokoju, ona też. Oni wchodzą na strych,  ona staje przy pierwszym stopniu – fachowcy nazywają go „zapraszającym”  i patrzy za nimi. Oni wychodzą na podwórko,  ona wygląda przez okno. Nie wychodzi. Pada, może to dla tego.

Taką właśnie panią Agnieszkę Tkacz poznałam. Małą, drobną blondynkę z krótko ściętymi włosami, chudą czterdziestolatkę. Że chudą zauważyłam dopiero wtedy, gdy nieco się rozluźniła w naszej obecności i już rękami nie przyciskała szczelnie do piersi i brzucha wielkiego swetra.

Mieszka w Lubanowie. To niewielka wieś w zachodniopomorskiem w gminie Banie. Mieszka tu z trójką swoich dzieci i rodzicami. Chorymi rodzicami. Wszystko więc na jej głowie. Na głowie i na chudych barkach. Nie zawsze daje radę.

Spotykamy się w czasie, gdy pani Agnieszka stałą się „podopieczną” portalu INFO Szczecin. Prowadzi go Mariusz Stępień. Z zawodu energetyk,  z zamiłowania i pasji „pomagacz”, w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Ktoś powiedział mi, że jest rodzina w Lubanowie, taka pani Agnieszka, że trzeba jej pomóc – mówi pan Mariusz raz po raz spoglądając na dach. Na wyglądających niezbyt stabilnie łatach przymocowanych do też niezbyt stabilnie wyglądających krokwi,  uwija się kilku mężczyzn. Zdejmują i zrzucają połamane i stare dachówki. Przyjechali tu właśnie po to, by wymienić dach.

Pomyślałem, dlaczego nie – ciągnie swoją opowieść pan Mariusz – nauczony doświadczeniem sprawdziłem w Pomocy Społecznej co to za rodzina. Mimo, że panie obowiązuje tajemnica, to powiedziały mi,  bez żadnych szczegółów, że pani Agnieszka rzeczywiście potrzebuje pomoc. Jest pod opieką Ośrodka, także ma środki na życie, na utrzymanie, ale jeśli ktoś chce jej pomóc, to na prawdę warto, bo jest to rodzina, która wymaga opiek. Nie ma tu żadnych problemów alkoholowych, jest to rodzina, którą naprawdę warto się zająć.

To, co było na zewnątrz domu, raczej „Pomagacza” nie zaskoczyło. „Dom jak dom” pomyślał. W środku jednak przeżył szok. Sufity w pokojach były brązowe i brązowo – czarne od plam po deszczu i rozrastającego się grzyba. W jednym z pokojów na plamach się nie skończyło. Z sufitu czernią zionęła potężna dziura.

Na życie to ja odkładam, mam na rachunki i jedzenie, mam dla dzieci – tłumaczy pani Agnieszka trochę zawstydzona –  z tych moich pieniążków, czy mamy tej renciny, co ona zaledwie 600 z groszami ma, to wiadomo ja nie jestem w stanie, żeby coś,  chociaż jakiś mały grosz odłożyć na remont chociażby tego dachu czy mieszkania.

Dlatego dach nie spełniał swojego zadania. Nie dawał schronienia i bezpieczeństwa, z czym na ogół większości ludzi kojarzy się hasło: „dach nad głową”. Tu bezpiecznie nie było. Spali w nocy w jednym łóżku – takie są tu warunki, pani Agnieszka z dzieciakami w jednym pokoju, w drugim niepełnosprawni rodzice. Spali, gdy w nocy oderwał się potężny kawał sufitu i z hukiem spadł na podłogę. Na szczęście na podłogę.

Już nie raz się tam waliło, ale całe szczęście, że troszeczkę dalej byliśmy odłączeni od tej dziury jak to się mówi – tłumaczy z tym swoim niepewnym uśmiechem pani Agnieszka.

Między innymi dlatego zjawił się w Lubanowie pan Mariusz, ze swoja pomocową ekipą, z którą skrzyknęli się „na fejsie”. Wrzucił kilka zdań o pani Agnieszce i jej rodzinie i… zbiórka ruszyła. Na dach.

Tam chyba było ze 150 osób – usiłuje w pamięci policzyć Mariusz Stępień – Kwoty były różne od 300 złotych do 5 złotych, ale to nie ma znaczenia, chodzi o to, że ktoś ma dobre serce, zauważył potrzebę i daje  na tyle ile kogo stać. Jedna pani do mnie wręcz napisała, panie Mariuszu ja sama mam potrzeby, ale 10 złotych wysalam i to jest piękne.

Na FB zgłosił się także Paweł Janusz, specjalista od prac wysokościowych i napisał: „ja ten dach zrobię”. I robi. Jest jednym z tych kilku mężczyzn, którzy chodzą po niestabilnych łatach przybitych do niestabilnych krokwi.

Kiedyś sobie obiecałem, że jak mi się zacznie w życiu powodzić, zacznę innym  w życiu pomagać i raz w roku taką akcję organizujemy – tłumaczy pan Paweł

Ile to pana kosztuje?

–  Nic

– Jak to nic, przecież robocizna…

 – Chłopaki  robią to za darmo, też  z czystego serca, akurat mamy taką ekipę, że wszyscy są w porządku, wszyscy się zadeklarowali, że jedziemy i robimy za darmokończy pan Paweł wzruszając ramionami, jakby nic wielkiego się nie działo.

Ale dzieje się. Dla pani Agnieszki to tak, jakby pan Bóg zesłał Anioły, i wreszcie po tylu latach cierpienia, samotności, bezsilności i modlitw do Niego z pytaniem: ”Dlaczego? Dlaczego Boże to robisz? Dlaczego nie wspierasz?…”, pokazał, że jest, że wspiera.

Ale potrzeb jest znacznie więcej niż remont dachu. Nie ma łazienki, elewacja się sypie, strych w podłodze ma dziury, bo zanim dach został naprawiony, deszcz zrobił swoje. Strop gnije. A pod tym stropem wciąż stoi łóżko w którym śpi pani Agnieszka i dzieci, czternastoletnia Viktoria, dziesięcioletni Olivier i ośmioletni Michała. Jest jeszcze jedno dziecko. Dorosła już córka, która mieszka za granicą. Tu nic nie jest proste. Gdy pytam o ojca dzieci, pani Agnieszka, jak każdy, kto czuje się w obowiązku powiedzieć niezbyt przyjemną prawdę, odchrząknęła.

Każde ma innego ojca jeden z nich mieszka po sąsiedzku. Jedne w innym mieście. Ojciec najmłodszego odebrał sobie życie. Za każdym razem była to nadzieja na ułożenie sobie życia, ale to życie jakoś ułożyć się nie chciało.

Viktora, to typowa nastolatka. Z charakterem –  opowiada pani Agnieszka o córce. Czasami pomaga w domu, czasami nie. Czasami poproszona o pomoc odburknie, jak to mają w zwyczaju nastolatki, a czasami powie: „za chwilę” i za chwilę pomaga.  Marzy o własnym pokoju. Pani Agnieszka pokazuje nawet jedno z pomieszczeń w mieszkaniu, które jej córka chciałaby adaptować na swój pokój. Ciemna klitka, do które wstawiono jakieś krzesło i coś, co, jak się domyślam, ma być biurkiem. Ja jednak mam bogatą wyobraźnie…

Michałek to najbardziej pomaga – pani Agnieszka uśmiecha się szeroko – jak mam atak, to pomaga. Poduszkę przynosi. Dziadkom mówi, że mam atak. Pomagają mi się pozbierać. Położyć.

 

05.07.2017

Pani Agnieszka choruje. Ma ataki epilepsji. Przyczyną są dziury w mózgu. Dosłownie. Jak miała dwa latka spadła w przedszkolu z drabinki. Tuż po tym upadku nic się specjalnego nie działo. Minęło jednak kilka lat i wystąpił pierwszy atak.  Gdy diagnozowano panią Agnieszkę z wykorzystaniem precyzyjnego sprzętu – tomografem komputerowym – zobrazowano w jej mózgu dwie dziury.

Takie jak koniec tego małego palca – pokazuje pani Agnieszka na swojej chudej dłoni. Pod wpływem stresu, zdenerwowania te dziury jakby nieco się powiększają i zbliżają do siebie. Wtedy następuje utrata świadomości.

Zaczyna się od nóg – opisuje pani Agnieszka – wykręcają się mi jakoś tak do środka, są  miękkie, jakby z waty i idzie to wszystko do góry. Nie mogę ustać. Tracę przytomność.

Po takim ataku pani Agnieszka musi odpocząć. To nie kilka czy kilkanaście minut. Bywa, że śpi dobę. Jeszcze kilka lat temu takie ataki miała co tydzień, czasami dwa razy w tygodniu. Teraz, gdy bierze Gabitril, ataki pojawiają się co drugi, co trzeci miesiąc.  Chyba, że wcześniej pojawi się stres czy zdenerwowanie… Lek ma też swoje skutki uboczne: zawroty głowy, uczucie zmęczenia i nadmierna senność, niepokój, drżenia, zaburzenia koncentracji.

Takie już nie raz załamanie mam – mówi pani Agnieszka nie patrząc na mnie, bezwiednie głaszcząc siedzącego na jej kolanach chudego kota – że nie raz już siedzę i płaczę, i mówię, że nie dam sobie rady. Już nie raz myślałam… – zawiesza głos – Ale powiem pani, że coś mi wchodzi w serce, jak to się mówi, że jeszcze nie. No muszę, muszę dać sobie radę, bo jeszcze są dzieci. Bo jeszcze są rodzice. Muszę. Muszę mieć siłę.

 

Ojciec pani Agnieszki trzy lata temu miał rozległy zawał. Nie może dziś nic dźwigać, nawet kilograma. Ciężko mu się poruszać z powodu nadwagi i cukrzycy. Pani Agnieszka pomaga mu się ubierać, zakłada skarpety. Ojciec ma też nadciśnienie i nie ma renty. Zabrakło kilku przepracowanych lat do emerytury.

Mama pani Agnieszki to też lista chorób. Od nadciśnienia po… no właśnie,  nie wiadomo co. Jakiś czas temu obie kobiety zauważyły, że noga mamy Pani Agnieszki jest zimna. Do tego jeden z paznokci zrobił się jak jakaś dziwna narośl. Zawieźli ją do szpitala. Wtedy jeszcze do samochodu szła sama, jednak jak ją odbierali chodzić już nie mogła. Lekarze stwierdzili, że prawa noga nie ma dotlenienia i niewykluczone, że potrzebna będzie amputacja, bo nie ma dopływu krwi do kończyny. Kobieta dostała leki. Wrócili do domu. Teraz porusza się za pomocą wózka inwalidzkiego. Paznokieć ma  już swój normalny kształt i kolor, natomiast noga wciąż jest zimna. Oboje rodzice wymagają stale opieki pan Agnieszki. W tym mycia.  Robią to, zresztą nie tylko rodzice, ale wszyscy domownicy  w misce. Pani Agnieszka obmywa matkę gąbką, ojciec stara się być w tej kwestii bardziej samodzielny. Dlatego łazienka jest kolejną pilną potrzebą dla rodziny.

Jest ładne pomieszczenie tutaj, z oknem – tłumaczy pan Mariusz – ale jest tylko toaleta.

Pan Mariusz prowadzi mnie do pomieszczenia, gdzie mogłaby być łazienka.  Nie ma nawet drzwi. Od pozostałych pomieszczeń, a dokładnie od kuchni oddziela ją  purpurowa zasłona. Pani Agnieszka wślizguje się w niewielką szczelinę między zasłoną a ścianą i odsłania cała zawartość pomieszczenia. Fakt, jest całkiem duże jak na potencjalną łazienkę i to wszystko, co dobrego można powiedzieć o tym pomieszczeniu. Jakieś deski, jakieś rzeczy, które trudno mi zidentyfikować i sedes. Patrzę na tę porcelanę i myślę o kuchni, która jest za cienką, purpurową zasłoną.

Tu też wszędzie był grzyb, dlatego musiałam pozbijać tynki – tłumaczy pani Agnieszka, gdy mój wzrok przesuwa się po nagich cegłach. A ja natychmiast wyobrażam sobie tę drobną kobietą zbijającą zagrzybiony tynk, by za chwilę wyobrazić sobie,  jak z miską wody idzie myć niepełnosprawną matkę.

– Obmyję, posmaruję, żeby się nie odparzyła – przypomina mi się szczegółowy opis zabiegów pielęgnacyjnych.

