Dorota i Czesław – pogotowie rodzinne.


Data dodania: 11-10-2019 r.
Ilość wejść: 1 908.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

Dorota i Czesław rodzina zastępcza zawodowa pełniąca funkcję pogotowia rodzinnego. 3 dzieci własnych i 115 które przewinęły się przez ich dom w ramach prowadzonej przez nich rodziny zastępczej. Czy wszystkie pamiętają … wszystkie, o każdym dziecku są w stanie powiedzieć parę słów. Jedne były dłużej , drugie krócej. Jednych historia bolała, inne z trudem żegnali. Każde ze 115 dzieci zostawiło w nich ślad.  17 lat pracy z dziećmi, dla dzieci. Noce nieprzespane i dnie, kiedy puchło się z dumy. Okresy zwątpienia i lata ogromnego zadowolenia. To ich życie, ich droga, ich powołanie, ich spełnienie. Dziś mają w domu 9 maluchów, od 2 tygodniowego chłopczyka po 7 letnią dziewczynkę. Dorota i Czesław prowadzą rodzinę zastępczą pełniącą funkcje pogotowia rodzinnego.

– nieraz pytają mnie biologiczni rodzice moich dzieci  ” jak do Was trafić, jest jakaś tabliczka na kamienicy, jakiś szyld, że tu jest pogotowie rodzinne?”, a ja nieodmiennie tłumaczę. „Nie, nie ma tu tabliczek. To jest mój normalny i jedyny dom, mój i moich dzieci, posunęliśmy się trochę, wstawiliśmy więcej łóżeczek i zrobiliśmy miejsce dla jeszcze paru dzieci. Przyjęliśmy je do siebie, żyją razem z nami. To jest mój dom”.

Jak zaczynali, te 17 lat temu,  w najlepsze hulały w Polsce  ogromne Domy Dziecka, 300 wychowanków to była norma, ale były i takie, gdzie mieszkało ich ponad 1000. Forma rodzin zastępczych, nie była jeszcze tak popularna jak dziś. Dziś, to już jest wymóg, że dziecko do 10 roku życia nie może wychowywać się w pieczy instytucjonalnej.

– Pamiętam pierwsze dziecko, które trafiło do nas w ramach rodziny zastępczej. Dziewczynka, zabraliśmy ją prosto ze szpitala. Wtedy, dziecko porzucone po porodzie przez matkę, musiało zostać w szpitalu przez 6 tygodni na wypadek, gdyby matka zmieniła zdanie i wróciła po nie. Noworodek, od  razu po porodzie zostawiony na 6 tygodni w systemie szpitalnym, bez przytulania, noszenia, bez fizycznego kontaktu z opiekunem, już na starcie jest okaleczony emocjonalnie, zerwane więzi będą dawały znać przez całe życie. Mimo, że nasza dziewczynka była zalana miłością, akceptacją, troską, to była z jednej strony bardzo zaborcza, a z drugiej bardzo okrutna zawłaszcza wobec mnie. Jako kilkulatka potrafiła  mnie wyzywać, być agresywna, nie chciała bliskości fizycznej. Przytulenie jej długo, bardzo długo nie było możliwe, ale jednocześnie  zawsze przychodziła do łóżka i chciała ze mną spać, mąż lądował na innej kanapie. Trzeba mieć dużo cierpliwości, zrozumienia, empatii, żeby takie dziecko  umieć dalej kochać. Skończyło się szczęśliwie, adopcją, bezpiecznym, stałym domem.

Dorota i Czesław to ludzie głęboko wierzący. Ona pielęgniarka, on budowlaniec całymi latami na kontraktach za granicą i w kraju. Pochodzą z Koszalina, przenieśli się za dziećmi do Szczecina. On w rozjazdach, zarabiał na utrzymanie rodziny, ona owszem też pracowała, ale cały czas poszukiwała swojej drogi.

– Inspiracją dla mnie okazały się słowa pastora podczas kazania, powiedział, że „Bóg włożył w każdego człowieka jakiś talent i do czegoś go powołał”. Nie dawało mi to spokoju, a  do czego ja zostałam powołana. Pielęgniarka, to pewnie do pracy w hospicjum. Zgłosiłam się jako wolontariuszka do hospicjum,  ale nie dałam rady, nie wytrzymałam, nie mogłam patrzeć na odchodzenie ludzi. Zawsze, gdzieś z tyłu głowy miałam dzieci. Lubię je, lubię opiekować się małymi dziećmi. Zatrudniłam się w Domu Małego Dziecka, w co drugim dzieciaczku się zakochiwałam, ale miałam wtedy własne , jeszcze bardzo małe, więc mowy nie było, żeby wziąć jakieś z placówki. Przeniosłam się do Sanepidu do działu szczepień, ale przecież to niemożliwe , żeby takie było moje przeznaczenie. Chciałam robić rzeczy w sposób wymierny pomagające ludziom, pomagające dzieciom. Miałam koleżankę, bliską mi osobę, ona wzięła  do siebie jako rodzic zastępczy chłopczyka, uznałam, że to podpowiedz.

Najpierw porozmawiała z  własnymi dziećmi, z 12 letnim wówczas synem, 16 letnią córka i mała Julką. Zapytała, czy zmieściłoby się u nich jeszcze jedno, obce dziecko, czy miałyby coś przeciwko temu. Nie miały.

– Wcześniej pracowałam w Domu Małego Dziecka, malutki był, kameralny, ale dzieci z reguły bardzo chore z wieloma zaburzeniami, ogromnymi deficytami. Mieliśmy wspaniałą dyrektorkę, która szukała dla tych naszych dzieci rodzin adopcyjnych. Ośrodek Adopcyjny w Koszalinie , zresztą tak jak  i dziś, działał perfekcyjnie z pełnym zaangażowaniem i oddaniem . Mieliśmy dzieci bardzo chore, więc najczęściej  szły do rodzin za granicę. Do Szwecji. Szwedzi nie oglądali się na stopień niepełnosprawności, czy zaburzeń dzieci, podchodzili zupełnie inaczej niż Polacy. Dziecko to dziecko, jedno wymagało więcej pracy i zaangażowania, inne mniej, nie było czegoś takiego jak dziś, tzw ” nieudanych adopcji”, że dzieci wracały. Po latach widziałam, jak przyjeżdżali w odwiedziny z tymi naszymi wychowankami. Zawsze  z tłumaczami, prezentami, oprowadzali te swoje pociechy po Ośrodku mówiąc, „o, tu w tym pokoju pierwszy raz cię zobaczyliśmy”. Dzieci zadbane, zaprotezowane, wyrehabilitowane, zadowolone, przywiązane do swoich rodziców. Wielokrotnie nie wierzyliśmy, że dane dziecko można było tak wyprowadzić, tak zniwelować wydawać by się mogło, nieodwracalne rzeczy. Patrząc na nich wiedziałam, że miłość i oddanie to najlepsze lekarstwo. Wyleczy niemal wszystko. Widziałam jak bardzo można kochać dziecko,  bez względu na jego wady i pochodzenie. Czułam, że znalazłam swoje przeznaczenie.

Kiedy dzieci zgodziły się na przyjęcie obcego do domu, pozostało Dorocie przekonać nie domyślającego się niczego męża.

– Precyzyjnie się przygotowałam, zaprosiłam męża na kolację do naszej ulubionej chińskiej knajpki na golonkę po chińsku. Poszliśmy, zjedliśmy , porozmawialiśmy. Kiedy skończyły się neutralne tematy mąż zapytał – „a teraz powiedz, jaki jest prawdziwy powód wyjścia z domu na kolację w środku tygodnia”. Wyrzuciłam z siebie wszystko jednym tchem i usłyszałam – „jak zajmiesz się całą logistyka – to ja dorzucę do twojego pomysłu opiekę i serce dla tych dzieci, które do nas przyjdą”. Mam wspaniałego męża i wyjątkowe dzieci. Zrobiłam całej gromadzie rewolucję w życiu, żeby spełnić swoje powołanie. Mam nadzieję, że nikt nie ucierpiał na tym, a mam wrażenie, że dopiero wtedy nasze życie nabrało prawdziwego sensu.

Kursy na rodzinę zastępczą Dorota rozpoczęła w 2002 roku, pierwsze dziecko trafiło pod ich dach po pół roku. Byli zwykłą rodziną zastępczą oboje pracowali na pełnych etatach. Dziewczynka , która jako pierwsza zamieszkała z nimi miała 6 tygodni, Dorota poszła więc na urlop macierzyński.Wróciła do pracy po urlopie i dotarło do niej, że jest już w zupełnie innym miejscu w życiu. Że Sanepid, tamte problemy , radości, to już nie jej świat. I jak to w życiu bywa, znowu trochę los zdecydował za nich. W gazecie koszalińskiej ukazał się artykuł ze zdjęciami 6 dzieci, pozostawione, porzucone przez matki w szpitalu noworodki, nie ma ich gdzie umieścić, nie ma ich , komu przekazać. Są w szpitalu… Kobiety prowadzące rodziny zastępcze w Koszalinie natychmiast się skrzyknęły i każda wzięła po jednym dziecku do siebie, do własnego domu. Dorota oczywiście też. Jej przypadł chłopczyk z pełnoobjawowym FAS em, z rodziny, która nie trzeźwiała. Miał dysmorfię twarzy, często płakał, bardzo dużo chorował. Dorota po raz kolejny poszła na urlop macierzyński. Chłopiec wymagał ogromnej pracy, zaangażowania, czysto fizycznej opieki.

– Ostatkiem sił, dosłownie strzępami zdrowego rozsądku go oddaliśmy. Był u nas 1,5 roku, zakochaliśmy się w nim po uszy, byliśmy o krok od adoptowania go. Gdyby nie rodzina, która również chciała go adoptować , byłby dziś nasz. Pan, oszalał na jego punkcie, pisał mi, a był to bardzo poważny biznesmen, że nie jest w stanie pracować, piesze maile do Chińczyków kontrahentów i czyta je po parę razy, bo myślami jest z naszym chłopczykiem.  Jego żona była ostrożniejsza, bardziej chciała dziewczynkę, ale ostatecznie adoptowali go. Do dziś podglądam mojego niedoszłego synka na Facebooku, wyrósł na pięknego, przystojnego młodzieńca, uczy się, widzę na zdjęciach z wakacji, że chyba ma rodzeństwo. Już to chyba mówiłam, miłość jest lekarstwem na wszystko, ma moc czynienia cudów.

Dorota postanawia zająć się już na „pełny etat” prowadzeniem rodziny zastępczej. Przychodzą do domu kolejne dzieci, w ich zaadoptowanym na mieszkanie strychu, coraz bardziej ubywa mebli na rzecz nowych łóżeczek. Córka Doroty i Czesława rezygnuje z własnej szafy, żeby zrobić miejsce dla kolejnego dziecka. Występują z wnioskiem o zamianę mieszkania na większe, doskonale wiedzą co to znaczy, nikt głośno tego nie podnosi, ale większe mieszkanie, to nie poniesienie komfortu życia, to więcej dzieci. O dziwo, dostają je w ekspresowym tempie, czyżby miasto też się domyślało, że każdy dodatkowy pokój dla tej rodziny to szansa dla maluchów…  Dostają 100 metrowe mieszkanie, w pięknym miejscu, przy parku, w dobrej dzielnicy, dobrze skomunikowane z centrum i zrobione pod klucz, tylko wstawić meble i mieszkać. Tak zrobili.

– w sobotę przeprowadzaliśmy się, a w poniedziałek podpisywałam umowę z MOPRem na prowadzenie zawodowej rodziny zastępczej pełniącej funkcję pogotowia rodzinnego. W tym samym tygodniu przyjęliśmy do domu 2 kolejne noworodki, 2 dziewczynki. Wiedziałam, że jestem na swoim miejscu. Do dziś po 17 latach nie zmieniłam zdania.

cdn.

 

Chcę pomóc

Liczba komentarzy: 6.

  1. Mam łzy radości i wzruszenia w oczach jak to czytam. Piękna historia:* Jesteście Kochanymi Ludźmi:*Pozdrawiam Was Wszystkich bardzo serdecznie:*

  2. Cudnie moi kochani , zawsze jestem z Was dumna , a Nasz Pan raduje się Wami i błogosławi obficie . Dorota S z Koszalinka😍😍😍

  3. Szacunek dla państwa podziwiam za wielkie serce co Państwo robią dla tych pociech chciałabym się tak samo zająć dziećmi kocham wszystkie tylko jakbym to mogła zrobić na adopcje czeka się się długo A na pogotowie rodzinne chyba też długo. Nie jestem jeszcze stara mam powołanie bo bardzo kocham dzieci ale czy czekanie na wieść że mogę być rodzina zastępcza będzie możliwość czekania lub odrzucenia bo wiekowi Państwo bylo by to przykre i smutne jestem z lodzi moze jakas podpowiedz co mam zrobic abym mogła tym dzieciom pomoc. Tak bardzo się przymierzam ale gdy komuś opowiem to zawsze słyszę A po co Ci kłopot dzieci mogą być chore nie dasz rady A ja mam takie powołanie tak czuję że chce im dac dużo czulosci milosci.Pozdrawiam serdecznie państwa Dorota

Dodaj komentarz