Anita i Janusz Kuźba – daleko od wszystkiego


Data dodania: 18-03-2019 r.
Ilość wejść: 1 329.

Redaktor/Autor: Małgorzata  Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli:

Patrzy przez chwile w słońce, potem na drogę. Na kolanach „Krejzi”, pies w typie ratlerka, czujnie wpatruje się w twarz pani, gotowa w każdej chwili zeskoczyć, by wrócić z nią do domu.  Siedząca na ławce kobieta ma  czterdzieści cztery lata, ale wygląda na nastolatkę – drobna, chuda z włosami związanymi w koński ogon.  Pies zeskakuje z kolan. Wyczuł, że pani chce wracać. Kobieta sięga po kule – niebiesko czarne, z gumkami, w które wsuwa się ręce, tak, żeby kule nie wypadły z rąk. Podniesienie ich trwa i to długo. Tak jak wejście do mieszkania po kilku schodach…  znienawidzonego mieszkania. Klatki.

Anita Kuźba razem z ojcem Januszem, są ofiarami, jedni mówią oszusta mieszkaniowego, inni – biznesmena, który korzysta z okazji i skupuje na licytacjach mieszkania. To, że potem działa dokładnie tak jak „czyściciele” kamienic w ich oczach nie dyskwalifikuje go jako biznesmena.

Kupił na licytacji zadłużone mieszkanie pana Janusza we wsi Krąpiel w zachodniopomorskiem. To było w 2008 roku. Ten rok i poprzednie nie były najlepsze dla rodziny. Matka pani Anity zmarła, gdy ona miał 17 lat, ojciec nie radził sobie najlepiej z trójką dzieci,  więc  Anita po powrocie z Ośrodka dla Dzieci Niepełnosprawnych Ruchowo  w Policach, trafiła pod opiekę babci. Kłopoty finansowe spowodowały, że długi za mieszkanie  narosły, mieszkanie trafiło na licytację, w której najwyższą ofertę dał Sławomir Krzysztof F. przedsiębiorca ze Stargardu.

-… przyjechał i nam  kazał podpisać umowę bez sprawdzenia – pani Anita sięga pamięcią do wydarzeń sprzed lat – bo tata chciał prawnika, żeby tą umowę zobaczył, a on nas straszył, że nie, że nie, trzeba podpisać.

Ta umowa to wynajem jednego pokoju w mieszkaniu, który do tej pory należał do nich i kuchni oraz łazienki do współużytkowania. Do tego jeszcze 15 tysięcy kaucji. Można się tylko domyślać, że długi były mniejsze niż wylicytowana kwota za mieszkanie, więc nowy właściciel wymyślił, jak przejąć należną panu Januszowi kwotę – pozostałość po sprzedaży mieszkania.

Kilka miesięcy później do mieszkania wprowadziła się nowa lokatorka. Wprowadziła się i… już, bo jak mówi pani Anita nie czuła się w obowiązku płacić za cokolwiek.

Ogrzewała sobie pokój i nie dawała nam za prąd, też piła alkohol –  mówi pani Anita. I znów w życiu państwa Kuźba – ojca i córki – pojawił się pan Sławek, jak mówi o nim kobieta i znów podsunął kolejne dokumenty do podpisu.

A tata był w takim szoku, że nie wiedział co podpisuje, że światło żeby odłączyć,  bo było na tatę to światło i odłączyli nam, a potem to ani w piecu napalić,  ani nic, bo to na prąd i wtedy nas tutaj wcisnął.

 „Wcisnął” to idealne słowo, bo choć pani Anita jest osobą niepełnosprawną ruchowo od urodzenia – dziecięce porażenie mózgowe – i jej niepełnosprawność jest bardzo widoczna, to „przedsiębiorca” nie miał oporów przed radykalnym pogarszaniem jej warunków życia, czy to jeszcze w Krąpielu czy  przenosząc ich „tutaj”, czyli  do Płoszkowa w gminie Dolice.

Z tatą pojechałam do tego Płoszkowa –  przyjechał oczywiście i pan Sławek – najpierw to tato powiedział, że takie „zadupie”, przepraszam za słowo, a  ja mówię, Boże gdzie on nas wysyła,  mówię kurde nie dam rady, bo osoba niepełnosprawna, to tu nie ma warunków no, ale innego wyjścia nie było.

Mieszkanie w Płoszkowie, jedno z kilku w wykupionym przez przedsiębiorcę budynku, było jeszcze w trakcie remontu. Robione były podłogi  i przynajmniej w teorii, łazienka.

Nie było ani brodzika, ani nic, ten pan Sławek mówił, że przywiezie, że wstawią ten brodzik – ale nie przyjechał i nie wstawił. Pan Janusz wszystko sam robił, bo nie mógł się doczekać brodzika, a był niezbędny, aby on i jego niepełnosprawna córka mogli się umyć. Co więcej, łazienka i równocześnie toaleta są w takim pomieszczeniu, że nie ma szans, aby wjechać tam wózkiem inwalidzkim, a czasami – wtedy, dziś coraz częściej – pani Anita musi już korzystać z wózka inwalidzkiego.

Jak się tu wprowadziłam, to ja się nie mogłam odnaleźć i do tej pory nie mogę. Nie mogę przeżyć, że jestem osobą niepełnosprawną i stąd nie mogę dostać się do ludzi. Po prostu jestem w takiej, jakby to powiedzieć, w klatce jestem – mówi.

Anita błagała mnie o pomoc już od samego początku, od momentu, kiedy się tutaj przeprowadziła, że ona tutaj nie chce, nie może, nie wytrzyma, ona się tutaj dusi i nikogo tu nie zna,  nie ma sklepu, nie ma autobusu, nie ma przychodni – mówi mi Joanna Niazgódka, kuzynka pani Anity i pana Janusza – wujek ma rozrusznik serca wszczepiony, miał kilka wypadków w międzyczasie. Od trzech lat, tak już poważnie choruje, bajpasy i tak dalej, a jak już unieruchomiony jest od sierpnia, od udaru, to już faktycznie bardzo się sytuacja zmieniła.

Bo nieszczęścia pana Janusza i jego córki nie opuszczają. Rosną długi za mieszkanie w Płoszkowie, za które przedsiębiorca nalicza ponad 500 złotych czynszu, a do tego po stronie najemców jest opłacanie wywozu nieczystości i ogrzewanie sąsiedniego mieszkania. Pan Janusz się zbuntował i powiedział, że skoro tak i że skoro nie było łazienki i on sam ją musiał zrobić, za mieszkanie nie będzie płacił. W konsekwencji renta pani Anity została zajęta przez komornika i pozostaje jej do dyspozycji nieco ponad 800 złotych.

Kolejne nieszczęście to kolejna choroba pana Janusza.

Usiadł tak koło stołu i ja pytam się taty, on już był ubrany, w buty był ubrany i mówię, co czekasz aż ci powiem, co masz kupić? – wspomina jeden z bardziej tragicznych dni w życiu pani Anita – bo to było w poniedziałek, on tylko coś tam mruknął i kiwał głową. Już coś było nie tak, ale ja nie wiedziałam, że to może być udar i pojechał wtedy samochodem do Dolic, po zakupy i jak jechał samochodem, ze dwadzieścia, powolutku jechał i uderzył w słup. Tam pani ze sklepu wyszła i wezwała karetkę. Wtedy przyszli tu do mnie, ta pani z opieki, i mówi, że tata miał wypadek. A ja wiedziałam, że coś się stało, bo za długo nie wracał.

Co pani poczuła wtedy? – pytam o emocje sprzed niespełna roku.

– Strach, nie wiedziałam, co mam robić,  ale nie płakałam, byłam taka w strachu, mówię miał wypadek, może się uderzył w głowę czy coś, nie przeżyje, ale to się potem okazało, że udar dostał, lekarz mówił, że to z soboty na niedzielę mógł dostać, w nocy.

Teraz pan Janusz jest po pierwszej rehabilitacji, Pomoc Społeczna z Dolic stara się o kolejną, będzie też przychodził rehabilitant do domu, tak aby jak najszybciej postawić go na nogi, i wiele wskazuje na to, że tak będzie, bo postępy już widać.

Pomogła rehabilitacja? – pytam i widzę, że pan Janusz chce odpowiedzieć, ale nie wydobył jeszcze z pamięci odpowiednich słów.

To ja zadam tak pytanie,  aby pan mógł kiwnąć głową w odpowiedzi – i pan Janusz kiwną głową. Dzięki temu dowiedziałam się, że rehabilitacja pomaga, że  robi postępy, że prawa ręka wciąż jest jak martwa i że córka robi dobrą ogórkową. Zgodził się  też pokazać jak rodzi sobie z chodzeniem z balkonikiem, ale tu próba nie była udana, bo mimo pomocy ze strony opiekunki, widać było ogromny wysiłek i… złość, że trzeba się poddać, złość poparta siarczystym przekleństwem – na razie jednym z nielicznych słów wypowiadanych przez pana Janusza, tak, że można bez problemu zrozumieć.

Mamy zalecenia co do mowy – mówi opiekunka z Caritas, skierowana do pomocy rodzinie przez Pomoc Społeczną – mamy dużo mówić. Co jeszcze? Zmiana pieluch, pomoc w sprzątaniu, w gotowaniu, no ale pani Anita to potrafi robić, pomoc w praniu, no takie obowiązki tutaj,  załatwianie lekarza danego, jakiś takich spraw urzędowych.

Opiekunka jest trzy razy dziennie po godzinie. Rano, w południe i wieczorem, tak aby pomóc w położeniu pana Janusza do spania. Pani Sylwia to drobna kobieta, a pan Janusz – potężny mężczyzna, ale radzą sobie, bo dzięki rehabilitacji pan Janusz potrafi się podnieść nieco na łóżku, przewrócić.

Opiekunka jest potrzebna – mówi pani Joanna, kuzynka –  ale w ciągu dnia jej nie ma i Anita musi wszystko zrobić, sama, chociaż Anita ugotuje ten obiad, opiekunka jej pomoże, to ona musi mu – czyli panu Januszowi –  ten obiad podać. Anita nie stoi na nogach, ona jedną ręką musi się trzymać,  tak że… Jak ona to jemu zanosi? Na kolanach po podłodze przesuwa talerz.

To najbardziej wygodna dla pani Anity pozycja, bo zanim w Ośrodku w Policach nauczyła się chodzić, najpierw z balkonikiem, a potem o kulach, to jak mówi, wciąż biegała na czworakach i w domu i na podwórku. Teraz to są kule i coraz częściej wózek.

Zrobiliśmy naprawdę bardzo wiele, jest to rodzina, która leży nam na sercu. Uważamy, że jest to jedna z najtrudniejszych sytuacji wśród wszystkich rodzin w naszej gminie – mówi Anita Ukleje, kierownik Gminnego Ośrodka pomocy Społecznej w Dolicach jednak nie jesteśmy w stanie, jako ośródek społeczny, stworzyć państwu tego, o czym oni marzą, co szanujemy i rozumiemy, i bardzo byśmy chcieli się do tego przyczynić. Państwo chcieli by zamieszkać w lokalu, w jakimś mieszkaniu, które byłoby usytuowane nisko, gdzie mieliby dostęp do wszystkich dóbr, z których mogliby korzystać, w jakimś większym ośrodku, nie na wsi po prostu, nie na takiej wsi, w której nie ma ani komunikacji, ani sklepu, ani lekarza, no jest to sytuacja bardzo trudna dla nich.

Pani Anita po pomoc zgłaszała się niemal wszędzie – do pomocy społecznej w gminie, do wójta, do pomocy społecznej w Szczecinie – w Urzędzie Wojewódzkim, pisała do parlamentarzystów i telewizji – różnych.  Albo żadnej reakcji, albo sprawa trafiała z powrotem do pomocy społecznej w Dolicach, czyli do punktu wyjścia.

Od formalnych działań poczynając, po nie formalnie, sięgając po inne źródła próbowaliśmy taki lokal uzyskać, jednak się nie udało – mówi pani kierownik – tutaj władze gminy, też są nastawione pozytywnie i też proponowaliśmy państwu lokale jakimi na tę chwile gmina dysponuje, ale one też nie są przystosowane dla osób niepełnosprawnych, są również na wsi i są wysoko, trzeba wejść po schodach jeszcze wyżej niż tu, to jest zamiana ze złego na złe i nie o taką pomoc państwu tutaj chodzi.

– Dom Opieki społecznej nie wchodzi w grę,  bo wiem, że Anita, ona do 18 roku życia przebywała w ośrodkach i jak już nie mogła w tych ośrodkach przebywać, to przyjeżdżała do babci, kiedy ta jeszcze żyła – wyjaśnia pani Joanna, kuzynka – ona powiedziała,  że do ośrodka już nie wróci, bo ona już tam była, poza tym oni chcą być razem, oni jakoś do tej pory sobie radzili, jakoś opiekowali się nawzajem sobą, są ze sobą bardzo związani.

Biorąc pod uwagę wszelkie możliwości i obowiązujące przepisy wydaje się, że takiej sytuacji nikt nie przewidział – dwoje niepełnosprawnych, ojciec i córka poruszający się na wózkach inwalidzkich, którzy nie chcą być w Domu Opieki Społecznej, a sytuacja finansowa, w tym ściągane przez komornika pieniądze na rzecz osoby, która przyczyniła się w znacznym stopniu do tego, co spotkało państwa Kuźbę – nie pozwala na wynajęcie normalnego mieszkania dla niepełnosprawnych, tylko skromne dwa pokoje z licznymi barierami architektonicznymi.

Przepisy nie przewiduję też, przeniesienia do mieszkania chronionego, czy wspomaganego w innej gminie, bo nawet jeśli takie mieszkania gdzieś są, to gmina ma obowiązek w pierwszej kolejności zaspokoić potrzeby swoich mieszkańców. Dolice, owszem, planuję budowę takich mieszkań, ale to są tylko plany, a ani Pani Anita, ani pan Janusz nie mają czasu, aby czekać.

– O, o – pan Janusz zwraca na siebie moją uwagę. Lewą ręką układa prawą na kolanach i tą jedyną sprawną łapie za koło wózka i przesuwa je. Pokazuje jak w tej chwili się porusza, ale wózek zaczyna się kręcić w kółko. Nawet jakby się udało pojechać do przodu, to nie wiele więcej niż dwa mety po pokoju, bo kolejne pomieszczenie oddzielone są wysokim progiem

Co tatuś? – pani Anita reaguje na popisy ojca – gdzie jedziesz?  – pyta ze śmiechem, choć wie, że świat ojca kończy się na progu niewielkiego pokoju w mieszkaniu w Płoszkowie. Już nawet nie jest w stanie go udoskonalić tak, jak zrobił to z łazienką czy poręczą przy kilku betonowych schodach, przy wejścia do budynku. Dzięki temu „ulepszeniu” ojca, pani Anita może wejść i zejść, by usiąść na ławce przed domem.

Apelujemy przede wszystkim o mieszkanie – mówi kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej w Dolicach – może znajdzie się ktoś, czy to osoba prywatna  czy jakieś stowarzyszenie, czy firma czy samorząd inny, który mógłby państwu wynająć  lokal pozbawiony barier architektonicznych, gdzie mogli by mieć dobre warunki, mogliby korzystać ze wszystkich usług, które są dostępne w jakimś większym ośrodku.

Pan Janusz ma rentę i pani Anita też. Więc mają pieniądze na wynajem. Nie dużo, ale są.

– Może gdzieś się znajdzie ktoś taki, kto będzie dysponował takim mieszkaniem, które ci państwo mogliby nawet wynająć i w ramach swoich zasobów finansowych sobie radzić w życiu codziennym  – dodaje Dariusz Czaczyk, pracownik socjalny pracujący z rodzinę Kuźba.  Powiem o pani Anicie, to jest osoba niepełnosprawna, ale ona tyle daje z siebie, tyle życia, tyle energii, co osoby sprawne, to jest naprawdę osoba uczuciowa, wrażliwa, która dla ojca zrobiłaby  wszystko i dla siebie. Ona nie oczekuje dużej pomocy, naprawdę. Ja nieraz oferuję się do pomocy – ale nie,  ona potrafi  czołgać się po podłodze, żeby przemieścić się gdzieś od punktu „a” do punktu „b”, żeby coś zrobić. Gotuje obiady. Pan Janusz, to też naprawdę ciepły, wspaniały człowiek, aż łza się w oku kręci, to się naprawdę wyczuwa, dobroć, to są naprawdę ciepli, powiem wprost – dobrzy ludzie,  to są osoby niepełnosprawne, ale o wiele więcej mogące dać, niż osoba sprawna.

Pani Anita ma siostrę i brata. On jest  w Anglii, ona w Niemczech. Siostra pomaga na ile może, ale pani Anita wie, że ma swoją rodzinę i swoje problemy. Z bratem kontakt jest sporadyczny. Zresztą pani Anita podkreśla, że dadzą sobie redę, byle by tylko znalazło się jakieś mieszkanie.

– Tu nie ma życia – mówi o Płoszkowie – tu,  ja nie mam nikogo takiego, żeby z nim pogadać czy wyjść gdzieś. No pani,  ja w wakacje wychodzę na ławkę i siedzę na tej ławce pod domem, bo gdzie ja pójdę? Ja nie pójdę nigdzie, bo tu nie ma gdzie. Gdzie ja pójdę?

„ Krejzi” niespokojna kręci się u stóp pani. Wyczuwa, że coś jest nie tak i na swój psi sposób próbuj panią pocieszać…

Chcę pomóc

Dodaj komentarz