Ten obraz także poruszył pana Mariusza, dlatego na jego portalu INFO Szczecin pojawił się kolejny wpis zatytułowany: „Dach już mają… teraz walczymy o łazienkę”.   Na dach zostało zebrane 5 700 złotych i dach jest.

Ja jestem szczęśliwa i moje dzieci tak samo – na hasło „dach” uśmiech z twarzy pani Agnieszki nie znika – mówią, mamuś  będziemy bezpieczni, bo chociaż ta dziura się na nas nie zawali. Ja to w nocy nieraz wstawałam i zerkałam, jak jakiś szmer czy coś, aby zobaczyć tylko, czy coś nie spadło.

Pan Paweł, który remontował dach ze swoją ekipą obiecał też, że po wakacjach zewnętrzne ściany  zostaną ocieplone i otrzymają piękny wygląd.

Mój szwagier przy grillu majowym powiedział, że ma styropian, no to ciągniemy to dalej – tłumaczy pan Paweł ciąg dalszy swojego  udziału w życiu rodziny pani Agnieszki – będzie styropian, a jak wrócę z Holandii i przywiozę kleje, to zrobimy elewacje i w trakcie elewacji, jak będzie zła pogoda to można będzie robić w środku. 

By jednak „robić w środku” potrzebna jest pomoc. Trochę materiałów na łazienkę jest już zebranych, jednak to wciąż za mało. Potrzebne jest wszytko: płytki, sedes, krany,  umywalka, farby, regipsy, wata izolacyjną, płyty podłogowe, futryna 80 z drzwiami, cement, kable do położenia instalacji i całe mnóstwo innych rzeczy.

Potrzebne są też ręce do roboty. Najchętniej  elektryka, hydraulika, płytkarza/glazurnika. Można też pójść krok dalej i… zaproponować remont pokoju, kuchni, korytarza, strychu… Bo tu naprawdę potrzebne jest wszystko.  Dom w którym mieszkają to właściwie mieszkanie w popegeerowskim szeregowcu. To stare poniemieckie budynki, których nikt nie remontował, a potem za grosze sprzedano najemcom na własność. Za grosze, bo wszystkie były w fatalnym stanie. Kogo było stać, zrobił remont.  Pani Agnieszka nie miała na to szans.

–  Ja jestem katoliczką, ale nieraz są takie sytuacje, że siedzę i mówią : „Boże, czy ty jesteś czy ciebie nie ma? Czy ty mi pomożesz?”. Ta już nie raz takie sytuacje mam… Wierzyć, no wierzę, ale już nieraz takie sytuacje są… – oddech jest głębszy dłuższy. Powstrzymuje łzy.

Teraz jednak, po tym co stało się z dachem, to tak, jakby dar od Boga – prowadzę ją w kierunku lepszych myśli.

– To może być tak – podchwytuje myśl – To może być dar od Pana Boga. Może. To jest nawet możliwe. Tak sobie teraz pomyślałam, że to teraz może być tak, że Bóg mnie w końcu usłuchał. Nie raz siedziałam i modliłam się o pomoc… Może Bóg mnie usłuchał, może  tak jest i idzie po naszej myśli. Nowy rozdział zaczniemy w naszym życiu.

 

 

Za parę tygodni odwiedzimy znowu panią Agnieszkę, może i nasi czytelnicy przyłączą się do szlachetnej akcji pomocy rodzinie państwa Tkacz i prace w Lubanowskim domu ruszą ze zdwojoną siłą.

04.11.2017                                                         Agnieszka marzy o łazience

 

Już tak niewiele brakuje… Jednak wciąż brakuje. Łazienka dla rodziny pani Agnieszki Tkacz z Lubanowa staje się coraz bardziej realna. Brakuje jeszcze około 3 tysięcy złotych, aby była taka, jak… w każdym domu. Bo dziś tej łazienki wcale nie ma, a toaleta to sedes wstawiony do pomieszczenia obok kuchni, które zasłonięte jest kawałkiem materiału.  Akcja prowadzona przez Mariusza Stępnia trwa.

 

-Dziś byli panowie i sprawdzali to pomieszczenie, co tam trzeba zrobić– radość w głosie pani Agnieszki jest nie do ukrycia – już mniej więcej wiedzą, co trzeba. Może w przyszłym tygodniu ruszą prace. I pan Paweł będzie robił elewację – kolejna doskonała wiadomość i kolejne iskierki radości w oczach Agnieszki Tkacz.

Taki był plan. Jak w maju ekipa Pawła Janusza układała nowy dach, to już wtedy wiedział, że wrócą tu z kolejnymi pracami.

Mój szwagier przy grillu majowym powiedział, że ma styropian, no to ciągniemy to dalej – tłumaczył wówczas pan Paweł ciąg dalszy swojego  udziału w życiu rodziny pani Agnieszki – będzie styropian, a jak wrócę z Holandii i przywiozę kleje, to zrobimy elewacje i w trakcie elewacji, jak będzie zła pogoda, to można będzie robić w środku. 

I tak się właśnie dzieje. Za chwilę będzie „robione ocieplenie ścian, czyli będzie nowa, ciepła elewacja” – pisze na portalu INFO Szczecin Mariusz Stępień, do którego, splotem rożnych okoliczności, trafił temat pomocy dla pani Agnieszki i jej rodziny. I w tym samym wpisie dodaje: „musimy zrobić w końcu łazienkę”. I powoli środki wpływają. Na stronie zbiórki (zrzuka.pl), która kończy się za 12 dni, brakuje jeszcze 21 procent wymaganej kwoty.

Może to też być pomoc w naturze.

Umywalka – mówi pani Agnieszka wciąż z tą samą radością w głosie. Może to też być sedes. „Może ktoś ma niepotrzebne parę metrów glazury czy terakoty?” – to z kolei pytanie pana Mariusza. Jest już brodzik. I co najważniejsze „jest dobry i chętny człowiek, który zrobi też łazienkę” – pisze na swojej stronie Mariusz Stępień.

Łazienka to nie tylko zmiana komfortu życia dla rodziny pani Agnieszki, to rzecz niezbędna w sytuacji, gdy pogarsza się zdrowie jej rodziców. Kilka tygodni temu tata pani Agnieszki trafił   szpitala.

Udar – wyjaśnia kobieta – teraz czuje się już lepiej, ale wciąż narzeka na serce. Puchną nogi. Trudno mu chodzić.

Oboje rodzice potrzebują pomocy. Kilka dni temu była wzywana karetka pogotowia.

Myślałam, że to udar – mówi pani Agnieszka – ale lekarze powiedzieli, że to atak padaczki – Wyczuwam coś w rodzaju ulgi w jej głosie. Nie dziwi, bo z atakami wie jak sobie radzić. Udar to coś znacznie gorszego. Czasami nieodwracalnego.

Mama pani Agnieszki z powodu chorej nogi coraz częściej też jest unieruchamiana na wózku inwalidzkim i wtedy wszystkie zabiegi związane z myciem jej, czy zmianą opatrunków, smarowaniem maściami chorych miejsc, spoczywają na pani Agnieszce. A nie jest siłaczką. Sama też choruje na epilepsje.

Dzięki Bogu po tych nowych lekach nie mam ataków – mówi. I rzeczywiście „dzięki Bogu”, bo po takim ataku przesypiała kilkanaście godzin, czasami całą dobę,  a rodzina pozostawiona była sama sobie. Na szczęście córka jest nastolatką więc wspiera matkę, na ile może i… chce. No cóż taki wiek buntu i pani Agnieszka z uśmiechem tłumaczy te „fochy” córki. Młodszy z dwóch synów, jest najbardziej  pomocny po atakach – przynosi poduszkę, otula kocem. Na szczęście od dłuższego czasu nie musiał tego robić.

Teraz, jak będzie dom ocieplany i strych, to panowie powiedzieli, że zrobią dzieciakom pokoje na górze – kolejna doskonała wiadomość i po raz kolejny słyszę radość w głosie. Tym bardziej zdanie kończące wpis pana Mariusza: „Liczy sie każdy grosz” nabiera konkretnego zmaczenia.

A dziura w suficie? – Pytam o to, co zaczęło całą historię. O kawał sufitu, który spadł w nocy na podłogę, gdy tuż obok spały dzieci i ona na jednym  łóżku. Takie są tu warunki.

Jeszcze kilka miesięcy temu dach nie dawał schronienia, choć hasło „dach nad głową” większości ludzi kojarzy się z bezpieczeństwem. Wtedy bezpiecznie nie było.

Już nie raz się tam waliło, ale całe szczęście, że troszeczkę dalej byliśmy odłączeni od tej dziury jak to się mówi – tłumaczyła mi z tym swoim niepewnym uśmiechem pani Agnieszka.

Dziś w głosie mniej niepewności, zdecydowanie więcej radość. Przypominam sobie naszą pierwszą rozmowę i to, co mówiła:

Teraz jednak, po tym co stało się z dachem, to tak, jakby dar od Boga – pytałałam, a właściwie  prowadziłam ją w kierunku lepszych myśli.

– To może być tak – mówiła  – To może być dar od Pana Boga. Może. To jest nawet możliwe. Tak sobie teraz pomyślałam, że to teraz może być tak, że Bóg mnie w końcu usłuchał. Nie raz siedziałam i modliłam się o pomoc… Może Bóg mnie usłuchał, może  tak jest i idzie po naszej myśli. Nowy rozdział zaczniemy w naszym życiu.

Zaczynają.

Będzie łazienka, będzie może zagospodarowany strych, będzie ocieplony dom. Potrzeba jeszcze… Naprawdę niewiele.

Ludzi, którzy chcą pomóc.

05.11.2018                                                      Odeszła mamusia

…przebyty udar, miażdżyca uogólniona, martwica podudzia –  Agnieszka Tkacz z Lubanowa powoli czyta informacje z aktu zgonu mamy. Barbara Śmigielska zmarła 18 lipca. Trzy tygodnie czekała na przyjęcie do szpitala w Gryfinie.  Nie było miejsc. „Tak bardzo mi jej brakuje” – mówi pani Agnieszka.

W grudniu ubiegłego roku  wszystko szło  w dobrym kierunku.  Dzięki  pieniądzem zebranym w akcji Mariusza  Stępnia ( portal INFO Szczecin) i jego osobistemu zaangażowaniu, udało się wyremontować dach skromnego domu, zorganizować pomieszczenie na łazienkę i wygospodarować maleńki kącik dla synów pani Agnieszki – pierwszy raz w życiu mieli własny pokój.

Teraz przejęła go Wiktora – mówi Agnieszka Tkacz  – chłopcy śpią w moim pokoju razem ze mną, a tata, jest tam, gdzie był razem z mamą. Teraz sam tam jest… – głos trochę się łamie.  Śmierć mamy to wciąż świeża rana.

Pani Barbara, mama pani Agnieszki, od lat miała problem z nogą. Puchła, robiły się na niej rany, które paskudnie się goiły i trwało to miesiącami, jeśli w ogóle udało się maściami i lekarstwami spowodować by się goiły. Nie pomagała w tym cukrzyca, na którą chorowała pani Barbara.  Wymagała całodobowej opieki i coraz więcej czasu spędzała na wózku inwalidzkim. W tym roku kłopoty z nogą  nasiliły się na tyle, że lekarze podjęli decyzję o przyjęciu kobiety do szpitala i kompleksowej diagnozie.

Trafiła na szpitalną salę po trzech tygodniach oczekiwania. Zawsze było coś. Najczęściej brak miejsc, a stan zapalny w nodze robił swoje. Gdy pani Barbara trafiła w końcu do szpitala, trafiła też na stół operacyjny.  Nogę amputowano.

Jak u niej byłam po operacji, to nawet dobrze się czuła, była pogodna, ładnie wyglądała – mówi pani Agnieszka – troszkę zjadła. Potem była u niej siostra i już było gorzej. Miałam do niej pojechać na drugi dzień, nastawiłam sobie budzik i proszę mi uwierzyć, jakieś fatum, nie usłyszałam go w ogóle.

Pani Agnieszka i jej siostra kontaktowały się ze szpitalem. Nie było dobrze, ale to kolejny telefon, kolejnego dnia był tym najtragiczniejszym.

Pani Agnieszka Tkacz? Zadał mi pytanie lekarz – opowiada pani Agnieszka . To był właśnie ten telefon z informacją: „pani mama zmarła dziś o godzinie jedenastej dziesięć’ –  nie wierzyłam, ja mu do słuchawki mówiła, że to nie prawda, że to niemożliwe, że to jakaś pomyłka…

Ale oczywiście to nie była pomyłka. Organizm był osłabiony licznymi chorobami, począwszy od udaru, który przeszła pani Barbara, poprzez miażdżycę, martwicę, w końcu wdała się sepsa.

Pani Barbara miałaby dziś 70 lat.

– Mam takie zdjęcia mamusi, poukładałam  je na półce, no będę szczera,  zrobiłam sobie taki mały ołtarzyk – mówi pani Agnieszka.

Jak dzieci radzą sobie  z tą zmianą w domu? Pustką po babci? One jakoś sobie radzą, gorzej z ojcem pani Agnieszki. Zawsze razem, w każdej chwili i szczęśliwej i trudnej. Do tego jego zdrowie też wymaga stałej opiekuje lekarskiej.  Pani Agnieszka opiekuje się nim w miarę swoich możliwości, a przecież sama też choruje. Na epilepsję. O ile jeszcze w ubiegłym roku ataki były raz na dwa trzy miesiące, to teraz są dwa, trzy razy w miesiącu.

Stres to powoduje, cały czas się czymś martwię – mówi pani Agnieszka. A jej ataki bywają tak wyczerpujące, że czasami śpi po nich 24 godziny. Domem nikt się wtedy nie opiekuje, bo ojciec jest chory, a dzieci jeszcze niesamodzielne –  Wiktoria ma piętnaście lat, Olivier dwanaście, a najmłodszy Michał – dziesięć. On jest najbardziej związany z mamą i on też najszybciej reaguje, gdy zbliża się atak epilepsji pani Agnieszki. Każe się wtedy mamie położyć. Podaje poduszkę.

Przyczyną ataków są dziury w mózgu. Dosłownie. Jako dwulatka pani Agnieszka spadła w przedszkolu z drabinki. Tuż po tym upadku nic się specjalnego nie działo. Minęło jednak kilka lat i wystąpił pierwszy atak.  Gdy diagnozowano panią Agnieszkę z wykorzystaniem precyzyjnego sprzętu – tomografem komputerowym – zobrazowano w jej mózgu dwie dziury.

Takie jak koniec tego małego palca – opowiadała mi w ubiegłym roku pani Agnieszka   pokazując wielkość dziur na swojej chudej dłoni. Pod wpływem stresu, zdenerwowania te dziury jakby nieco się powiększały i zbliżały do siebie. Wtedy następuje utrata świadomości.

Zaczyna się od nóg – opisuje pani Agnieszka – wykręcają mi się jakoś tak do środka, są  miękkie, jakby z waty i idzie to wszystko do góry. Nie mogę ustać. Tracę przytomność.

A to w sytuacji, gdy wszystko jest na jej głowie, dla rodziny staje się bardzo poważnym problemem.

Do tego jeszcze z tej padaczki to pamięć tracę, jest coraz gorzej – mówi pani Agnieszka – idę do sklepu i wracam z połową tego, co miałam kupić. Tata pyta: a kupiłaś to? A kupiłaś tamto? A ja nie kupiłam, bo zapomniałam. Nie wiem jak sobie z tym radzić.

Nie wie też jak dźwignąć sytuacje finansową rodziny. Utrzymują się teraz z rodzinnego, 500+ i jej renty. To około dwóch tysięcy złotych na pięcioosobową rodzinę. Jej tata nie wypracował emerytury, nie dostał też  renty rodzinnej po śmierci żony, więc budżet domowy uszczuplony jest o niemal tysiąc złotych.

Tata stara się teraz z Pomocy Społecznej, może dostanie – mówi pani Agnieszka, ale pieniędzy brakuje na buty dla dzieci, na ciepłe ubrania, na naprawę kanalizacji. Nowa łazienka, która miała ułatwić im życie, niestety je skomplikowała. Sieć kanalizacyjna i wodociągowa nie była przygotowana na takie zmiany, więc wszystko leci do piwnicy.

Nie wiem co z tym zrobić, musiałam wszystko podłączać – mówi pani Agnieszka – ale jakoś tam dam radę, najgorzej to z tymi butami dla dzieci, powrastały, a ja nie mam za co kupić….

cdn.

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz