Danuta Tabor „On nigdy nie płakał…”


Data dodania: 27-01-2018 r.
Ilość wejść: 791.

Redaktor/Autor: Małgorzata Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli:

On nigdy nie płakał…

Pani Danuta „przysiadła” na kuchennym parapecie, właściwie to bardziej opiera się na nim niż siedzi.  Ręce położyła na  kaloryfer. Przed chwilą dołożyła do pieca w kotłowni, więc ciepło przyjemnie przenika do rąk.

Wie pani, on nigdy nie płakał – mówi o swoim osiemdziesięcioletnim mężu Zdzisławie – nigdy. Choroba nie choroba, zresztą nigdy też nie chorował, śmierć córki, nigdy nie płakał… A teraz jak tyle się dzieje, ten dach robią, to się popłakał. Teraz się popłakał – i pani Danucie szklą się oczy, ale ona już wcześniej przy mnie płakała. Ma powód. Nie jeden.

Teraz to łzy szczęścia. Przynajmniej jeden kłopot może zdjąć sobie z głowy. Remont dachu. Ten już się dzieje, a dzieje za sprawą Marka Trawczyńskiego. Od trzech lat sąsiada. Bo trzy lata temu, za swoją miłością, pan Marek trafił do Starego Czarnowa. Co swojego miał zrobić, to już zrobił, ale i nie swojego zrobił też dużo. Na co dzień pracuje w Niemczech. Opiekuje się chorymi, biednymi, uzależnionymi, to coś w rodzaju pracownika socjalnego. Z wykształcenia jest inżynierem budownictwa, ale w jego żyłach nie płynie stal i beton, a wrażliwość na drugiego człowieka.

No, taki już jestem – mówi pan Marek cichym, spokojnym głosem – nie mogę przejść obok, jak ktoś potrzebuje pomocy. Tu coś zrobię,  tam coś podrzucę.

W Starym Czarnowie znany jest przede wszystkim z prac przy kościele. Naprawił płot, schody, zadbał o otoczenie. Tak poznała go najbliższa sąsiadka pani Danuty Tabor. Zagadała, czy by nie pomógł  tutaj, przy tym domu, bo dach cieknie, a rodzina sama nie da rady. Pan Marek, jak ma w zwyczaju, niczego nie obiecał, powiedział tylko, że zobaczy, co da się zrobić.

Poszedł do pani Danuty, jak tylko czas mu pozwolił i od razu wiedział, że tu potrzebna jest pomoc i to nie tylko z dachem.

Pani Danuta od dwóch lat opiekuje się wnukami po śmierci swojej młodszej córki. Od roku jest  też opiekunką, pielęgniarką i rehabilitantką swojego sparaliżowanego męża. Pan Zdzisław miał w ubiegłym roku udar. Jak przez całe życie nie chorował, tak zachorował raz i to tak poważnie.

Załamał się po śmierci córki, tak myślę – mówi pani Danuta – to było jego oczko w głowie. Oczywiście, jak każde dziecko dawała popalić, ona może szczególnie, ale on zawsze jej wybaczał. Troszczył się. Zresztą o obie córki dbał.

Młodsza córka państwa Tabor zmarła w 2014 roku. Zator. Osierociła troje dzieci. Dziś 23-letnia Martynę, 19-letnią Paulinę i 9-letniego Oskara. Dla ostatniej dwójki  Pani Danuta została rodziną zastępczą.  Dziś, pełnoletnia już Paulina przygotowuje się do matury, chce zostać psychologiem, a Oskar jest jednym z dwóch najukochańszych mężczyzn w życiu pani Danuty – Oskar i mąż Zdzisław.

Poznali się w pracy, w fabryce domów w pobliżu Szczecina.

On mnie oszukał, że młodszy jest – wspomina pani Danuta, dopiero jak podpisywali akt ślubu, wyszło na jaw, że jest od niej straszy o 9 lat. Ale jak wiadomo – miłość nie wybiera.

Zamieszkali w Starym Czarnowie w jego rodzinnym domu.

Babcia nam opowiadała, że w dom trafiła bomba – wspomina pani Danuta – jeszcze podczas drugiej wojny światowej i runęła połowa tego naszego domu.

Rodzina przez lata, w miarę skromnych możliwości, próbowała, najpierw odbudować, a później remontować dom. Częściowo się to udało, ale na przykład dach, nie doczekał się naprawy. Zostało coś, co dziś dekarze nazwali „płaskodach”. Do tego w wielu miejscach zaczął przeciekać.

Mąż, jeszcze jak mógł, to łatał ten dach – mówi pani Danuta.  Ale, jak zabrakło sił, a do tego jeszcze problemy i choroba – najpierw córki, potem męża, dach stał się niczym sito. Pod każdą dziurę ustawiano najpierw wiadra,  a potem beczki. Po każdej ulewie pani Danuta i jej wnuczka wynosiły tę wodę ze strychu. Wiadrami, bo pełnych wody beczek nie były w stanie unieść. Te zmagania z deszczówką widziała sąsiadka, zobaczył też sąsiad Marek Trawczyński. Do tego jeszcze strop, to tak zwany polep – słoma i glina, która raz,  że nasiąka wodą, a dwa, że długo nie wytrzyma obciążenia pełnych wody beczek.

Obdzwonili kilka firm – tłumaczy pan Marek – i moja tu Kasia bardzo mi pomogła, ona znalazła tą firmę w Pyrzycach i namówiła.

Namówionym został Ryszard Gołębiowski, właściciel firmy dekarskiej i prezes Polskiego Stowarzyszenia Dekarzy Oddział Zachodniopomorski. On też niczego nie obiecał. Musiał najpierw zobaczyć.

Pan Ryszard to wszystko oglądał i z początku miał być tylko remont dachu, ale powiedział, że remont to tu za mało – mówi pani Danuta o ich pierwszym spotkaniu.

Pomysł odbudowy dachu Prezes Stowarzyszenia „rzucił”  na ostatnim w ubiegłym roku zebraniu Zarządu.  Pomysł chwycił. Zdecydowano, że  członkowie Polskiego Stowarzyszenia Dekarzy Nieodpłatnie wykonają gruntowny remont dachu w Starym Czarnowie.   Im szybciej tym lepiej, tak by zimna nie dała się we znaki mieszkańcom. Ruszyli z pracami 16 stycznia.

Ile to was kosztuje?

– Nie wiem, nie liczyłem – śmiejąc się odpowiada prezes Gołębiowski – nie było potrzeby, przecież to jest nieodpłatnie więc każdy z nas dał coś od siebie, daje prace, narzędzia, swoich pracowników, więc nie liczymy tego.  

Jak przywieźli mi rusztowanie, to zaczęłam płakać, dla mnie było to po prostu… dzisiaj to jest nie do wiary, że człowiek człowiekowi może pomóc pani Danuta nie może powstrzymać łez dach to są… to jest kolosalna suma, ja takiej sumy pieniędzy nie widziałam na oczy,  nigdy w życiu.  Naprawdę, nigdy nie widziałam tak dużo pieniążków.

Trudno wątpić w te słowa, zwłaszcza, gdy emerytura pana Zdzisława to 1200 złotych, podobnie jak pani Danuty. Do tego z pomocy społecznej jakieś pieniądze na dzieci. W sumie uzbiera się nieco ponad 3 tysiące, a z tego lekarstwa i materiały higieniczne dla pana Zdzisława, wypożyczenie specjalistycznego łóżka, bilet miesięczny dla Pauliny i pieniądze rozchodzą się błyskawicznie.

-Teraz najbardziej bym chciała, aby mąż do mnie coś powiedział – mówi pani Danuta. Po udarze pan Zdzisław dwa miesiące leżał na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Do tej walki ze skutkami udaru, doszła walka z obrzękiem płuc. Lekarka uprzedziła panią Danutę, że tę walką mogą przegrać. Pan Zdzisław walczył i wygrał. Teraz walczy o to, by się samodzielnie poruszać. Z Pomocy Społecznej dostali chodzik i razem próbują rehabilitować pana Zdzisława.

O tak, pomagam mu – tłumaczy pani Danuta dźwigając niesprawnego męża z fotela – on sam złapie się tutaj, a tą drugą rękę mu tu układam –  drugą, czyli lewą, która wciąż odmawia posłuszeństwa. Oparty o wysoki chodzik pan Zdzisław robi kilka kroków w kierunku okna.  Natychmiast widać zmęczenie. Wysiłek musi być dla niego ogromy. Powolutku zawraca i z pomocą żony ciężko opada na fotel.

Mam skierowanie na rehabilitację, ale w Pyrzycach mi powiedzieli, że nie ma ludzi, a za pieniądze z Funduszu nikomu się nie opłaca przyjeżdżać – tłumaczy pani Danuta, dlaczego jej mąż nie ma profesjonalnej rehabilitacji,  a tym bardziej, dlaczego nie pracuje nad mową z logopedą.

A dojazd do Pyrzyc? – pytam

On by nie dał rady – wyjaśnia pani Danuta – a poza tym, czym?

Rzeczywiście nie widziałam tu samochodu, a angażowanie za każdym razem sąsiadów może być kłopotliwe, choć pani Danuta o sąsiadach może mówić tylko dobrze.

Pomagają, zawsze mi pomagają, coś podrzucą, coś doradzą – mówi pani Danuta – tu sąsiadka, jak chciałam sprzedać dom  to mi odradzała, mówi, żeby nie sprzedawać, to dzieciom coś zostanie.

Ten argument wygrał, bo dzieci to teraz najważniejsze wyzwanie dla Pani Danuty

Niech coś po mnie mają – mówi – tak bardzo chciałabym, aby wyrosły na porządnych ludzi. I coś już będą miały na początek. Boże,  tak bym chciała żeby były szczęśliwe, po tych wszystkich nieszczęściach…

Dom duży, zadbany, ale oprócz dachu, są też i inne niedoskonałości. Potrzebne jest tutaj jeszcze sporo pracy.

–  Ocieplenie. Teraz będziemy o to się starać – mówi Pan Marek. Choć opady śniegu trochę zaburzyły harmonogram prac przy dachu, to kwestia dni, aby był skończony. Z płaskodachu zrobili to, co planowali.

Robimy go  tak, jak był dawniej, to znaczy dwuspadowy daszek – tłumaczy Mirosław Maczuga, dekarz i cieśla jednocześnie z jednej z firm, która odpowiedziała na apel Stowarzyszenia. Robią dobrą rzecz, a przy okazji też, w ten sposób chcą trochę pod promować ten fach – że dobry, można zarobić i robić szlachetne rzeczy, dobre dla innych.

Teraz to ocieplanie – mówi pan Marek – a potem się zobaczy. Nie możemy tej rodziny zostawić samej.

Bo jak mówi, pomaganie innym to jest to, co warto robić, dzięki temu jesteśmy ludźmi.

No mówię pani, nigdy nie płakał, jak żyje 80 lat, nigdy, teraz, z powodu dachu się popłakał… Żeby jeszcze tylko coś do mnie powiedział…

 Potrzeby jest logopeda, potrzebna jest rehabilitacja. Może być nawet używany sprzęt do rehabilitacji, tak, by uparty pan Zdzisław sam pracował nad sprawnością rąk czy nóg… bo bardzo chce.

…gdy chciał na obiad placki ziemniaczane, trochę to trwało zanim pani Danuta zrozumiała,  ale placki miał. To uparty człowiek, trzeba mu tylko odrobinę pomóc.

 

cdn.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz