Dagmara Mroczkowska 23.10.2017


Data dodania: 23-10-2017 r.
Ilość wejść: 607.

Redaktor/Autor: Halina Pytel – Kapanowska

pomogli Pomogli: 

Wydaje się, że Grażyna jest twarda, ale to tylko pozory. Po prostu taka musi być, żeby sobie poradzić. Bardzo kocha córkę, ale do dzisiaj nie jest pogodzona z jej chorobą.

–  Czasami myślę, że lepiej by było, gdyby Dagmara miała zespól Downa, albo nawet i porażenie mózgowe,  bo przynajmniej,  aż tak by nie cierpiała.

Grażyna Mroczkowska nie skarży się, ale kiedy Dagmara kończy rysować swojego największego motyla, przyznaje, że  ona też nie miała łatwego dzieciństwa. Miała zaledwie 12 lat, gdy zmarł ich tata. Mama podjęła się trudu wychowania czwórki dzieci. Grażyna była najstarsza, więc od wczesnej młodości musiała nauczyć się zaradności i pracowitości. Jej pomoc potrzebna była mamie i rodzeństwu. Może dlatego, że wcześnie zahartowana nie miała żadnych nadzwyczajnych marzeń, tylko takie bardzo proste, zwyczajne,  możliwe do spełnienia. Rodzina, praca, mieszkanie, dzieci, kiedyś wnuki…

Zbyszka poznała, kiedy miała 18 lat, kiedy jeszcze była uczennicą Technikum Gastronomicznego. On był starszy o 5 lat, już pracował, wtedy na kolei. Trzy lata później pobrali się. Byli zgodni, że chcą mieć dwoje dzieci, najchętniej chłopca i dziewczynkę. Chcieli cieszyć się swoją rodziną, pracować, doczekać się  większego mieszkania. Razem z dziećmi wyjeżdżać na wczasy, pokazać im  morze, góry, jeziora, co się da.  A kiedyś, w starszym wieku, cieszyć się wnukami. Bardzo proste, zwyczajne  marzenia. Takie do spełnienia… Czy chciała zbyt wiele?

Na początku wszystko było jak planowali. Rok po ślubie, w 1978 roku urodził się Adaś. Wielka radość. Tak jak chcieli – chłopczyk. Zdrowy, podobny do Zbyszka. Jak Adaś miał 3 lata spełniło się kolejne marzenie – większe mieszkanie. Bez żalu opuścili kawalerkę i zamieszkali w trzypokojowym M na 9 piętrze. W tamtych czasach to było coś.  Po kilku latach Grażyna znów zaszła w ciążę. Wielka radość. Przecież zawsze chcieli dwoje dzieci. Grażyna od początku miała przeczucie, że to będzie córeczka. Marzyła o tym, że córeczka – tak jak ona w dzieciństwie – będzie miała długie włosy. Że codziennie będzie jej zaplatać warkoczyki, wiązać kokardy. Będzie ją stroić w kolorowe sukieneczki, które w tamtych czasach wcale nie łatwo było kupić, ale co tam zdobędzie wszystko co potrzeba. Ależ wtedy byli szczęśliwi, pomalutku budowali swój świat, prosty, bezpieczny, cieplutki.

Ciążę znosiła dobrze. Była przekonana, że urodzi zdrową dziewczynkę…

Odebrali Dagmarę ze szpitala, kiedy miała 3 miesiące. Lekarze nie dawali dużych nadziei  „ pożyje może kilka, kilkanaście lat” – mówili.  I to, że na tę chorobę nie ma żadnych lekarstw, tylko opatrunki. Radzili nawet, by się zastanowić nad oddaniem dziecka do jakiegoś specjalistycznego ośrodka opieki nad przewlekle chorymi. Dla rodziny Mroczkowskich nie było to jednak do przyjęcia. Podjęli walkę o życie córki.

Grażynie coraz trudniej opowiadać. Chwilami głos cichnie i łamie się. W tym czasie Dagmara koloruje jesienne obrazki, liście, ruda wiewiórka. Co jakiś czas bierze ręką mamy w swoją dłoń i kieruje ją na plecy. Mama delikatnie i z wyczuciem je masuje, a nawet leciutko drapie. Jest to potrzebne, choć obecnie rany na plecach nie są już tak wielkie jak kiedyś, także, dzięki temu, że są lepsze opatrunki i plastry ze środkami przeciwbólowymi. Już tak bardzo skóra nie boli, choć tych najdroższych i najlepszych plastrów nie kupują, bo  jeden kosztuje 13 zł już po refundacji, a potrzeba ich kilkaset na miesiąc. Przez prawie 25 lat lat były tylko zwykłe bandaże i gaziki.

Grażyna wspomina, że kiedy już odebrali Dagusię ze szpitala, to zaczęła się codzienna wyprawa przez morze czerwone. Tak nazywa kąpiele i zmiany opatrunków, które trzeba było robić nawet kilka razy dziennie, a  rano i wieczorem obowiązkowo. Podczas kąpieli woda w wanience zabarwiała się na czerwono od krwi. Najpierw trzeba było moczyć opatrunki przylegające do ciała, a później je zrywać. To były konieczne czynności, choć Dagmara bardzo cierpiała i płakała. Grażyna Mroczkowska nie mogła płakać, musiała być silna, ale bardzo często łzy same leciały jej z oczu. Zdarzało się nawet, że Dagmara pokazywała, by uciąć jej  nóżkę, bo  ból był tak wielki…

Dagmara była też dzieckiem niesłyszącym, częściowo niewidomym, widzącym tylko na jedno oko, bez włosów i paznokci. Zaczęła chodzić dopiero w wieku siedmiu lat. Rodzina musiała nauczyć się języka migowego, by porozumiewać się z córeczką.

Dziewczynka nie chodziła do szkoły, nie miała koleżanek, bo kontakt z innymi dziećmi byłby ryzykowny. Nie do pomyślenia było samodzielne wychodzenie na spacer. Trzeba było cały czas być  z nią, by chronić przed urazem, popchnięciem, przewróceniem… Delikatny motylek…

Dagmara miała indywidualne nauczanie. Nauczycielka przychodziła do domu. Dziewczynka chętnie się uczyła. Jest w normie intelektualnej. Bez większych problemów nauczyła się czytać i pisać, opanowała program szkoły podstawowej. Językiem migowym można się z nią porozumieć, ale mówić  nie potrafi.

Od dzieciństwa Dagmara bardzo lubi rysować. Rysowanie i spacery z rodziną zawsze były jej ulubionym zajęciem. A największe przeżycie z dzieciństwa, to komunia. Właśnie wtedy, po raz pierwszy i jedyny, Dagmara była ubrana w sukienkę, na głowie miała biały czepek. Trzeba było ją zanieść do kościoła, żeby nie obtarła sobie nóg w czółenkach. To było bardzo wzruszające przeżycie i Dagmara lubi sięgać po zdjęcia z tej uroczystości. Musiało to być bardzo ważne wydarzenie dla niej, bo w tamtym czasie  bardzo często rysowała dziewczynki w sukienkach. Może marzyła o tym, by częściej się tak ubierać…

 

cdn.

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz