Bożena i Stanisław i ich pogotowie rodzinne.


Data dodania: 15-09-2019 r.
Ilość wejść: 259.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

 

To już 15 lat, jak prowadzimy pogotowie rodzinne. Na początku było szaleństwo, wydawało się nam, że jesteśmy w stanie góry przenosić. Był czas, że mieliśmy 9 dzieci z czego 3 może 4 z deficytami, czytaj same się nie obsłużyły i do tego noworodki. Dawniej nie było ograniczeń wiekowych, więc kogo zabrali z interwencji policyjnej tego przywozili. Nikt nie pomyślał, jak na przykład rano ogarnąć całe to towarzystwo. Ile to razy karmiłam niemowlaki, jednocześnie szykując pozostałym drugie śniadania do szkoły, ubierając wolną ręką maluchy do przedszkola.  Tym na drugiej ręce musiało się książkowo odbić, zasypiały w nosidełkach, wtedy reszta do samochodu i rajd po szkołach i przedszkolach. Dzieci wyszykowane, uczesane, zęby umyte, 2 śniadanie w tornistrze, ja w kapciach i piżamie modliłam się tylko, żeby jakiś nauczyciel, czegoś tak na szybko ode mnie nie chciał. Były momenty, że byłam bardzo zmęczona, a mimo to z sentymentem wspominam te szalone lata. Teraz, nie zgadzam się na więcej niż 5 dzieci jednocześnie. Mamy być domem, zastępczym, mocno tymczasowym, ale domem dziecka, a nie domem wariatów. Lubimy to nasze życie, lubimy dzieci, które przewijają się przez nasz dom.

Inność rodziny zastępczej pełniącej funkcję pogotowia rodzinnego wynik z faktu, że nie wybieramy sobie dzieci, nie czekamy na konkretne dziecko, nie wychowujemy go do usamodzielnienia. Przyjmujemy dzieci zabrane z biologicznych domów w trybie nagłym, interwencyjnym. One często stają w naszych drzwiach, tak jak zastała je policja, pracownicy MOPR-u i kurator, w jednym ubraniu , bez piżamki, szczotki do zębów czy zeszytów do szkoły na następny dzień. Zawsze są wystraszone, bez względu na to, z jak zaniedbanego środowiska zostały wyrwane, nie wiedzą dlaczego, na jak długo, co się z nimi stanie dalej, jeśli są rodzeństwa, to czy zostaną rozdzielone. Tych niewiadomych jest mnóstwo, nieistotnym wtedy wydają się nieodrobione lekcje, klasówka, czy zbliżająca się jakaś uroczystość dziecka. Jest strach i niepewność. Przez cały czas kiedy prowadzimy pogotowie rodzinne, były dwa przypadki , kiedy dzieci miały spakowane małe walizeczki ze swoimi czystymi, ułożonymi rzeczami osobistymi i po ulubionej przytulance z którą zasypiały. 2 przypadki na ponad 60 dzieci i 15 lat naszej pracy.

– Czy za dziećmi zabranymi z interwencji przyjeżdżają sfrustrowani rodzice, żeby je od razu zabrać.

– Nie, rodzice najczęściej są zadowoleni, że mają chwilę spokoju dla siebie i swoich spraw, poza tym są od razu informowani o drodze i warunkach odwiedzenia dziecka. Przede wszystkim nie znają adresów, pod które zawożone są dzieci.

– To po jakim czasie spotykają się z dziećmi ?

– Ci, którzy pamiętają, że mają dzieci najpierw muszą zgłosić się do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie i tam są informowani o zasadach odwiedzin w Pogotowiu Rodzinnym. Wtedy dowiadują się szczegółów, dlaczego dzieci zostały im zabrane i co muszą zrobić, żeby je odzyskać. Dlatego, jak już do nas trafiają, to są zdecydowanie pokorniejsi i trzeźwi najczęściej.

– I kto najczęściej staje w Państwa drzwiach?

– Przede wszystkim muszę powiedzieć, że nie do każdego dziecka przychodzą rodzice. Mam dzieci po 5 ,6 10 miesięcy i rodzica żadnego nie poznałam. Daleko nie trzeba szukać, od lutego mieszka z nami Anielka, mamy wrzesień, a mama jeszcze nie dotarła, żeby pokazać się dziecku. Zawsze są to ludzie mocno, bardzo mocno niewydolni wychowawczo, do tego dochodzi alkohol. Ci rodzice, którzy naprawdę tęsknią, są grzeczni, chcą dobrze wypaść, żeby mogli znowu przyjść, rozumieją, dlaczego stracili dzieci, ale są też tacy, którzy stają w drzwiach cali w pretensjach, przekonani, że to my zabraliśmy im dzieci, oczywiście dla pieniędzy.

Zawsze przy pierwszej wizycie u dziecka, pani Bożena i pan Stanisław bacznie obserwują relacje dziecka z rodzicem. Pani Bożena opowiada o postępach dziecka, pokazuje miejsce, gdzie dziecko śpi, czym się bawi. Dla rodzica, to ważne, żeby miał poczucie, że jego dziecku nie dzieje się krzywda mimo, że sam nie był w stanie zapewnić mu normalnego funkcjonowania. Poza tym, temu, który zadał sobie trud i przyszedł, zadał sobie trud i wytrzeźwiał, umył się i prawie porządnie ubrał, a nieraz jeszcze przyniósł dziecku cukierka, czy jabłko należy się szacunek, bo zrobił ponadprzeciętnie dużo, jak na swoje standardy.

– Niektóry rodzice zastępczy, zwłaszcza młode pokolenie nie lubi wizyt rodzin biologicznych. Uważają, że ci rodzice, źli, dysfunkcyjni muszą się dostosować do nas, do naszych zasad i reguł, bo to  my wychowujemy ich dzieci, my się nimi opiekujemy, odrabiamy lekcje, zabieramy na wakacje, w związku z tym, wiemy lepiej co dla ich dzieci jest najlepsze. Błąd, duży błąd ! My z założenia jesteśmy domem zastępczym, rodziną zastępczą i nie wiemy, gdzie w konsekwencji dziecko trafi. Na pewno wiemy tylko tyle, że u nas jest na chwile.  Może wróci do rodziny biologicznej, ale najprawdopodobniej  pójdzie do placówki długoterminowej i jeżeli my na samym początku zrazimy rodzica biologicznego, odseparujemy go od dziecka, to ono już przez całe życie będzie samotne, odtrącone, nie przynależne do nikogo. Będzie niczyje, a to najgorsze, co może spotkać dziecko. Nawet taki zły rodzic jest lepszy niż żaden i nie nam o tym decydować.

– Jak Pani rozmawia z dziećmi o ich biologicznych rodzicach?

– Przede wszystkim słucham dzieci, nigdy nie ponaglam, nie przymuszam, nie wyciągam. Jak dziecko poczuje się przy mnie bezpiecznie, zawsze w którymś momencie tama w środku, blokująca młodego człowieka puszcza i wtedy wylewa się wszystko co złe, straszne, niesprawiedliwe, wylewa się żal, złość, smutek, rozczarowanie. Dopiero wtedy rozmawiam, tłumaczę, pokazuję, ale nigdy nie mówię źle o rodzicu biologicznym. Jeżeli dziecko było bite, oczywiście mówię, że to złe, złe zachowanie. Bije człowiek słaby, który poza siłą fizyczną nie ma innych argumentów. Mówię, że bicie drugiego człowieka jest złe. Mówię, że tata źle zrobił, ale nie, że tata jest zły. Jakikolwiek by ci rodzice nie byli, to przynajmniej na tym etapie, na jakiem dzieci do nas trafiają, czyli bezpośrednio z domów biologicznych, nie wolno nam zrywać nawet najbardziej cieniutkiej więzi jaka ich łączy.To jedyni ludzie z jakimi ten mały człowiek się utożsamia. Poza tym, jeżeli okażemy rodzicom szacunek, to zaowocuje to lepszą współpracą później. Jak zobaczą, że są traktowani jak partnerzy, to efektywniej będą walczyli ze swoimi słabościami, żeby sprostać wymaganiom jakie zostały na nich nałożone.

