Basia Staroń 10.06.2107


Data dodania: 10-06-2017 r.
Ilość wejść: 902.

 Redaktor/Autor: Halina Pytel – Kapanowska

pomogli Pomogli: Milena Kaniewska.

 

 Codzienność Basi, to walka, walka z bólem, z ograniczeniami, z własną psychiką. Z jednej strony  zdeterminowana, ślicznie uśmiechnięta, młoda kobieta z drugiej rozdygotany, niepewny jutra człowiek bojący się marzyć, planować, zdający sobie sprawę z nieodwracalności sytuacji w jakiej się znalazł.

Marzyła o powrocie do pracy w szkole, obowiązki zawodowe, konieczność codziennego wyjścia z domu, zajęcie głowy myślami innymi niż choroba, no i przede wszystkim ukochana młodzież. Wróciła w 2010 roku. Nikt nie wiedział, że jej praca, dla innych zwyczajny rytm dnia, dla niej to Mont Everest. Każdego dnia udowadniała głównie sobie,  że wróci normalność, że stać ją na zwyczajne bycie między ludźmi, że jest potrzebna, potrafi na siebie zarobić. Zaczęła jeździć  do pracy samochodem. Dostała dofinansowanie z PFRON na kupno auta i dostosowanie go do potrzeb osoby niepełnosprawnej.

– Pokonanie lęku związanego z jazdą samochodem było dla mnie wielkim wyczynem – ocenia Basia. – To nie jest tak, że jeżdżę jak wszyscy, tam gdzie chcę czy ile chcę. Mam swoje trasy. Kiedy się wybieram w drogę, to zawsze wcześniej planuję jak jechać. Unikam też dłuższych podróży, bo nie dałabym rady. Poza tym samo dojechanie do sklepu na przykład to jeszcze nie wszystko,  w tym sklepie trzeba przemieszczać się robiąc zakupy, donieść je do samochodu, dowieźć do domu, wnieść. To bardzo duży trud, więc wybieram zakupy z Tesco z dostawą do domu.

Po dwóch latach musiała się poddać. Praca w szkole zdecydowanie przerastała jej  możliwości i siły. I wtedy znowu życie zaczęło składać się jak domek z kart, nastał okres załamania, zniechęcenia, braku chęci do życia. Depresja, leki… Na ratunek ruszyła mama, przyjechała do niej aż na  4 miesiące, by pomagać i przekonać, że warto żyć, pomimo wszystko. Mamine perswazje odniosły pożądany skutek, Basia po raz kolejny podniosła się.

– No i pojechałam wtedy do naszej Nibylandii, naszej wspaniałej krainy, gdzie odzyskuje się chęci do życia – wspomina.

Krajowy Ośrodek Mieszkalno – Rehabilitacyjny dla Chorych na SM w Dąbku koło Mławy.

– To dla nas wyjątkowe miejsce – ocenia Basia. – Jednorazowo przebywają tu 83 osoby. Wszyscy z tą samą chorobą, choć w różnym stanie. Lubimy tu przyjeżdżać, bo w końcu spotykamy ludzi, którzy przeżywają to samo, z którymi rozumiemy się bez słów. I to jest piękne. A poza tym ośrodek jest całkowicie dostosowany do naszych potrzeb. Windy, poręcze i wiele innych udogodnień. Teren jest duży, ale do dyspozycji mamy melexy. Można wsiąść do pojazdu i pojechać do ogrodu, albo nad staw. Do tego wyspecjalizowany personel medyczny, świetna rehabilitacja. Nazwaliśmy to miejsce Nibylandią, bo tu życie toczy się inaczej. Nie musimy się spinać i trudzić gotując, prasując, sprzątając. Możemy wypoczywać i zajmować się tylko sobą. Wszystko tu jest dla nas, życie toczy się wolniej, w naszym tempie… Wspaniała kraina. Nasze Eldorado i Wyspy Kanaryjskie – tak o tym ośrodku opowiada Basia, choć Dąbek to wieś, w której właściwie nie ma nic więcej.

Do Dąbka Basia zaczęła jeździć od 2005 roku. Przeważnie raz w roku, bo tyle dofinansowuje NFZ.  Chciałoby się częściej, ale trzeba by już płacić. I to niemało, ponad 5 tys. zł, jak się nie pracuje to astronomiczna kwota, a niepełnosprawni rzadko są bogaczami.

Pobyt w Dąbku pomógł wtedy w przezwyciężeniu depresji. Kontakt z innymi ludźmi, którzy rozumieją, rozmowy, spacery. Zapamiętała Marcina, który lubił łowić karasie w stawie tuż za ośrodkiem. Miło się rozmawiało, nic więcej…

Po przyjeździe do Szczecina po raz kolejny postanowiła, że się nie podda i będzie żyć tak jak może, cieszyć się tym, czym może. Przestała marzyc o pracy w szkole. – Korepetycje. I to musi wystarczyć – postanowiła.

Za rok znów pojechała do Dąbka. Okazało się, że kilka pokoi dalej mieszka Marcin, którego zapamiętała z poprzedniego roku. Spotkali się w windzie i wybuchnęli śmiechem, bo obydwoje mieli niemal identyczne koszulki: białe w czarne paski. Spotykali się też przy wspólnym stole na posiłkach, jeździli melexem nad staw, gdzie Marcin łowił ryby, spotykali się kawiarni, rozmawiali. Coś zaiskrzyło, coś niezwykłego zaczęło się dziać między nimi …

Basia wyjechała wcześniej. Marcin jeszcze został. – Przyjadę do Szczecina – obiecał.  Przyjechał i… został. Razem zaczęli budować swoją codzienność. Marcin zadeklarował od razu, że będzie gotować. Basia wzięła na siebie pranie i składanie rzeczy. Znajoma, której dzieci uczyła angielskiego, zobowiązała się raz w tygodniu sprzątać mieszkanie. Wszystko zostało poukładane.

Marcin  pochodzi z Częstochowy. Jest młodszy od Basi o 3 lata, ale staż z chorobą ma dużo większy. Jak zdawał maturę w wieku 18 lat to już było wiadomo, że jest chory. Młodo się ożenił, ma siedemnastoletnią córkę. Ale to małżeństwo nie przetrwało. Teraz z Basią tworzą idealny duet. Doskonale rozumieją swoje potrzeby,  ograniczenia. Jak Basia pada, to Marcin przejmuje obowiązki. Basia wtedy odpoczywa z nogami uniesionymi do góry. A później się zmieniają. Rozumieją się bez słów. Stworzyli sobie taki mały, szczęśliwy mikrokosmos mimo wyroku jaki nad nimi ciąży.

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz