Dorota Lisiczko – Zając … tak spełniają się marzenia!


Historia została dodana: 24-12-2018 r.
Ilość wejść: 1 283.

 Redaktor/Autor: Małgorzata Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli :

„Oto Grześ Junior… Urodziłam 10 grudnia przez cesarskie cięcie. Mały otrzymał   10 na 10 w skali Apgar i generalnie wszystko jest, jak powinno być”.

Dorota wykorzystując chwilę snu Grzegorza Juniora, „skrobnęła” kilka zdań do swoich Aniołów z Bazarku Dobrych Serc. Kilka zdań o maluchu i życzenia dla tych, którzy walczą o zdrowie. „Życzę Wam, by nigdy, ale to nigdy nie zabrakło Wam wiary i nadziei, a przede wszystkim wytrwałości”.

Nikt bardziej niż Dorota nie zna wartości tych słów. Życie i śmierci stały obok siebie. Dorota wybrała życie.

Swoje, ale i swojego synka. Chciała, aby pojawił się na świecie, dlatego zaryzykowała, zrezygnowała z chemii, z przeszczepu szpiku  i zdecydowała się na eksperymentalną metodę leczenia raka w Chipsa Chospital w Meksyku.

Dziś Grzegorz Junior bezpiecznie śpi w jej ramionach.

Te ostatnie  9 miesięcy było dla mnie mimo wszystko ogromnym strachem – mówi dziś Dorota – Wyniki były bardzo dobre. Więcejbyły idealne, jak z podręcznika, jednak strach gdzieś w głębi zawsze mi towarzyszył.

Jak każdej przyszedłem mamie, a to, że może być coś nie tak, że będzie jakaś wada, bo oczywiście badania prenatalne mogą wiele rzeczy wykluczyć, ale czy wszystkie? Dorota zmagała się z myślami, a „Fasolka” spokojnie sobie rosłą w jej brzuszku, nieświadoma obaw mamy, czy będzie miał wszystkie paluszki, sprawne rączki… Strach towarzyszy każdej mamie, a Dorocie towarzyszył „bardziej”, bo przecież przeszła cykl chemii.

To jest strach, którego nie da się opisać, nie da się o nim opowiedzieć – mówi Dorota i natychmiast dodaje, że obawy starał się rozwiać jej mężczyzna – Grzegorz Senior.

Oczywiście nie był sam. Rodzina, bliscy, przyjaciele – wszyscy byli przy Dorocie.  Pomagało.

W końcu nadszedł ten wyczekiwany czas porodu – opowiada Dorota – co prawda, termin był na 14 grudnia i kiedy mnie wszyscy pytali kiedy i kiedy,  to utwierdzałam ich w przekonaniu, że termin porodu pozostaje bez zmian. Ale ja  miałam  ustalony termin cesarskiego cięcia na 10 grudnia.

Po co ta „konspiracja”? Bo z Grzegorzem Seniorem ustalili, że zrobią wszystkim niespodziankę wysyłając  mmsy ze zdjęciem Juniora 10 grudnia.  „Podstęp” się udał, a świeżo upieczeni rodzice mieli z głowy odbieranie telefonów w dniu porodu czy to od rodziców, czy przyjaciół z pytaniem „jak się czujesz?”  „czy to już?” „czemu to tak długo trwa?”. Nie stresowali się oni, nie stresowali bliscy.

Chcieliśmy aby ten czas był tylko dla nas, dla naszej  trójki i tak też było – z egoistyczną szczerością wyznaje Dorota –  pojechaliśmy do szpitala rano. Niestety miałam kartę ze starym nazwiskiem i z grupą krwi, więc potrzebne były badania i zamiast rano, cesarskie cięcie miałam o 17:12.

I tu pojawiła się kolejna fala strachu i niepewności. Grzegorz nie mógł być na sali operacyjnej, więc czekał przed. Dorota została podpięta do kroplówki, dostała znieczulenie i…

Nie czułam bólu, a jedynie uciśnięcie na żebra, gdy lekarz mocował się by wyjąć maluszka. Nie fajne uczucie,  a po chwili płacz dziecka i pierwsze moje łzy –  mówi Dorota. Po kilku minutach pokazano jej dziecko. Małego  przytulono do jej twarzy i wygłoszono formułkę: „ma pani zdrowego synka, 53 cm długości, waga 3150 g i 10/10 w skali Apgar”.

Polało się morze łez. Nie pamiętam, kiedy tak zanosiłam się z płaczu. Nie spodziewałam się takiej reakcji, ale to było silniejsze ode mnie… – mówi Dorota i głos jeszcze i teraz  trochę się łamie –  tak narodziła się moja bezgraniczna miłość do mojej „Fasolki”.

Po zabiegu Dorota trafiła na oddział w celu rekonwalescencji. Grześ Junior  był na oddziale noworodkowym wraz ze swoim tatusiem Grzesiem Seniorem, który to zaraz po ujrzeniu malucha wysyłał wiadomości mms ze zdjęciem Małego  do rodziny i najbliższych, z informacją, że są już w trójkę.

Nasza „Kluska” , bo tak teraz nazywamy Małego,  po kolejnych  badaniach na kilka godzin trafiła do mnie,  a raczej do mojego „cyca”  – Dorota precyzyjne opisuje pierwsze godziny życia syna –  Tatuś Grzesia oszalał z miłości, podobnie jak ja. Pobyt w szpitalu trwał dwie doby. Z niecierpliwością czekałam na moment , kiedy będę mogła położyć „Kluskę” do jego łóżeczka, które stoi  w jego malutkim pokoiku, gotowym na jego przyjazd.

Jeszcze kilka miesięcy temu Dorota nie byłą pewna czy zdążą ze wszystkim, bo oczekiwanie na dziecko było połączone z urządzaniem nowego mieszkania, a pokój „Kluski”  zostawili sobie na koniec.  Ale udało się. Pokój synka dopieszczony jest w każdym szczególe: mebelki, zasłonki, nowa lampa, wymalowane ściany.

Tak spełniają się marzenia.

–  Wracaliśmy jako dumni rodzice, choć mnie zaczęło przerażać macierzyństwo – wyznaje Dorota i dodaje, że to na szczęście są tylko chwile zwątpienia. Dziś czuje się spełnioną mamą i nie ukrywa, że dla niej to fantastyczne uczucie.  Nie wykluczone, dodaje, że to dlatego, że „Kluska” tylko śpi, je i oddaje co nieco w pampersy. A więc niewymagający zbyt wiele młody obywatel.

Gdybym dziś miała ponownie stanąć przed wyborem swojego leczenia, to ponownie zdecydowałabym się na terapię niekonwencjonalną – całą postawą  Doroty potwierdza, że na pewno tak by się stało – to była najlepsza decyzja jaką mogłam wtedy podjąć. Myślę też, że decydując się na dalsze tradycyjne leczenie  w Polsce ,  przeszczep, nie miałabym dziś tego co mam – synka. Radioterapia mogłaby spowodować niepłodność.  A czasami nawet zastanawiam się nad tym, czy w ogóle bym była…

Bóg ma swój plan  – dodaje Dorota z uśmiechem.

Dziś mama czyje się świetnie, o cesarskim cięciu zapomina, bo jak mówi „lata” po domu dopieszczając swoich dwóch Grześków.

Kocham ten stan i niech on już trwa wiecznie.

Dorota wciąż stosuje specjalną dietę. Suplementacja wzmacnia organizm i trzyma nowotwór z dala od niej. Trwałą „pamiątką” po nowotworze jest uszkodzone biodro. Dorota kuleje i tak już zostanie, ale nie tym się martwi.

– Najważniejsze jest dla mnie zdrowie mojej „Kluski„. Grześ Junior i Grześ Senior  –  wyznaje ze szczerym śmiechem – Jejku, jak to się wszystko zmieniło… świat zwariował, a ja razem z nim.

Swoim Aniołom z Bazarku Dobrych Serc Dorota napisała jeszcze: „ To, co jest dzisiaj, kiedyś było dla mnie marzeniem, powiedziałabym abstrakcją, ale nigdy nie traciłam wiary w to, że marzenia się spełniają.  Dlatego też Kochani – warto mieć marzenia i doczekać się ich spełnienia! „.

 

 

 

cdn.

 

 

 

Chcę pomóc

Komentarz do “Dorota Lisiczko – Zając … tak spełniają się marzenia!”.

Dodaj komentarz