A trzeba przyznać, że tak nad biologiczną rodziną, jak i rodziną zastępczą w której jest umieszczone dziecko, pracuje cały sztab ludzi. Są to kuratorzy, asystenci rodziny, pracownicy socjalni z MOPR-u, psycholodzy, pedagodzy, terapeuci.  Wiele osób pochyla się nad biologicznymi rodzicami i pracują tylko po to, żeby pomóc dziecku odzyskać rodzinę. Niektórzy rodzice wykorzystują tą szansę, przechodzą terapie odwykowe, kończą szkoły dla rodziców, znajdują stałą pracę, są tacy, choć nieliczni.  Zdecydowana większość szybko nudzi się stawianymi im wymaganiami i odpuszcza walkę o dziecko. Jest im zdecydowanie wygodnie w takiej sytuacji, mają dziecko, od czasu do czasu odwiedzą, żeby nie zapomniało, że rodzice są i w przyszłości może będą potrzebowali pomocy, a póki co nie muszą utrzymywać, nie zawracają sobie głowy szkołą, lekcjami, lekarzami , wakacjami. Nie są zainteresowani powrotem dziecka do domu, dlatego tak wiele dzieci spędza dzieciństwo w domach zastępczych, w placówkach , bo ani do biologicznego domu, ani do adopcyjnego, no bo przecież jakiś tam rodzic jest.

– W czasie mojej pracy jako pogotowie rodzinne,  na 60 dzieci tylko 8 wróciła do biologicznych rodziców. Tutaj intuicja mnie zawodzi, widzę matkę i myśl, no ta na pewno powalczy o dziecko, ale na moim życzeniowym myśleniu najczęściej się kończy. Za to mam nosa do rodziców adopcyjnych. Stają w drzwiach i wiem, czy to oni, czy nie. Zawsze byłam chętna do współpracy z rodzinami, czy to biologicznymi, czy adopcyjnymi. Potrafiłam jeździć na widzenia z dziećmi do matek do więzienia, na drugi koniec Polski. Czy dobrze, nie wiem. Pamiętam, jak jeździłam z 9-latkiem do mamy do zakładu karnego, on bardzo potrzebował tych kontaktów, a matka w procesie resocjalizacji powinna się z nim spotykać, to dobrze wyglądało w procedurach penitencjarnych.  Ale, kontaktowała się tylko wtedy, kiedy do niej przyjeżdżaliśmy, nie dzwoniła, nie pisała sama z siebie. Wyszła z więzienia i nigdy chłopca nie odwiedziła, ślad po niej zaginął. Dziś, już 20 latek w dalszym ciągu nie wie, gdzie ona jest. Nie widział jej, ani nic o niej nie słyszał od tamtego czasu. Innym razem zawiozłam matce dziecko do więzienia i je tam z nią zostawiłam. Poszła do więzienia będąc w ciąży, urodziła i  wróciła do celi, a ja odebrałam dziecko ze szpitala. Przez prawie rok starała się o możliwość odbywania kary z dzieckiem. W końcu sąd wyraził zgodę. Dziecko jej nie znało, płakało, krzyczało , wyrywało się od niej, ale suma sumarum, w  tym wypadku dobrze się stało. Odbyli całą karę w więzieniu razem, a po wyjściu na wolność kobieta ułożyła sobie życie na nowo. Wyszła za mąż, urodziła jeszcze jedno dziecko i do dziś są szczęśliwą 4 osobową rodziną. Takie historie to oczywiście wyjątki, ale nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się zdarzyć.

Bardzo często rodzice dzieci przekazywanych do pieczy zastępczej, powielają swój własny los. Tak, jakby nie znając prawidłowych wzorców funkcjonowania rodziny, sami będąc wychowankami domów dziecka, porzucają również własne dzieci.

– Mówię do takiej mamy, „pani Sylwio, sama była pani w domu dziecka i teraz, taki sam los gotuje pani swojej córce”. I co usłyszałam w odpowiedzi , „a co, źle mi tam było, na pewno lepiej niż w niejednym normalnym domu”. Jeżeli powierzono nam opiekę nad pokrzywdzonymi, zaniedbanymi dziećmi, to mamy moralny obowiązek i mandat do tego, żeby podpowiadać  rodzicom biologicznym, choćby jak spędzać czas, który mają dany przez sąd na spotkaniach z dziećmi, sugerować jak z dziećmi rozmawiać, jak powinien wyglądać ich fizyczny kontakt. Mówimy, że dziecko powinno być tulone, całowane, można do dziecka się uśmiechać, trzeba na niego patrzeć i poświęcić mu swoją uwagę. To nie obciach, to nie wstyd, dziecko tego potrzebuje, tak okazuje się przywiązanie i miłość.

cdn.

Chcę pomóc

Komentarz do “Bożena i Stanisław i ich pogotowie rodzinne.”.

Dodaj komentarz