Bożena i Stanisław – rodzina zastępcza pełniąca funkcję pogotowia rodzinnego.


Data dodania: 07-05-2019 r.
Ilość wejść: 1 165.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

Bożena i Stanisław od 15 lat są rodziną zastępczą pełniącą funkcję pogotowia rodzinnego. Syn  z synową poszli jeszcze dalej, od 5 lat też są rodziną zastępczą również pełniącą funkcję pogotowia rodzinnego, mają 2 własnych biologicznych dzieci 6 i 7 lat i  4 dzieci  w pieczy zastępczej.

– Synowa przez lata podpatrywała to nasze przedszkole, z praktycznych względów zrobili kursy na rodzinę zaprzyjaźnioną, żebyśmy my rodzice, od czasu do czasu mogli odetchnąć i uciec od nieustającego świergotu. Wiadomo było, że to tylko kwestia czasu, kiedy i oni zdecydują się przyjąć pod swój dach opuszczone dzieciaczki. I tak walczymy od lat na 2 domy. Chce Pani posłuchać jak wyglądają u nas święta ? Nigdy nie wiadomo, ile osób zasiądzie przy stole, wiadomo, że stół na pewno musi być bardzo długi i nakryć dla niezapowiedzianych gości dużo więcej niż jedno. W trakcie Wigilii potrafi się do tego stołu dosiąść parę dzieci… zupełnie nam nieznanych, albo naszych, urlopowanych, dla których świąteczna kolacja skończyła się zdecydowanie wcześnie.

Opierają się stereotypom. Przez długie lata byli „normalną” rodziną.  Ona była nauczycielką nauczania początkowego, potem był czas  dyrektorowania  w Przedszkolu Publicznym, mąż był kierownikiem administracyjnym w szwedzkiej spółce, syn nie sprawiał kłopotów. Ale życie nie lubi monotonii, zachorował ojciec pani Bożeny, dostał udaru, był niechodzący, wymagał stałej opieki.

– A kto miał się nim zająć jak nie ja? Wzięłam roczny urlop dla podratowania zdrowia i zaszyłam się z nim w domu. O dziwo, mimo, że jestem wulkanem energii, bardzo spodobała mi się taka aktywność. Tata szybko się pozbierał i stał się samodzielny , a ja z wyrzutami sumienia i tęsknotą  kombinowałam, czym by się tu zająć, żeby móc zostać w domu? Do emerytury zostały mi 2 lata, chciałam jeszcze czegoś w życiu spróbować. Trafiłam  na ogłoszenie o rozpoczynającym się kursie na rodziny zastępcze. Dzieci zawsze lubiłam, miałam odpowiednie wykształcenie, wieloletnią praktykę, własnego syna wychowałam na porządnego człowieka, no jednym słowem byłam we własnej ocenie idealnym kandydatem.

Mimo wysokich kwalifikacji, merytorycznego przygotowania , dyrektorowania w placówce oświatowej i praktycznej znajomości pracy z różnymi dziećmi musieli przejść całe szkolenie od podstaw po końcowe kwalifikacje. Kurs robili w ówczesnym Miejskim Ośrodku Adopcyjnym w Szczecinie i mimo swoich 50 lat wcale nie byli najstarszą parą.

– Kursy są niezwykle ważne, ale jeszcze ważniejsza jest najpierw świadomość, a potem gotowość na to, że założenia teoretyczne to jedno, a praktyka i prawdziwe życie tu i teraz to drugie. Nie na wszystkie pytania i wątpliwości dostaniemy odpowiedz, potrzebna jest empatia, intuicja, odwaga i morze cierpliwości. Trzeba mieć w sobie życzliwość i zrozumienie dla drugiego człowieka, często większe dla tego pogubionego dorosłego niż dziecka, które mu zabrano i przekazano nam. Decyzja o założeniu rodziny zastępczej była najbardziej odpowiedzialną decyzją jaką w życiu podjęliśmy i to nie tylko ja z mężem, ale wtedy jeszcze niepełnoletni nasz syn.

A syn, wtedy 16 latek do sprawy podszedł z dystansem i dużym zrozumieniem. Emocje odłożył na bok i pomagał jakby robił to całe swoje młode życie.

– Mieliśmy dziewczynkę , Olę, spastyczną, lejącą się przez ręce, nie chodziła, nie jadła samodzielnie, nic przy sobie nie była w stanie zrobić i pluła, strasznie pluła, oczywiście nieświadomie. Czekała u nas na miejsce w Ośrodku Rehabilitacyjnym w Stargardzie Szczecińskim. Któregoś dnia mąż poszedł z 4 dzieci na spacer, a ja karmiłam Olę. Dziecko było mojego wzrostu i mojej wagi i nagle Ola zaczęła się krztusić. Wpadłam w panikę , wołam syna na pomoc, przybiegł, złapał ją w pół i wytrząsł z niej dokładnie pamiętam ziemniaki i buraczki. Ja przerażona , a Michał spokojnie do mnie mówi ” no, zobacz jak teraz wygląda twoja kuchnie, tyle sprzątania, a Ola dalej głodna.”

Ola dostała miejsce w Ośrodku w Stargardzie i pięknie ją tam wyprowadzili, do tego stopnia, że zaczęła sama chodzić. Obok było Technikum Ogrodnicze w którym uczył się Michał. Ola codziennie na niego czekała, wypatrywała go, poznawała, a on zawsze ją odwiedzał, zawsze znalazł dla niej czas i bawił się z nią. Nie wstydził się przed kolegami, był chyba jej jedynym kolegą.

– Wracając do naszych początków. W tym samym dniu, kiedy podpisaliśmy dokumenty kwalifikacyjne i zgodę na otwarcie pogotowia rodzinnego odbieraliśmy z synem ze szpitala, pierwsze powierzone nam dziecko, 6 dniowego Bartka. Miałam prawie 50 lat, a tu taki noworodek, cofnęłam się do czasów swojej młodości i to dosłownie. Wszystkiego się bałam, czy nie zrobię mu krzywdy, co parę minut zaglądałam do łóżeczka sprawdzając czy oddycha, jak za długo był nieruchomy to ciągnęłam za śpioszki sprawdzając czy żyje. Po 3 dniach policja przywiozła nam z interwencji 3 letniego Jaśka i 9 letnią Dorotkę. To było prawdziwe trzęsienie ziemi. My pogotowie mamy od 3 dni, oni pierwszy raz w życiu zabrani przez policję z domu. Nikt nikogo nie zna, nikt o nikim nic nie wie. Jak wilki z owcami, stoimy na przeciwko siebie i się sobie przyglądamy. Na pewno dzieci były mniej przerażone niż my. Nie było wyjścia, trzeba było usiąść do stołu i porozmawiać, przedstawić sytuacje w jakiej się znaleźliśmy, przeanalizować ją, zapewnić dzieci, że jak tylko rodzice pozałatwiają swoje sprawy to po nie wrócą i przystąpić do codzienności. W sytuacjach tak ekstremalnych jak zabranie dziecka z interwencji, chociaż chyba w każdej sytuacji, kiedy dziecko musi opuścić dom rodzinny, najważniejszym jest nie odbierać mu nadziei, że niedługo tam wróci, nawet jeśli wiemy, że rodzina nie rokuje i niewielkie są szanse na ten powrót. Nie wolno dziecku mówić złych rzeczy na rodziców, nawet jeżeli ono samo gdzieś podskórnie to czuje. Dom w którym było, z którego je zabrano, to jedyne co zna, wie jak się w tej rzeczywistości poruszać, nie można od razu pozbawić go tego świata. Po czasie, kiedy zacznie przyzwyczajać się do nowego otoczenia, do poczucia bezpieczeństwa, do sytego brzuszka i czystych ubrań, wtedy często dziecko się otwiera i dopiero wtedy, dowiadujemy się jakie piekło przeszło. I wtedy często dzieci nie chcą już odwiedzać swoich rodziców, albo po prostu  z radością wracają do nas.

Jasiek miał ewidentny FAZ, za to Dorotka była bardzo dobrą, pilną uczennicą. Jeszcze  będąc w rodzinnym domu szła do komunii, żeby mieć białą sukienkę, jak inne dziewczynki, zrywała bez i sprzedawała, żeby móc zapłacić za tą komunijną sukienkę. Sama zadbała o siebie, na tyle na ile 9-letnie dziecko jest w stanie.

– Jak zamieszkała z nami najbardziej bała się, czy w nowej szkole będzie miała koleżanki, w starej nie miała, bo nie miała gdzie się myć i brzydko pachniała. Zapewniłam ją, że w nowej szkole będzie ubrana jak lalka i codziennie będzie szła w innym ubranku. Pojechałyśmy do Goleniowa na zakupy, miała sobie wybrać 5 zestawów ubrań. Nie wierzyła, że będzie miała ubranie ze sklepu, nowe, tylko dla niej i to aż tyle od razu. Naszym domem i naszymi dziećmi żyje nie tylko cała rodzina, ta dalsza również, ale i znajomi, wszystkie nasze dzieci z pogotowia traktują jak nasze własne. Mój brat, który w tamtych czasach pracował w Niemczech , któregoś razu przywiózł Dorotce cały karton jeansów i bluzek, rzeczywiście w szkole nie musiała się wstydzić. Mój syn co roku jeździł ze swoim chrzestnym do Karpacza na tydzień. Kiedy okazało się, że Dorotka nigdy nigdzie nie wyjeżdżała, zabrali i ją na koszt chrzestnego. Wbrew pozorom to ważne, bardzo ważne..

Rodzina zastępcza pełniąca funkcję pogotowia rodzinnego rządzi się swoimi prawami według ustawy dzieci mogą w niej przebywać do 8 miesięcy maksymalnie, ale jak nie ma gdzie dzieci umieszczać, a sytuacja jest podbramkowa bywa że dzieci przebywają tam dużo dłużej. Przez dom Bożeny i Stanisława przeszło 86 dzieci od 6 dniowego noworodka do 13 letniej dziewczynki, były potrójne rodzeństwa i nawet jedno poczwórne. 20 dzieci poszła do adopcji z czego z 15 rodzinami do dziś utrzymują kontakt, a to kartka na święta, a to jakieś zdjęcie z ważnej rodzinnej uroczystości. Do rodzin biologicznych wróciła przez ten czas tylko 8, cała reszta przeszła do innych form pieczy zastępczej prawie 60 – tka dzieci.

– Taka rzesza dzieci, a każda historia inna, każda przejmująca, każda zapadająca na zawsze w pamięci. Przy adopcji początek smutny, ale potem żyli długo i szczęśliwie, w rodzinach zastępczych, rodzinnych domach dziecka, tam najczęściej dzieci są do usamodzielnienia. My jesteśmy tym pierwszym ogniwem, takim plastrem na otwartej ranie, jak trochę się podgoi to przekazujemy dalej. Nie wiemy jak potem toczą się losy tych dzieci, dzieci, które pocieszamy, tulimy w najtrudniejszym momencie ich życia. Często wbrew ustawowym zapisom po prostu tęsknimy za nimi.

15.09.2019                                   Pogotowie rodzinne to nie tylko dzieci, to też ich biologiczne rodziny.

To już 15 lat, jak prowadzimy pogotowie rodzinne. Na początku było szaleństwo, wydawało się nam, że jesteśmy w stanie góry przenosić. Był czas, że mieliśmy 9 dzieci z czego 3 może 4 z deficytami, czytaj same się nie obsłużyły i do tego noworodki. Dawniej nie było ograniczeń wiekowych, więc kogo zabrali z interwencji policyjnej tego przywozili. Nikt nie pomyślał, jak na przykład rano ogarnąć całe to towarzystwo. Ile to razy karmiłam niemowlaki, jednocześnie szykując pozostałym drugie śniadania do szkoły, ubierając wolną ręką maluchy do przedszkola.  Tym na drugiej ręce musiało się książkowo odbić, zasypiały w nosidełkach, wtedy reszta do samochodu i rajd po szkołach i przedszkolach. Dzieci wyszykowane, uczesane, zęby umyte, 2 śniadanie w tornistrze, ja w kapciach i piżamie modliłam się tylko, żeby jakiś nauczyciel, czegoś tak na szybko ode mnie nie chciał. Były momenty, że byłam bardzo zmęczona, a mimo to z sentymentem wspominam te szalone lata. Teraz, nie zgadzam się na więcej niż 5 dzieci jednocześnie. Mamy być domem, zastępczym, mocno tymczasowym, ale domem dziecka, a nie domem wariatów. Lubimy to nasze życie, lubimy dzieci, które przewijają się przez nasz dom.

Inność rodziny zastępczej pełniącej funkcję pogotowia rodzinnego wynik z faktu, że nie wybieramy sobie dzieci, nie czekamy na konkretne dziecko, nie wychowujemy go do usamodzielnienia. Przyjmujemy dzieci zabrane z biologicznych domów w trybie nagłym, interwencyjnym. One często stają w naszych drzwiach, tak jak zastała je policja, pracownicy MOPR-u i kurator, w jednym ubraniu , bez piżamki, szczotki do zębów czy zeszytów do szkoły na następny dzień. Zawsze są wystraszone, bez względu na to, z jak zaniedbanego środowiska zostały wyrwane, nie wiedzą dlaczego, na jak długo, co się z nimi stanie dalej, jeśli są rodzeństwa, to czy zostaną rozdzielone. Tych niewiadomych jest mnóstwo, nieistotnym wtedy wydają się nieodrobione lekcje, klasówka, czy zbliżająca się jakaś uroczystość dziecka. Jest strach i niepewność. Przez cały czas kiedy prowadzimy pogotowie rodzinne, były dwa przypadki , kiedy dzieci miały spakowane małe walizeczki ze swoimi czystymi, ułożonymi rzeczami osobistymi i po ulubionej przytulance z którą zasypiały. 2 przypadki na ponad 60 dzieci i 15 lat naszej pracy.

– Czy za dziećmi zabranymi z interwencji przyjeżdżają sfrustrowani rodzice, żeby je od razu zabrać.

– Nie, rodzice najczęściej są zadowoleni, że mają chwilę spokoju dla siebie i swoich spraw, poza tym są od razu informowani o drodze i warunkach odwiedzenia dziecka. Przede wszystkim nie znają adresów, pod które zawożone są dzieci.

– To po jakim czasie spotykają się z dziećmi ?

– Ci, którzy pamiętają, że mają dzieci najpierw muszą zgłosić się do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie i tam są informowani o zasadach odwiedzin w Pogotowiu Rodzinnym. Wtedy dowiadują się szczegółów, dlaczego dzieci zostały im zabrane i co muszą zrobić, żeby je odzyskać. Dlatego, jak już do nas trafiają, to są zdecydowanie pokorniejsi i trzeźwi najczęściej.

– I kto najczęściej staje w Państwa drzwiach?

– Przede wszystkim muszę powiedzieć, że nie do każdego dziecka przychodzą rodzice. Mam dzieci po 5 ,6 10 miesięcy i rodzica żadnego nie poznałam. Daleko nie trzeba szukać, od lutego mieszka z nami Anielka, mamy wrzesień, a mama jeszcze nie dotarła, żeby pokazać się dziecku. Zawsze są to ludzie mocno, bardzo mocno niewydolni wychowawczo, do tego dochodzi alkohol. Ci rodzice, którzy naprawdę tęsknią, są grzeczni, chcą dobrze wypaść, żeby mogli znowu przyjść, rozumieją, dlaczego stracili dzieci, ale są też tacy, którzy stają w drzwiach cali w pretensjach, przekonani, że to my zabraliśmy im dzieci, oczywiście dla pieniędzy.

Zawsze przy pierwszej wizycie u dziecka, pani Bożena i pan Stanisław bacznie obserwują relacje dziecka z rodzicem. Pani Bożena opowiada o postępach dziecka, pokazuje miejsce, gdzie dziecko śpi, czym się bawi. Dla rodzica, to ważne, żeby miał poczucie, że jego dziecku nie dzieje się krzywda mimo, że sam nie był w stanie zapewnić mu normalnego funkcjonowania. Poza tym, temu, który zadał sobie trud i przyszedł, zadał sobie trud i wytrzeźwiał, umył się i prawie porządnie ubrał, a nieraz jeszcze przyniósł dziecku cukierka, czy jabłko należy się szacunek, bo zrobił ponadprzeciętnie dużo, jak na swoje standardy.

– Niektóry rodzice zastępczy, zwłaszcza młode pokolenie nie lubi wizyt rodzin biologicznych. Uważają, że ci rodzice, źli, dysfunkcyjni muszą się dostosować do nas, do naszych zasad i reguł, bo to  my wychowujemy ich dzieci, my się nimi opiekujemy, odrabiamy lekcje, zabieramy na wakacje, w związku z tym, wiemy lepiej co dla ich dzieci jest najlepsze. Błąd, duży błąd ! My z założenia jesteśmy domem zastępczym, rodziną zastępczą i nie wiemy, gdzie w konsekwencji dziecko trafi. Na pewno wiemy tylko tyle, że u nas jest na chwile.  Może wróci do rodziny biologicznej, ale najprawdopodobniej  pójdzie do placówki długoterminowej i jeżeli my na samym początku zrazimy rodzica biologicznego, odseparujemy go od dziecka, to ono już przez całe życie będzie samotne, odtrącone, nie przynależne do nikogo. Będzie niczyje, a to najgorsze, co może spotkać dziecko. Nawet taki zły rodzic jest lepszy niż żaden i nie nam o tym decydować.

– Jak Pani rozmawia z dziećmi o ich biologicznych rodzicach?

– Przede wszystkim słucham dzieci, nigdy nie ponaglam, nie przymuszam, nie wyciągam. Jak dziecko poczuje się przy mnie bezpiecznie, zawsze w którymś momencie tama w środku, blokująca młodego człowieka puszcza i wtedy wylewa się wszystko co złe, straszne, niesprawiedliwe, wylewa się żal, złość, smutek, rozczarowanie. Dopiero wtedy rozmawiam, tłumaczę, pokazuję, ale nigdy nie mówię źle o rodzicu biologicznym. Jeżeli dziecko było bite, oczywiście mówię, że to złe, złe zachowanie. Bije człowiek słaby, który poza siłą fizyczną nie ma innych argumentów. Mówię, że bicie drugiego człowieka jest złe. Mówię, że tata źle zrobił, ale nie, że tata jest zły. Jakikolwiek by ci rodzice nie byli, to przynajmniej na tym etapie, na jakiem dzieci do nas trafiają, czyli bezpośrednio z domów biologicznych, nie wolno nam zrywać nawet najbardziej cieniutkiej więzi jaka ich łączy.To jedyni ludzie z jakimi ten mały człowiek się utożsamia. Poza tym, jeżeli okażemy rodzicom szacunek, to zaowocuje to lepszą współpracą później. Jak zobaczą, że są traktowani jak partnerzy, to efektywniej będą walczyli ze swoimi słabościami, żeby sprostać wymaganiom jakie zostały na nich nałożone.

A trzeba przyznać, że tak nad biologiczną rodziną, jak i rodziną zastępczą w której jest umieszczone dziecko, pracuje cały sztab ludzi. Są to kuratorzy, asystenci rodziny, pracownicy socjalni z MOPR-u, psycholodzy, pedagodzy, terapeuci.  Wiele osób pochyla się nad biologicznymi rodzicami i pracują tylko po to, żeby pomóc dziecku odzyskać rodzinę. Niektórzy rodzice wykorzystują tą szansę, przechodzą terapie odwykowe, kończą szkoły dla rodziców, znajdują stałą pracę, są tacy, choć nieliczni.  Zdecydowana większość szybko nudzi się stawianymi im wymaganiami i odpuszcza walkę o dziecko. Jest im zdecydowanie wygodnie w takiej sytuacji, mają dziecko, od czasu do czasu odwiedzą, żeby nie zapomniało, że rodzice są i w przyszłości może będą potrzebowali pomocy, a póki co nie muszą utrzymywać, nie zawracają sobie głowy szkołą, lekcjami, lekarzami , wakacjami. Nie są zainteresowani powrotem dziecka do domu, dlatego tak wiele dzieci spędza dzieciństwo w domach zastępczych, w placówkach , bo ani do biologicznego domu, ani do adopcyjnego, no bo przecież jakiś tam rodzic jest.

– W czasie mojej pracy jako pogotowie rodzinne,  na 60 dzieci tylko 8 wróciła do biologicznych rodziców. Tutaj intuicja mnie zawodzi, widzę matkę i myśl, no ta na pewno powalczy o dziecko, ale na moim życzeniowym myśleniu najczęściej się kończy. Za to mam nosa do rodziców adopcyjnych. Stają w drzwiach i wiem, czy to oni, czy nie. Zawsze byłam chętna do współpracy z rodzinami, czy to biologicznymi, czy adopcyjnymi. Potrafiłam jeździć na widzenia z dziećmi do matek do więzienia, na drugi koniec Polski. Czy dobrze, nie wiem. Pamiętam, jak jeździłam z 9-latkiem do mamy do zakładu karnego, on bardzo potrzebował tych kontaktów, a matka w procesie resocjalizacji powinna się z nim spotykać, to dobrze wyglądało w procedurach penitencjarnych.  Ale, kontaktowała się tylko wtedy, kiedy do niej przyjeżdżaliśmy, nie dzwoniła, nie pisała sama z siebie. Wyszła z więzienia i nigdy chłopca nie odwiedziła, ślad po niej zaginął. Dziś, już 20 latek w dalszym ciągu nie wie, gdzie ona jest. Nie widział jej, ani nic o niej nie słyszał od tamtego czasu. Innym razem zawiozłam matce dziecko do więzienia i je tam z nią zostawiłam. Poszła do więzienia będąc w ciąży, urodziła i  wróciła do celi, a ja odebrałam dziecko ze szpitala. Przez prawie rok starała się o możliwość odbywania kary z dzieckiem. W końcu sąd wyraził zgodę. Dziecko jej nie znało, płakało, krzyczało , wyrywało się od niej, ale suma sumarum, w  tym wypadku dobrze się stało. Odbyli całą karę w więzieniu razem, a po wyjściu na wolność kobieta ułożyła sobie życie na nowo. Wyszła za mąż, urodziła jeszcze jedno dziecko i do dziś są szczęśliwą 4 osobową rodziną. Takie historie to oczywiście wyjątki, ale nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się zdarzyć.

Bardzo często rodzice dzieci przekazywanych do pieczy zastępczej, powielają swój własny los. Tak, jakby nie znając prawidłowych wzorców funkcjonowania rodziny, sami będąc wychowankami domów dziecka, porzucają również własne dzieci.

– Mówię do takiej mamy, „pani Sylwio, sama była pani w domu dziecka i teraz, taki sam los gotuje pani swojej córce”. I co usłyszałam w odpowiedzi , „a co, źle mi tam było, na pewno lepiej niż w niejednym normalnym domu”. Jeżeli powierzono nam opiekę nad pokrzywdzonymi, zaniedbanymi dziećmi, to mamy moralny obowiązek i mandat do tego, żeby podpowiadać  rodzicom biologicznym, choćby jak spędzać czas, który mają dany przez sąd na spotkaniach z dziećmi, sugerować jak z dziećmi rozmawiać, jak powinien wyglądać ich fizyczny kontakt. Mówimy, że dziecko powinno być tulone, całowane, można do dziecka się uśmiechać, trzeba na niego patrzeć i poświęcić mu swoją uwagę. To nie obciach, to nie wstyd, dziecko tego potrzebuje, tak okazuje się przywiązanie i miłość.

13.12.2019         Jak budować autorytet, kiedy dziecko przychodzi tylko na chwilę ?

Z założenia w Pogotowiu Rodzinnym nie powinno być więcej niż 3 dzieci.  Ja mam teraz 5 i jest w porządku, bo bywało, że miałam 9, cały przekrój wiekowy w tym np. 2 mocno upośledzonych, wtedy człowiek nie wie, w co ręce włożyć. Jak sięgam pamięcią, przez te 17 lat, kiedy funkcjonujemy jako Pogotowie Rodzinne, nie miałam nigdy 3 dzieci, zawsze więcej. Ale lubię tą pracę, bardzo lubię. Teraz jak MOPR chce przywieźć jakieś dziecko z interwencji muszą ze mną negocjować. Mam nadkomplet, muszę przede wszystkim zadbać o normalne funkcjonowanie tych, których już mam pod opieką, nie położę nowych dzieci na materacach na podłodze, bo wiem, że zostaną na tej podłodze na dłużej.

– Od czego zależy, że jednak ” łamie się „Pani i mówi „przywieźcie” ?

– Od uzyskanych informacji o dziecku. Jeżeli wiem, że dziecko dużo przeszło, że jest w kiepskim stanie psychicznym i  że jeżeli nie ja, to trafi do placówki, to przyjmuję. Jak MOPR przywozi  dziecko, od razu mamy dokumenty z wszystkimi niezbędnymi informacjami. Jest taka niepisana zasada, że dziecko zabrane z domu biologicznego zmienia dzielnicę. My z reguły od razu zmieniamy szkołę i lekarza rodzinnego, tak żeby weszło w nowe środowisko z „czystą kartą”. Dajemy mu parę dni wolnego od szkolnych obowiązków, żeby „ochłonęło”, poznało nowe miejsce, dom, otoczenie i i dopiero wypuszczamy w świat. Wkracza do szkoły jako nowe, czyste, najedzone, z drugim śniadaniem i w pełni wyposażone w przybory szkolne. Nie odstaje od rówieśników, nie ciągnie się za nim wstyd i upokorzenie. To dla dziecka w tej stresującej sytuacji wielki komfort.

– A jeżeli dziecko przywożą tylko na chwilę, bo rodzina incydentalnie zaniedbała swoje obowiązki. Po głośnej imprezie, sąsiedzi zawiadomili policję, rodzice byli pod wpływem alkoholu, a w domu dzieci ?

– Policja zabiera dzieci z domu zawsze na wniosek sądu. W mieście, w nocy zawsze jest dostępny dyżurny sędzia, który w trybie nagłym wydaje postanowienie o natychmiastowym zabezpieczeniu dzieci. Potem, już następnego dnia wszczynane jest postępowanie wyjaśniające okoliczności interwencji. Może być rzeczywiście tak, że był to przypadek incydentalny i dzieci w miarę szybko do nich wrócą. Niemniej to wyjaśnianie też trwa. To są posiedzenia Sądu, które muszą mieć wyznaczony termin, to są raporty dzielnicowego składane po wizytach w miejscu zamieszkania, opinie z miejsca zatrudnienia rodziców, MOPR zbiera swoje informacje i opiniuje rodzinę, jest ustanowiony kurator, który przeprowadza wywiad środowiskowy. To wszystko trwa. Dlatego, zanim dziecko trafi do pieczy zastępczej to policja stara się znaleźć spokrewnione osoby, które mogłyby przejąć na parę godzin opiekę nad dziećmi, do momentu wytrzeźwienia rodziców. Bo jak proceduralna machina ruszy, to zanim dzieci wrócą, trzeba dokładnie sprawdzić wydolność wychowawczą rodziny. Nie zdarza się, żeby dziecko zabrane z interwencji policyjnej, wróciło do domu w ciągu tygodnia.

Jak budować autorytet, kiedy przynajmniej z założenia dziecko trafia do Was tylko na chwilę?

Przede wszystkim mówić prawdę, nie mówić źle o rodzinie biologicznej, jasno określić sytuację w jakiej znalazło się dziecko i wyznaczyć cele do zrealizowania. Takie, które punkt po punkcie, będziemy mogli razem realizować , przybliżając się tym samym do określonego wcześniej  celu. Zaraz po przyjeździe dziecka, po pierwszym posiłku siadamy i na spokojnie, przedstawiam się, opowiadam o naszym Pogotowiu Rodzinnym, mówię , że długo już ten dom prowadzę i wiele dzieci  tu mieszkało. Zapewniam, że bez względu na to jak długo będziemy razem mieszkać to, przez ten czas będę się nim opiekować, będę o niego dbała, pomogę mu we wszystkim na miarę moich możliwości i że może do mnie przyjść, ze wszystkimi wątpliwościami.

Gdybym sobie pomyślała ” a nie przejmuję się nim i tak za miesiąc już go tu nie będzie”, to byłby ten moment, kiedy powinnam zakończyć działalność. W takiej sytuacji, nie miałabym prawa nazywać tego miejsca domem, to byłaby przechowalnia, prowadziłabym noclegownię, a nie pogotowie rodzinne. Dziecko od razu wyczułoby, że traktuję je przedmiotowo, że nie jest ważne, a wręcz jest niczyje i nikogo nie obchodzi. Bo, jeśli rodzina biologiczna się nim nie interesowała, a ludzie do których kolejno  trafiło, przekazywali je sobie z rąk do rąk, byle pozbyć się problemu, to nie wiadomo jak dziecko byłoby grzeczne czy niegrzeczne, to zostawi to w nim ślad na zawsze. Dziecko musi do kogoś przynależeć, musi wiedzieć, że jest osoba, która o nim myśli.

Miałam tak z Łukaszem, przyszedł, usiadł w kuchni, podałam obiad, a on założył nogi na stół. Poprosiłam, żeby zdjął te nogi, że u nas jest trochę inaczej, że będzie mu łatwiej, jak zaakceptuje nasze zwyczaje, w odpowiedzi usłyszałam „a co mi zrobisz, jutro już mnie tu nie będzie”. Zdjął nogi, zjadł, a potem zamknęliśmy się w pokoju i  siedliśmy do tej pierwszej, najważniejszej rozmowy. Opowiedział mi swoją historię, płakaliśmy razem . Dzieciak tułał się przez 12 lat. Ustaliliśmy cele i metody dojścia do nich. Od razu zrobiło się lepiej, obydwoje wiedzieliśmy na czym stoimy i w jakim kierunku idziemy, idziemy razem, ja idę z nim, obok niego, będę go wspierać, pomagać mu i bronić go.  Dziś, ten sam Łukasz dalej mieszka z nami (już ponad 3 lata) ma 16 lat,  180 cm wzrostu i nie dość, że już nigdy nie założył nóg na stół, to stał się wspaniałym dzieciakiem, świetnie gra w piłkę, nie ma problemów z nauką, nie sprawia kłopotów wychowawczych. Jest uczynny, uczuciowy i konsekwentnie zbliżamy się do ostatniego, najważniejszego celu, powrotu do mamy. Zagubiony, zbuntowany, nieszczęśliwy, nie wierzący w ludzi nastolatek po zyskaniu poczucia bezpieczeństwa, zrozumienia i akceptacji opuścił swoją skorupę i pokazał prawdziwą twarz. Stał się czującym, otwartym, współpracującym młodym człowiekiem z ambicjami na przyszłość. To jest sens naszej pracy. Niewymierny, a bezcenny.

cdn.

 

Chcę pomóc

Liczba komentarzy: 2.

  1. Wspaniali ludzie 🙂 my też prowadzimy pogotowie rodzinne 9 lat ,42 dzieci,21 adopcji,17 noworodków. Każde dziecko inne,różne historie .Pozdrawiam i życzę dużo sił

  2. Podziwiam zaangażowanie, troskę oraz opiekę jaką państwo dają tym dzieciom – sam wypuściłem na świat 3 dorosłe już dziewczyny i obecnie jestem opiekunem dla dwóch nastoletnich chłopców. Wiem ile to trzeba wysiłku i poświęcenia ,żeby każde z tych dzieci zrozumieć, bo każde z nich ma swój bagaż doświadczeń. Życzę Wszystkiego dobrego oraz zdrowia . Żeby więcej takich jak wy ludzi było na tym świecie .

Dodaj komentarz