Dorota Lisiczko – Zając


Data dodania: 03-09-2017 r.
Ilość wejść: 5 987.

Redaktor/Autor: Małgorzata Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli:

– Przez tę całą moją chorobę stałam się innym człowiekiem, lepszym, naprawdę – oczy Doroty są mocno rozszerzone i doskonale widać w nich nawet nie iskierki światła, ale świetlistą autostradę. Blask –  i dzisiaj mogę stanąć przed lustrem i powiedzieć, że siebie kocham, tak, bo kiedyś bym tego nie zrobiła, ale dzisiaj tak. 

 Rozmawiam z Dorotą Lisiczko – Zając ze Świerzna trzy tygodnie po jej ślubie z Grzegorzem. Wymarzonym, wyczekiwaniu ślubie i spełnionym za drugim podejściem. Pierwszy nie doszedł do skutku, bo na wieczorze panieńskim Dorota przewróciła się i złamała biodro. Trafiła do szpitala.

Trafiła na onkologię. 

Wulkan energii

 Drobna,  dziś trzydziestolatka, to wulkan energii.  Wszędzie jej pełno i ma miliard pomysłów na minutę. Raz jest blondynką raz rudą, raz kobietą o włosach w mysim kolorze. Taką była w marcu tego roku, gdy ja poznałam.  Rozmawiałyśmy o leczeniu, o diagnozach i o włosach.

– Lepsze te krótkie? – zapytałam, a  ona ściągnęła czapkę, którą miała na głowie. Zrobiła to, oczywiście z uśmiechem, ale tym razem wyczułam za nim niepewność, może trochę lek, a jej duże oczy na chwilę zgasły. Pod czapką były króciutkie włosy ledwo co odrastające po chemioterapii.

Odrosną – Dorota przeciągnęła dłonią po włosach – teraz, jak z perspektywy czasu patrzę to włosy odrosną… odrosną. 

O Dorocie wszyscy bliscy mówią, że lubi pomagać, że jest energiczna, że pomysłowa…

Rozgadana – dodaje Dorota – bo, jak się rozgadam, to nie idzie mnie zatrzymać… acha i mama powiedziała, że z kapusty się wzięłam, w kapuście mnie znalazła – znów szczery, szeroki uśmiech.

Proszę mi powiedzieć o Dorocie, jaka ona jest – pytam tatę, Zenona Lisiczko.

Super, tyle mogę powiedzieć , cóż więcej – uśmiech nie schodzi z twarzy pana Zenona – To jest takie dziecko, jakie sobie wymarzyłem.

Są bardzo blisko. Tata Doroty, jak jeszcze był zdrowy –  teraz po zawale serca i  zapaści dochodzi do siebie, ale w rodzinie mają świadomość, że to bardzo długi proces i fizyczny i psychiczny –  to jeździł za Dorotę na uczelnie i robił notatki, gdy ona nie mogła, gdy była w szpitalu.  Ubierał się w garnitur i taki elegancki na uczelni w Koszalinie tłumaczył wykładowcom kim jest i dlaczego to robi. To też dzięki temu Dorota jest z wykształcenia pedagogiem.

Zanim trafiła do szpitala pracowała jako doradca zawodowy w Warsztatach Terapii Zajęciowej w Kamieniu Pomorskim. To była praca – marzenie dla Doroty. Trzeba było wychodzić, wydeptać, a wcześniej  wymyślić, gdzie można zatrudnić jej podopiecznych.

Ja się fajnie czują, jak mogę komuś pomóc -Dorota na  chwile staje się poważna –  Jak znalazłam komuś pracę, to czułam się taka dumna, że mam w tym swój udział, swój wkład. 

Była niezwykle skuteczna w tym, co robiła.

Z przyjaciółmi startowała, jako pilot, w rajdach off-road.

Znalazła też… w  sieci,  miłość swojego życia.

 

Choroba

Problemy zaczęły się w 2015 roku. Dorotę zaczęło boleć biodro. Bóle nasilały się. Poszła z wizytą do ortopedy, dostała antybiotyki, bo lekarz stwierdził, że to zapalenie stawu biodrowego.  Pomogło na chwilę. Po dwóch tygodniach ból wrócił i był to już nie tylko ból biodra, ale również nerek. Pojechała do szpitala  w Gryficach. Sama. Spakowała w domu walizkę i zgłosiła się na szpitalny Oddział Ratunkowy.  Przyjęli ją na cztery dni. Wówczas zdiagnozowano u niej niewydolność nerek. Wraca do domu, jednak po kolejnych czterech dniach, ból wraca. W dom jest jej partner Grzegorz, zawodowy kierowca. Budzi go o godzinie czwartej rano i jadą do szpitala. Tym razem to Szpital Wojewódzki w Szczecinie.

Zrobiono mi prześwietlenie kości całego ciała i okazało się, że mam w kościach przejaśnienia, dziury, zmiany osteolityczne – Dorota niemal jednym tchem wymienia badania i ich efekty – Pobrano mi szpik w międzyczasie do badania , pobrano mi węzeł chłonny do badania, więc już wiedziałam, że lekarze szukają nowotworu i zastanawiałam się tylko jakiego.

Kolejne badania i wynik trepanobiopsji szpiku, a w nich informacja, że szpik jest zajęty w 80 procentach. Lekarka nawet nie była w stanie powiedzieć Dorocie o tym wyniku, tylko wręczyła dokument i kazała samej przeczytać.

Grzesiu był wtedy ze mną, wiec ja mówię, mu, że to nie mój wynik, że to jakaś pomyłka,  że to nie moje, że ja zdrowa baba jestem. 

Byłam w pracy – wspomina mama Doroty, Bożena Lisiczko – córka zadzwoniła, mamusia jestem chora, nie wiem co, rozłączyła się – i dziś jeszcze to wspomnienie powoduje, że pani Bożena wstrzymuje łzy – … po zakładzie chodziłam z pokoju do pokoju i dopiero tam znajoma mówi „co się stało?”. Nie mogłam nic powiedzieć. Zwolniłam się z pracy, Grzesiu podjechał, synowa zwolniła się też z pracy i pojechałyśmy do niej do Szczecina – znów kolejna pauza, oczy napełniają się łzami.

To był szok, szok no nie do opisania i zastanawianie się, dlaczego ona? Co nas jeszcze spotka? Po trzech latach  od zawału męża, Dorotka, znowu wyrok, bomba. Rak… 

Z tą diagnozą wypisano Dorotę do domu z zaleceniem konsultacji onkologicznej. W między czasie miała też kolejne badanie, które wykluczyło chłoniaka. Swojego onkologa Dorota prosiła o  scyntygrafie kości, o rezonans pleców, odcinka lędźwiowego kręgosłupa, bo coraz bardziej bolały ją plecy i ból się nasilał.

Dorota jednak stara się żyć normalnie. Z nasilającym się bólem jedzie jeszcze, w 2016 roku  w góry.

I znów kolejna badania – w końcu rezonans – i wydać nacieki na kościach, guzy na plecach, w miednicy. Wciąż jednak nie wiadomo, co to za nowotwór. Kolejne badanie szpiku – tym razem próbkę wysłano do Warszawy – wykluczyło nowotwór. Szpik był czysty.

Kolejne badanie. Kolejne.       Biopsja i diagnoza: nowotwór PNET

Nowotwór PNET czyli nowotwór złośliwy tkanki miękkiej – tłumaczy Dorota – noooooooo ciężko to było w ogóle przyjąć do wiadomości, to, że jest się chorym, no ale co… W między czasie podjęłam szybką decyzję, że trzeba wziąć ślub z moim Grzesiem, który ten ślub już chciał wcześniej ze mną wziąć, tylko, że wcześniej zawsze było coś, albo nie było pieniędzy, albo milion innych problemów.

Do dziś w szafie wisi łososiowa sukienka z perełkami na gorsecie i tiulowym dołem. Razem z nią, w foli ochronnej,  łososiowa koszula pana młodego

Pan Grzegorz nie maił oporów co do tego łososiowego  koloru? – pytam po babsku

Miał, tylko on mówi, że dla mnie jest w stanie znieść wszystko, wszystko zrobić, żeby się tylko hajtnąć – Dorota wybucha śmiechem.

Miał być ślub, miał…

    8.09.2017         Eksperymentalna metoda leczenia raka w Meksyku.

Wraca do wspomnień, kiedy to pomyślała sobie, że jak już jest postawiona diagnoza, jak już wiadomo, że  to nowotwór PNET,  to Grzegorz może ją zostawić. Przypomina sobie ten strach, że jak zacznie chemię to Grzegorz będzie musiał to wszystko z nią przejść, a może nie da rady? Może powie „dziewczyno radź sobie sama”?.

Też dla tego zdecydowała się na ślub. Szybki, szalony… tak jak ona.

Wydaje się, że to diagnoza zdecydowała o tym ślubie – Dorota dalej wspomina – Więc szok był nawet dla mojej przyjaciółki Uli, która dostała sms-a „zostaniesz moją świadkową?”. Nie spodziewała się tego sms-a.

Miał  być piękny ślub

Miała też być chemioterapia, bo trzeba było rozpocząć leczenie.

– Miało być wesele? – pytam Ule Kruczek, przyjaciółkę Doroty o plany z lata 2016 roku.

– Miało być… ogólnie nie lubię mówić o tym okresie, o tym całym wypadku, bo to jest dla mnie ciężkie tak… – wspomnienia wciąż bolą. Uli nie udaje się powstrzymać łez – … przepraszam.

 Wracają chwile z wieczoru panieńskiego.

To miała być ogólnie impreza niespodzianka – Ula ciągnie opowieść już nieco spokojniejsza – Przyjechałam po Dorotę,  ubrałam ją w samochodzie, w to, co jej zakupiłyśmy z dziewczynami i podjechałyśmy pod miejsce, gdzie miał się odbyć wieczór panieński. Odpaliłyśmy świeczki na torcie i przyjechał pan z foto-budki. Dorota była w wielkim szoku, chyba myślała, że to pan striptizer, bo zaczął rozkładać takie drążki…

Pan z foto-budki się rozkładał ze swoim warsztatem, a dziewczyny powoli  rozkręcały imprezę. Wyszły na dwór, rozmawiały, po chwili chciały wrócić do środka, do budynku i w tym momencie Dorota, która poruszała się o kuli, potknęła się i upadła na biodro.

Znów szpital.

Ślub miał być 4 czerwca.

 

Jechałam na trzecią chemię i w trakcie zadzwoniła do mnie pani profesor z Unii Lubelskiej (Szpital Kliniczny w Szczecinie przyp. red), która jest patomorfologiem i powiedziała, że jest zmiana diagnozy, że nastąpiła zmiana diagnozy z tego nowotworu PNET na chłoniaka limfoblastycznego b-komórkowego, którego stwierdzili na podstawie badania kości udowej, którą mi wycieli i mam, zamiast niej, protezę. 

Z hematologii w Szczecinie Dorota trafiła do Katowic, do Centrum Przeszczepów. Szansa na powodzenie zaproponowanej terapii – przeszczep szpiku kostnego –  to 25 maksymalnie 30 procent. W tym samym czasie pojawia się, dzięki wolontariuszkom  z grupy Polski Pomost Pomocy, możliwość konsultacji medycznej w CHIPSA Hospital w Meksyku. Tu specjalizują się  w nowatorskiej metodzie leczenia raka immunoterapią. W największym uproszczeniu to pobudzanie układu immunologicznego pacjenta do wali z komórkami nowotworu. Dokumenty  medyczne Doroty trafiają do lekarzy z CHIPSA Hospital.

Tuż przed planowaną operacją przeszczepu szpiku w Katowicach Dorota dostaje informację,  że kwalifikuje się na leczenie w Meksyku. Terapia będzie poprzedzona diagnostyką, aby rozwiać wszelkie wątpliwości związane z dotychczasową diagnozą, a właściwie należało by powiedzieć: z dotychczasowymi diagnozami.

– Zadzwoniła do mnie o wpół do drugiej w nocy. Mamuś, co mam robić? –  Mama Doroty bierze głęboki oddech –Ja mówię, powiedz mi prawdę jakie masz szanse, ona mówi tu 20,  25 procent. A w Meksyku? pytam. 70,  85 procent coś takiego – i znów chwila na to, aby nie popłynęły łzy.  –  Ja mówię to nie masz nic do stracenia… Wpierw popłakałyśmy sobie i  ja mówię nie masz dziecko nic do stracenia. Tam masz szanse , tu nie masz. A ja,  mówię – co? będziesz mi leżeć, a ja będą patrzeć jak mi umierasz? Mówię jedziesz, mówię zbieramy i tego… Mówi, dziękuje ci mamuś  – teraz już nie udaje się powstrzymać łez – Nie,  już nie chce wracać , przepraszam…

Meksyk

Zaskoczona była pani jak ona zdecydowała się na tą, mimo wszystko, eksperymentalną metodę w Meksyku? – pytam „szpitalną” przyjaciółkę Doroty.

My razem wtedy w Katowicach byłyśmy. Też, bo ja byłam, ja już byłam w trakcie przeszczepu, a Dorotka właśnie się wycofała po tym drugim razie, jak tam była – pani Marzena odtwarza w pamięci fakty sprzed kilku miesięcy.

Nie. Nie, jakoś intuicyjnie, bo rozmawiałyśmy i miałam poczucie, że ta diagnoza jakby nie do końca…  tyle czytałyśmy to, tyle analizowaliśmy, ja szczerze mówiąc, też na jej miejscu, mówię to szczerze, też bym się zdecydowała na Meksyk, wiedząc o tym, że chce w przyszłości mieć dzieci, bo przeszczep raczej, mówią, od razu, raczej tutaj są małe szanse.

 

Potrzebne były pieniądze. Niemal 200 tysięcy złotych. Apele na FB, zbiórka na portalu siepomaga.pl, aukcje, licytacje. Udało się w krótkim czasie. Dorota w kwietniu 2017 r. jedzie z mamą do Meksyku. Jak mówi lokalnej telewizji:

–  Jadę tam po papier, że jestem zdrowa…

 Na FB relacjonuje cały pobyt w szpitalu. Ogłasza, jakie badanie jej robią,  jakie są wyniki, jaka jest terapia. Kilka litrów soków  – specjalne mieszanki dobierane do pacjenta, wywoływanie gorączki do 40 stopni Celsjusza, aby organizm reagował i wytwarzał przeciwciała.

Nie pobierali mi szpiku,  nie pobierali mi żadnej kości, pobierali mi tylko krew, na podstawie badań krwi i badań obrazowych robili tą terapie –  tłumaczy Dorota czterotygodniowe  leczenie w CHIPSA  Hospital – 5 lewatyw dziennie, do tego witaminy czyli wlewy witaminy „C”, witaminy „K”, witaminy „D 3”, dodatkowo szczepionki na wywołanie gorączki, które pobudzały mój układ immunologiczny do walki z nowotworem, ozon, który był wstrzykiwany do krwi i odbytniczo też, dodatkowo też miałam taką maszynę, tak zwana  maszyna magnetyczna, powodująca drgania, ja sobie ją na przykład przykładałam do pleców i to miało zniwelować moje bole. Tak ta terapia wyglądała.

Do tego też komora hiperbaryczna, w ostatecznej wersji codziennie. Po czterech tygodniach, jeszcze przed powrotem do kraju Dorota ogłasza, również na FB: „Jestem zdrowa”.

Potwierdza to scyntygrafia kości, badanie zrobione już w Polsce po powrocie. Przejaśnienia znikają, choroba się cofa. Morfologia idealna. Dorota jest pod opieką swojego ortopedy onkologa.

Co teraz? – pytam Dorotę o plany związane z jej diagnozowaniem i  leczeniem w Polsce.

Szczerze powiem, że jeszcze nie wiem, co zrobię – widzę, że to pytanie towarzyszy jej od dłuższego czasu – Chciałabym  otrzymać odpowiedz, po co był ten przeszczep,  bo nie ukrywajmy, chemia, którą miałabym dostać przed przeszczepem oraz radioterapia na pewno by nie poprawiły mojego stanu zdrowia. Zabiłby i komórki rakowe i moje komórki zdrowe, podejrzewam, że  nie byłabym dzisiaj w takim stanie, w jakim jestem… Bo patrzę na ludzi, którzy są po przeszczepach… to ciężko. Ciężko. Puchną, są osłabieni, jakieś infekcje im się wdają,  co chwilę do lekarza, jakieś antybiotyki. No, ja tego nie mam i uważam, że to była bardzo dobra decyzja, bardzo. Choć bardzo się bałam, bardzo…

No, to może teraz ślub….

11.09.2017          A jednak ślub

Popołudnie 29 lipca. W maleńkiej wsi Kozielice, przed cudnym kościółkiem powoli zbierają się ludzie. Panowie są w eleganckich garniturach, panie w sukienkach, których zazdroszczą sobie wzajemnie. Jedna bardziej zmysłowa od drugiej.

W środku kościoła niewiele miejsca. Kilka ławek subtelnie przyozdobionych bielą i delikatnymi różowymi wstążkami. Płatki  róż na czerwonym dywanie, na chórze kilka głosów przy gitarze ćwiczy przed ostateczną próbą generalną.

Z granatowego auta wysiada najpierw Grzegorz i otwiera drzwi Dorocie. Natychmiast obok pojawia się Ula – świadkowa, która wygładza tiulowe zdobienia na śnieżnobiałej sukni Doroty. Ona ujmuje Grzegorza pod ramie i pewnym krokiem idzie obok, jeszcze wciąż narzeczonego,  do kościoła. Grupie kilku osób przed maleńką świątynią  rzuca swobodne „Heloł”. 

Nie jest łatwo jej iść w wysokich czerwonych szpilkach, ale takie sobie wymarzyła na tę chwilę.

-Czy może być coś piękniejszego, niż miłość, która jednoczy dwoje ludzi na zawsze? – ksiądz Janusz Mieszkowski, proboszcz parafii w Kozielicach nie może przestać uśmiechać się patrząc na młodą parę. Przegadali dziesiątki godzin. Wie jak głęboka jest wiara Doroty – Pragnienie miłości, kochania i bycia kochanym to jedno z najgłębszych i najważniejszych pragnień ludzkiego życia. Ono sprawia , że kobieta i mężczyzna chcą zjednoczyć sie ze sobą w wyjątkowej wspólnocie jaką jest małżeństwo. Pragną stawać się jednym ciałem i jednym duchem

–  Ja Grzegorz, biorę sobie ciebie…

 – Ja Dorota…

 Mama Doroty… teraz już i Grzegorza, nie jest w stanie powstrzymać łez.

Teraz to wszystko wróciło. W Kościele wróciło, ale to były już łzy szczęścia – powie mi po ceremonii.

-Czy to prawda, że znaleźliście się jak dwa ziarenka w korcu maku – pytam Grzegorza, gdy już jest spokojniejszy. Przed ślubem nie chciał absolutnie rozmawiać.

Tak. Tak. I to po prostu można powiedzieć, że to było szczęście, że znalazłem swoją połówkę.

 Bo to dzięki niemu Dorota walczyła. To on jej powiedział, że kupią sobie dom i będą mieli dzieci. To na niego Dorota czekała całe życie.

 –  Ja mam teraz taką potrzebę oddać to całe dobro, które mi dano, bo to jest fantastyczne, że ludzie potrafią się tak zjednoczyć,  że tak potrafią sobie pomóc

24.09.2017       Światowy Dzień Serca

 

Duże, błyszczące, napompowane serducho z rekami wyciągniętymi w geście zwycięstwa, wbiega na niewidoczną metę. To okładka zaproszenia jakie dostała Dorota od Regionalnego  Szpitala w Kołobrzegu. Na drugiej stronie zaproszenia motto –  słowa Fryderyka Schillera: „Odnieść zwycięstwo nad sercem jest pięknie, ale jeszcze piękniej przez serce zwyciężyć.” Dorota ma odebrać nagrodę z okazji Światowego Dnia Serca.  Tradycyjnie obchodzony jest on w ostatnią niedzielę września i w tym roku przypada ono na 24 września.

 

– Pojadę oczywiście, ale ja nie robię tego dla nagrody – Dorota jak zwykle szeroko się uśmiecha – uważam, że nie powinnam tam być… Nie pomagam dla kogoś. Na pokaz. Za coś…

 

Przypominam sobie słowa Doroty, o tym, jak ma teraz potrzebę oddania tego całego dobra, które ją spotkało.  Przecież zbiórka pieniędzy na jej wyjazd do Meksyku, na portalu „sipomaga.pl” przebiegła błyskawicznie. Apel był w lutym, a w kwietniu już wylot.  Oczywiście to nie było jedyne źródło finansowania, ale główne. Drugie to „bazarek”, który dla Doroty prowadziła jej przyjaciółka Ula. Przyjaciółka i później świadkowa na ślubię. To ten rodzaj przyjaźni, o której w duszy mówi się, a w głowie myśli: „Boże, to istniej!. To jest możliwe”.  Moje skojarzenie, gdy  patrzyłam na tę przyjaźń było jedno, no dobrze, jedno z wielu,  z książką „Kubuś Puchatek”  – i cytatem: „Przyjacielu, jeśli będzie ci dane żyć sto lat, to ja chciałby żyć sto lat minus jeden dzień, abym nie musiał żyć ani jednego dnia bez ciebie.”  I jeszcze z tym:

– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
–Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

 Taka to właśnie przyjaźń jest.

Bazarek przejęła  Dorota.

Bazarek, dla niewtajemniczonych, to  strona na FB poświęcona aukcjom internetowym. Każda zakładana jest dla konkretnej osoby i każdy, kto chce tej konkretnej osobie pomóc w zebraniu funduszy na leczenie, na wyjazd może na tej stronie wystawiać przedmioty do licytacji – buty, odzież, biżuterię, usługi, skok ze spadochronem czy kurs zumby – co tylko zechce. Licytacja trwa  zwykle cztery dni, w ciągu trzech następnych trzeba na tej stronie potwierdzić  wpłatę za licytowaną rzecz.  Najczęściej pieniądze trafiają na konto Fundacji pod opieką której jest ta konkretna osoba.

Po powrocie z Meksyku Dorota przekształciła go w „Bazarek” dla Kamili, dokładnie „W drodze po życie – bazarek dla…” .  Kamile poznała w szpitalu na chemioterapii. Miała chłoniaka.  Licytacje, aukcje, zbiórka na bazarku przebiegała sprawnie.  To też nie było jedyne źródło finansowania wyjazdu Kamili na leczenie za granicę, jednak istotne. W komentarzach na FB i w postach było coraz więcej optymizmu.  Do wylotu zostały trzy dni, gdy pojawił się wpis o tym, że Kamila nigdzie nie wyjedzie. Nie zdążyła.

Zmarła.

Potem pojawiła się kolejna chora osoba – Dorota po głębokim oddechu opowiada dalej – W ogóle mi nie znana osoba.  Odebrałam jakiś telefon i była to koleżanka tej chorej kobiety. Opowiedziała mi jej  historię, poprosiła o pomoc. Dziewczyna pochodzi z Kołobrzegu. Niewiele myśląc, jak to ja, zgodziłam się.   

Joanna jest teraz w klinice dr Kilarski w Niemczech. Niemal w tym samym czasie kolejny telefon. Znów nieznany Dorocie numer pojawia się na wyświetlaczu jej telefonu. To był Rafał mąż kolejnej Asi – Joanny Hańderek.

Opowiedział mi historię Asi i historię jej walki z chorobą – Dorota na chwilę przerywa, kolejny głęboki oddech – Urzekł mnie tym wszystkim. On zadzwonił tylko po to, żeby zapytać o leczenie w Chipsa,  a ja już wtedy mu powiedziała, że jak trzeba będzie, to  pomogę i otworzę bazarek

I otworzyła.

Zbiórka pieniędzy prowadzona przez Fundacje, które wzięły Joannę pod swoje skrzydła i bazarek przyniosły oczekiwany efekt. Niemała kwota – ponad 400 tysięcy złotych –   została zebrana. Joanna  wraz z mężem  8 września poleciała na leczenie do Chipsa Hospital Meksyku.

 

 

To, że pieniądze za każdym razem udało się zebrać to nie moja zasługa – Dorota podkreśla to po raz kolejny w naszej rozmowie  – Uważam, że to zasługa ludzi o dobrych sercach. Ja ich tylko nakierowałam – dodaje, że nie czuje potrzeby bycia odznaczoną, bo przecież nic wielkiego nie zrobiła, a już na pewno nie zrobiła tego na pokaz.

–  Chcę po prostu pomóc ludziom, przecież mi też ktoś wcześniej pomógł.

Widzę,  że Dorota jest  skrępowana wyróżnieniem, które ma odebrać w Kołobrzegu.

–  Ja to wiem, jednak jest już Pani swego rodzaju „marką pomocy”  – Dorota wybucha śmiechem

 – Ja tylko chcę oddać to dobro, które mi dano – szeroki uśmiech Doroty i kiwanie z niedowierzeniem głową na moje słowa o marce mają wzmocnić to stwierdzenie.

Taka właśnie jest Dorota.

Za chwilę zaczyna zbiórkę dla Alicji. Kobieta choruje na mięsaka. Jest po konsultacjach z lekarzami Chipsa Hospital w Meksyku. Zdecydowała się na leczenie. Tam, nie w Polsce, bo ma poczucie, że w  Polsce lekarze maja plan tylko na przedłużanie życia,  a poza tym nie maja jej nic do zaoferowania. Alicja zakłada konto w fundacji siepomaga.pl i na to konto będą zbierane fundusze. Dorota oczywiście włącza się z bazarkiem.  Dla niej taka opcja jest, na tę chwilę, najlepsza, bo zbieranie pieniędzy na prywatne konto nie sprawdza się. Ma nie najlepsze doświadczenia – hejt i zarzuty, że bierze sobie jakiś procent.

Bazarek jest lepszy, ale i on nie jest wolny od hejtu. Jest też jeszcze jeden problem do rozwiązania. Najczęściej Fundacja, która zbiera pieniądze na konkretny cel, płaci tylko za ten konkretny cel czyli za leczenie.  Zwykle brakuje na przelot, pobyt w hotelu osoby towarzyszącej lub pacjenta, gdy musi czekać na przyjęcie do szpitala. Bazarek to nadzieja na rozwiązanie tych problemów.

– Mimo wszystko, będziemy sobie z tym radzić – mówi Dorota.

 

 

 

 

 

 

 

09.10.2017                             Koszty leczenia w Meksyku.

„Cieszy mnie szczęście innych. Każdemu życzę jak najlepiej. Lubię patrzeć jak ludzie odnoszą sukcesy i realizują swe marzenia. Nie odczuwam z tego powodu zazdrości. Dzięki temu, mam poczucie wolności. Życie to podróż, a nie tylko wieczna rywalizacja”. Na tablicy, na FB Joanny Roszak Makarewicz, oprócz jej zdjęć – pięknej i uśmiechniętej – dumnie pręży się  ten cytat. Autora brak.

To jedna z pierwszych rzeczy, którą można zobaczyć po przekierowaniu przez Dorotę ze strony Asi Hańderek na Stronę drugiej Asi.  Wpis Doroty: Kochani! Pytaliście i proszę… wszystko jasne… teraz dodatkowe pytania odnośnie zbiorki dla Joanna Roszuk Makarewicz proszę kierować na stronę WALCZYMY O ASIE”.

Oczywiście zaglądam.

Oczywiście czytam:  (…)Piszę bo dochodzą mnie przykre słuchy, że jest grono osób które obawia się że pieniądze wydaje m.in. na remont domu itp.(…) chciałabym sprostować,  że uzbierane pieniądze w kwocie 370.000,00PLN są przeznaczone tylko i wyłącznie na moje leczenie(…)”.

Wpis Joanny  potwierdza to, o czym mówiła Dorota,  o hejcie i o tym, że pieniądze ze zbiórek, zdaniem hejterów,  przywłaszcza sobie. Po tym jak ona sama pojechała do Meksyku,  po terapii , po tym jak ogłosiła, że nie ma raka,  też nie było łatwo. Komentarze i wpisy pod artykułami i newsami w radiu czy telewizji  na ten temat  typu: „Ja też oglądałam ten wywiad mam nadzieje ze pani celebrytka napisze co i jak z tą komora aczkolwiek wielki znak zapytania nie chce za dużo mówić ale widzę że tym paniom bo już we dwie bardzo spodobał się show biznes pamiętam że się mówiło skłamiesz powróci to ze zdwojoną siła także powodzenia życzę oczywiście w przenośni bo w tą bajkę nie wierzę” (pisownia oryginalna. Przyp. autor)- bolały.

Były chwile, że Dorota próbowała tłumaczyć, wchodziła w polemikę: „A kto powiedział, że tylko badania były robione?! Proszę czytać ze zrozumieniem… Fundacja siepomaga dokładnie napisała na co zbierane są środki pieniężne… i jaka jest potrzebna kwota….!!! (…)Badania potwierdziły nowotwór – chłoniak lifiblastyczny B-komórkowy… były guzy, które utrzymywały się po litrach chemii… po mojej silnej wierze w Boga, sile walki i uporu, regeneracji organizmu guzy zanikły… bóle ustąpiły… Czy ja gdziekolwiek powiedziałam, że wyzdrowiałam tylko dzięki  temu leczeniu?! Nie!!!! (…)”

To już przeszłość Doroty, ale inni, którzy w ten sposób walczą o swoje życie – zbiórkami i eksperymentalnymi metodami –  walczą też z „hejteremi”. Joanna Roszak Makarewicz tak kończy jeden z wpisów: „(…) Na dziś dzień chce po prostu żyć i póki co wiem że to się udaje m. in dzięki Waszej pomocy (…).”

To nie są łatwe decyzje. Mama Doroty do dziś ma łzy w oczach, gdy wspomina rozmowę z Dorotą na temat wyjazdy do Meksyku i nadziei  jaką on daje. Dorota była wtedy w szpitalu i czekała na przeszczep.

Dzwoni mi o wpół do drugiej w nocy, co mam robić –  Bożena Lisiczko wciąż nie może spokojnie o tym mówić. Wspomnienie nie są łatwe. – Ja mówię powiedz mi prawdę jakie masz szanse. Ona mówi tu 20,  25 procent. A w Meksyku pytam? 70, 85 coś takiego – mama Doroty bierze głęboki oddech  – Ja mówię, to nie masz nic do stracenia. Wpierw popłakałyśmy sobie, ja mówię nie masz dziecko nic do stracenia, tam masz szanse,  tu nie masz,  mówię, co będziesz mi leżeć, a ja będą patrzeć jak mi umierasz? Mówię jedziesz, mówię zbieramy i tego… mówi dziękuję ci mamuś  – Pani Bożena nie kończy. Płacze. Nie chce wracać do tych chwil.

Sam wyjazd to potężne przedsięwzięcie logistyczne.

Załatwiałam wizę, bo leciałam do San Diego w Stanach  Zjednoczonych – tłumaczy Dorota i dodaje, że są też loty bezpośrednio do Meksyku i nie trzeba wtedy wizy („nie ma obowiązku wizowego dla obywateli polskich przy pobytach nieprzekraczających 180 dni w celach turystycznych lub odwiedzin” (www.msz.gov.p))

–  Język, który tam obowiązuje to hiszpański – Dorota dalej tłumaczy logistykę wyjazdy do Chipsa Hospital –  ale w Klinice mówią też po angielsku. Znam jako tako angielski, ale słów medycznych w ogóle, dlatego też chciałam tłumacza, jednak koszty, jak mi wyjaśniono, są ogromne, więc zrezygnowałam z jego pomocy.

Jak wyjaśnia Dorota, pacjentom instalowany jest w  telefonach tłumacz „google”,  dzięki któremu można się porozumiewać.

Lekarze oraz cała reszta obsługi szpitala są bardzo wyrozumiali  wobec obcokrajowców i mimo, że nie zna się języka to potrafią tak wytłumaczyć, że się zrozumie – tłumaczy Dorota –  bardzo przyjaźnie podchodzą do pacjenta  i nie krytykują za wymowę, akcent, błędy.

Zanim jednak trafi się do samej Kliniki i sprawdzi swój poziom językowy w kontakcie z lekarzami oraz pozostałym personelem medycznym i  nie tylko medycznym, potrzebne są konsultacje. Przeprowadza się je jeszcze przed rozpoczęciem zbiórki. Są to konsultacje online. Bezpłatne. Jeszcze wcześniej tłumaczy się dokumentacje medyczną i wysyła na adres mailowy Kliniki. Lekarze zapoznają się z dokumentacją i wyznaczają termin konsultacji. To etap, który odbywa się korespondencyjnie i online. Konsultacje przeprowadzane są na skaypie.

Na tym etapie, podczas konsultacji na skaypie, dobrze aby obok był ktoś, kto mówi biegle po angielsku, bo czasem można czegoś nie zrozumieć – podkreśla Dorota i dodaje – teraz  w konsultacjach pomaga Izabela Kozlowski. Na co dzień mieszka w New Jersey. To kobieta, która mi bardzo pomogła i wspierała mnie w najcięższych momentach mojego życia – tu, jak to zwykle w sytuacjach, gdy mówi ważne i dobre rzeczy,  u Doroty pojawia się szeroki uśmiech – To moja bratnia dusza, która zawsze ma otwarte serce dla innych.

W Meksyku Dorota była razem z mamą. Jej leczenie kosztowało 37 tysięcy dolarów (około 140 tysięcy złotych). Koszty podróży to około 10 tysięcy złotych.

Mama Doroty była cały czas razem z nią w szpitalu. Klinika ma takie możliwości – pokoje dwuosobowe.

Ona mnie wspierała, przynosiła jedzenie, jak było mi źle – wspomina Dorota – wołała pielęgniarki. Opiekowała się mną,  jak nikt inny na tym świecie. To było bardzo ważne, aby był ktoś bliski ze mną. Czułam się bezpiecznie. Miałam mega wsparcie,  a to bardzo ważne gdy jest się daleko od domu i rodziny, w obcym miejscu…

To tym bardziej było istotne, bo w Polsce Dorota zostawiała ciężko chorego wujka. Zmarł dokładnie w dniu wylotu Doroty do Meksyku – 29 marca i dokładnie o godzinie startu jej samolotu – o g.14.30. Wujek był dla Doroty ogromnym wsparciem. Był jak jej drugi tata, zwłaszcza po zawale i zapaści, które przeszedł taty Doroty. Nigdy nie wrócił do sprawności, a o chorobie Doroty powoli sobie przypomina, choć wciąż ma wiele luk w pamięci. Dlatego tatę zastąpił wujek.

–  Tego dnia przed śmiercią – wspomina Dorota-  dzwonił do swojej żony, mojej cioci, i pytał o której wylatuję. Tak chyba ze trzy razy dzwonił… I ciągle powtarzał cioci, że wrócę zdrowa.

Dorota jest przekonana , że to nie jest  przypadek

–  Jego godzina śmierci jest ta sama, co mój wylot – przypomina  – mało tego 29 to data jego śmierci, data mojego wyjazdu po życie i data mojego ślubu. Przypadek?!

Wujka pożegnała z Meksyku słowami: Boże… zabrałeś nam Go do siebie… syna, męża, ojca… mojego kochanego wujka… mojego drugiego tatusia. Wujku… miałeś czekać na mnie!!!! Nawet nie mogę Cię pożegnać… to takie niesprawiedliwe…. Tak bardzo Cię kochałam…Spoczywaj w pokoju. Na zawsze w moim sercu!!!!

Moje wyzdrowienie to wiara… cud i terapia w jednym – kończy Dorota myśl związaną ze zgodnością dat i zdarzeń. Kto chce uwierzy, kto nie – nie uwierzy.

„Wygrałam tą walkę i tego będę się trzymać… i choć będą tu się pojawiać i te niemiłe komentarze to wiedzcie, że nie odbierzecie mi tej radości i wary w moje uzdrowienie. Aaa i jeśli chodzi o pomoc innym to nie muszę się tłumaczyć w jaki sposób będę pomagać (…)”  – jeszcze jedne wpis Doroty, z czasu gdy polemizowała z hejterami.

Pomaga.

Joanna Hańderek jest jeszcze w Chipsa  Hospital w Meksyku. Czkają teraz na wyniki badań PET*. Nieoficjalne wieści z Meksyku – guz się zmniejsza.

 

*Badanie PET,  to  pozytonowa tomografia  emisyjna. Technika diagnostyczna medycyny nuklearnej, która dzięki wykorzystaniu zjawisk promieniotwórczych umożliwia ocenę procesów metabolicznych zachodzących w organizmie. Metoda ta znacznie różni się od innego rodzaju badań obrazowych takich jak zdjęcia rentgenowskie czy rezonans magnetyczny i może dostarczyć kluczowych informacji nie tylko o strukturze zmian ale także o ich właściwościach np. czy nowotwór jest łagodny czy złośliwy (na podstawie artykułu  /portal.abczdrowie.pl/)

  03.12.2107                                      Co słychać po powrocie z Meksyku ?

Póki co, u mnie bez zmian… Biegam po lesie za grzybami… Dziś ostatni raz, bo już grzybów brak… Poza tym walczymy o Ale teraz i jej wyjazd… Zdrówko dopisuje i oby tak dalej… Zero newsów”.

– Tak w październiku pisała do mnie Dorota Lisiczko – Zając. Również w październiku nadeszła kolejna dobra wiadomość, Asia Hańderek wróciła z terapii w Meksyku.

„Witam wszystkich bardzo serdecznie – pisali Asia i Rafał na profilu „Ratujmy życie Asi Hańderek” –  pierwsze to chciałem wszystkich przerosić za brak wpisów w ostatnich dniach, a nawet można powiedzieć tygodniach, było to spowodowane naszym powrotem do Polski z Meksyku,  co wiązało się z zorganizowaniem dalszego leczenia w Polsce. Terapia w Meksyku przyniosła bardzo dobre efekty”.

 

O tym doskonale wiedziała Dorota, ale nie „sprzedawała” wszystkiego światu. Mówiła tylko: „… wieści z Meksyku… jest poprawa… guz sie zmniejsza… szczegółów nie mogę podąć  gdyż nie chcą póki co”.

18 października Rafał i Asia pisali: „ Asia czuje się dużo lepiej i wyniki też są obiecujące, markery idą w dół, a PET wykazał że guzy się pomniejszyły. Jednak to tylko początek!!  Teraz musimy kontynuować całe leczenie w Polsce przez co najmniej 3 miesiące, a jest to nie małe wyzwanie, bo po pierwsze bardzo ciężko dostać u nas produkty „organiczne”  jakie są stosowane w terapii Gersona (…). Po drugie niektóre zabiegi jak na przykład ozonoterapia, którą znaleźliśmy niedaleko,  w ogóle odbiega od tego co robili Asi w Meksyku. Więc też szukamy dalej. To wszystko pochłania mnóstwo czasu i energii.  Ale pomału wychodzimy na prostą (…)”

Chciałam porozmawiać z Asią i Rafałem, ale na razie nie chcą rozgłosu. Walczą.

Muszę do nich zadzwonić – powiedziała Dorota, jak ja z kolei, powiedziałam jej o Asi i Rafale. Wie, że nie zawsze wszystko układa się tak, jakbyśmy chcieli. Czy tak jest w tym przypadku? Na pewno terapia w Meksyku dała dobre efekty, bo na zdjęciach z września Asia jest pięknie uśmiechnięta, a w komentarzu pisze: „Czuje się super. Mogę normalnie chodzić i cieszyć się życiem. Jutro badania kontrole, ale wiem, że wszystko będzie dobrze. Gorąco wszystkich pozdrawiam”.

Co do efektów swojej terapii Dorota nie ma żadnych wątpliwości.

Na tyle znam swój organizm, że wiem kiedy się coś dzieje – mówi Dorota, gdy pytam o to, jak się czuje? Jak wyniki?. O terapię Gersona w Meksyku niemal pokłóciła się ze swoim ortopedą – onkologiem.

To była wizyta kontrolna.

Moja kontrola u ortopedy przebiegła dość szybko i oczywiście wszystko jest dobrze… ortopeda stwierdził, że czas działa na moja korzyść – mówi Dorota i dodaje, że ortopeda nie był zachwycony tym, że jego pacjentka zrezygnowała  z przeszczepu i zdecydowała się na jakąś eksperymentalną metodę w Meksyku.  Jego zdaniem, jak relacjonuje Dorota, jej życie uratowała chemioterapia.

I jeszcze trochę, to chyba doszłoby do wymiany zdań między nami – czuję, że nie była by to przyjemna „wymiana zdań” – ale każdy ma swoją teorię… i w nią wierzy – pointuje Dorota.

Faktem jest, że do ortopedy pojechała ze swoimi zdjęciami i wynikami badań. Pacjentka pokazała lekarzowi wszystkie wyniki: PET, tomografię, scyntygrafię kości itd. Lekarz mówił, że choroba się cofa. Dodał nawet, że nie ma sensu robić ponownej scyntygrafii, ale Dorota już  ją umówiła na początek marca.

Póki co nie zamierzam szukać dziury w całym. Czuje się dobrze. Żyje pełnią życia – co do tego nie mam cienia wątpliwości, ale  nastrój Doroty lekko się zmienia.

Czasem są trudne chwile, bo wspomnienia wracają i nadchodzi obawa, ale walczę z tym – mówi spokojnym głosem – i  gdy taka myśl się pojawi, staram się ja uciąć. Zatracam się w pomocy dla innych.

 

Teraz ta „pomoc dla innych” to bazarek dla Alicji Młynarczyk, która jest w Meksyku

(wpis z 10 listopada na jej FB: „Jesteśmy po spotkaniu z lekarzem…moje wyniki krwi są mega dobre, płyn w płucach się zmniejszył, guzy odpowiedziały na terapie, jesteśmy na dobrej drodze… dziękuję wszystkim, co piszą jest was naprawdę dużo dlatego pisze posta, żebyście wiedzieli jaki jest etap. Buziaki…”)

i od niedawna dla osiemnastoletniego Dominika Sowińskiego na komorę hiperbaryczną (nowotwór jelita cienkiego oraz choroba Leśniowskiego – Crohna, zapalenie stawów.

Zbiórka na siepomaga.pl, wpis ze strony: „Obecny stan zdrowia Dominika uległ znacznemu pogorszeniu, wymagana jest terapią komorą hiperbaryczną. Niestety wszelkie metody dotychczas stosowane, także współczesne leczenie farmakologiczne, kliniczne, nie są w stanie sprostać w zmobilizowaniu organizmu Dominika do walki”.

 

Już mamy z „adminkami” (administratorzy strony. Przyp. autorka) Izą i Olgą, kolejne osoby w oczekiwaniu na pomoc…byle tylko ludzie chcieli pomagać – dodaje Dorota.

Przyznaje, że są też te gorsze dni. Taki był całkiem niedawno, na początku listopada, kiedy, jak powiedziała Dorota „z moich oczy polały się łzy”.

Odkąd stałam się osobą medialną, szkoda tylko że kojarzona z chorobą –  tłumaczy – to  dostaje mnóstwo telefonów, próśb o pomoc. Są to też zwyczajne rozmowy. Wymiana doświadczeń, czy zwykłe dodające otuchy rozmowy. – pauza i po chwili Dorota kontynuuje

Dziś zadzwoniła Pani B. która niesamowicie dzielnie walczyła o męża. Rak. Przekazała smutną informację… o jego śmierci.

Kolejna pauza

To są ciosy w serce – mówi Dorota –  ale moja wiara nie pozwala mi myśleć inaczej jak tylko o tym,  że świat zyskał pięknego anioła… Kogoś kto będzie czuwał, w tym przypadku nad rodzina pani B., że to wola boska i należy ja uszanować.

Po chwili dodaje jeszcze:

– Wiem że rozstania są bolesne… ale takie to życie.

„ Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma”.

Pisała Szymborska w wierszu  „Kot w pustym mieszkaniu”. Umrzeć? Tego się nie robi kotu.

Poza tym.. Co u mnie ? – Dorota nabiera rozpędu – Hm… pozostajemy w poszukiwaniu mieszkania. Mamy możliwości kredytowe i chcemy coś zmienić w swoim życiu.

Myśli też o powrocie do pracy, ale to po nowym roku…

9.02.2018                              Szukam pracy. Ktoś ? Coś?

Osobowość roku 2017, w kategorii: działalność społeczna i charytatywna – plebiscyt jednej z lokalnych gazet. Nominowana Dorota Lisiczko – Zając za„ całokształt działalności charytatywnej,  za ogromne serce i wsparcie chorych w walce z chorobą”.

Dorota dopinguje swój „fanclub” , przyjaciół i znajomych – głosujcie, ale jednocześnie dodaje  „dla mnie, to miłe zaskoczenie”.

To z kategorii tych dobrych rzeczy, z kategorii mniej dobrych… Musieliśmy pożegnać Asię Hańderek, odeszła tuż przed Wigilią.

Dorota, jak zwykle, na Bazarku dzieliła się i tą wiadomością i swoją refleksją: „Pamiętam, jak dzielnie walczyliście o każdy „grosik” i o to by śp. Asia znalazła się jak najszybciej na leczeniu. Niestety, być może terapia była za krótka, być może pojechała za późno,  w każdym bądź razie nie przyniosła oczekiwanych efektów. Nie wiemy, co nie zadziałało. Wiemy jednak, że Bóg wybrał inaczej niż my tego chcieliśmy”.

To nie pierwszy raz, kiedy z pokorą Dorota i jej „bazarkowi” znajomi muszą pogodzić się z myślą, że tym razem przegrali. Nie bez powodu jeden z bardziej sarkastycznych, współczesnych reżyserów Woody Allen mawia:, „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość”.

Asia zmarł 20 grudnia ubiegłego roku.

„Zostawiła pogrążonych w bólu: męża i dzieci: Florę (9 lat) i Hugo (2 lata). Zjednoczyła nas wokół siebie, pokazała, że mamy w sobie moc, że kierują nami wspaniałe uczucia i intencje, udowodniła, że dla drugiego człowieka potrafimy przestawić góry.  Asieńko, odpoczywaj w spokoju, na zawsze pamięć o Tobie pozostanie w naszych sercach” – to jeden z wpisów na FB,  ktoś inny dodał jeszcze:  „ Bo miłość nie tylko wypełnia nasze serca,  ale i nasze umysły. Krąży w całym naszym ciele i jest najważniejszym składnikiem naszej duszy, a ta jest nieśmiertelna podobnie jak i miłość. (1 Kor 13, 1-13)”Hymn o miłości”).

Dorota jest też wciąż obecna przy Rafale, mężu Asi Hańderek. Są w stałym kontakcie i na pewno jest dla niego ogromnym wsparciem. Teraz  prowadzi zbiórkę na rzecz trzyletniego Hugo, syna śp. Asi i Rafała… Niektórych Bóg doświadcza w jakiś szczególny sposób.  Hugo urodził się z powiększonym układem kielichowo- miedniczkowym  lewej nerki. Cały czas jest diagnozowany ze względu na opóźniony rozwój psychoruchowy… bardzo długa walka przed nim.

Zmarła też Asia Roszuk – Makarewicz – mówi Dorota – o nią równierz walczyliśmy. I w tym przypadku ten łachudra, rak był silniejszy. Serce boli, bo odchodzą osoby bliskie memu sercu.        – Niestety, Bóg wybiera inaczej – mówi Dorota – i na to nie mamy wpływu, mimo, że bardzo byśmy chcieli. Łącze się w bólu z rodzinami zmarłych i składam ogromne kondolencje i wyrazy współczucia. Zawsze jestem do ich usług i gdyby potrzebowali czegokolwiek, to ja jestem.

Obok bazarowych ogłoszeń i apeli do „Kochanych Bazarkowiczów,  aniołów o wielkich sercach!” na FB  pojawiło się też ogłoszenie: „szukam pracy”.

Pierwsze ogłoszenie pod hasłem „Kochani, szukam pracy”, pojawiło się 8 stycznia. Dorota rozpoczęła też negocjacje w sprawie powrotu do swojej starej pracy, jako doradca zawodowy w Warsztatach Terapii Zajęciowej Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną, Koło w Kamieniu Pomorskim.

Praca z dorosłymi, niepełnosprawnymi osobami sprawiała mi satysfakcję i w tej pracy się spełniałam.  W tym kierunku chciałabym iść – entuzjazm w głosie Doroty nie gaśnie.

Negocjacje przedłużały się, więc niecierpliwość wzięła górę… dzwonię.

Zaproponowałam pani Dorocie pracę na pół etatu, jako nauczyciel wspomagający, w przedszkolu – mówi Jolanta Janik, Prezes kamieńskiego PSRONI – ma do tego odpowiednie kwalifikacje, ale pani Dorota nie przyjęła tej propozycji.

Dorota przed chorobą pracowała jak doradca zawodowy właśnie w tych Warsztatach Terapii Zajęciowej.  Z wykształcenie jest pedagogiem, więc ma kwalifikacje. Opowiadała o tej pracy już nie z błyskiem, ale z milionami iskierek w oczach.

Odnajdywałam się w pracy z  dorosłymi niepełnosprawnymi, lubiłam to zajęcie, miałam swoje małe zwycięstwa i satysfakcję  – Dorota wyjaśnia, dlaczego nie przyjęła propozycji pracy  w przedszkolu –  jestem po operacji biodra. Nie usiedzę z dziećmi, na dywanie długie godziny. Nie pobiegnę za dzieckiem, bo biegać porostu jeszcze nie umiem. Niebezpiecznie, niekomfortowo, chyba teraz trochę ponad moje siły.

Kolejny problem to dojazdy i mniejsze pieniądze, niż wynagrodzenie doradcy zawodowego.

To bardzo zaangażowana osoba, energiczna – mówi Prezes Jolanta Janik – ma dobry kontakt z ludźmi, zresztą my ją bardzo wspieraliśmy w chorobie. Mogła na nas liczyć.

Zapytana co sądzi o wyzdrowieniu Doroty, czy zakwalifikowałaby to jako cud, odpowiada, że bardziej to nastawienie psychiczne  i wola życia.

Liczę jednak, że kiedyś wrócę na Warsztat Terapii Zajęciowej – z odrobiną smutku w głosie mówi Dorota – póki, co, będę szukać innej pracy. Takiej, którą też polubię…

Dorota do końca sierpnia jest na rencie. Ma, więc siedem miesięcy na to, aby znaleźć wymarzone zajęcia i przy okazji byłoby miło, jakby było dobrze płatne. Jest przekonana, że się uda.

Jeśli chodzi o moje zdrowie, to wyniki są bardzo dobre – zmieniamy temat – zrobiłam badania także pod kątem innych nowotworów i jest czysto – od razu wraca entuzjazm w głosie – czuje się świetnie. Energia mnie rozpiera i dlatego właśnie ogromna chęć, by zacząć już pracować.

Scyntygrafia kości zaplanowana jest na marzec. Dorota jest też w kontakcie z lekarzem prowadzącym z Meksyku, który na bieżąco dostaje jej wyniki badań.

Nie trzeba dodawać, ale dodam, że też jest nimi zachwycony. Nie mniej jednak zaproponowano mi badania kontrole w Chapsa Hospital.

Na razie Dorota odmawia. Po pierwsze, skoro czuje się dobrze i ma dobre wyniki, nie ma takiej potrzeby, a po drugie – kwestie finansowe. Nie stać jej na to.

Gdyby jednak okazało się po marcowych badaniach, że  coś dzieje się w moich kościach, to będę walczyć o tej wyjazd – mówi – ale póki co,  nie zaprzątam sobie tym głowy. I tak każdego dnia myślę, że jestem  tu cudem…

 13.04.2018            znowu potrzebuję pomocy.

„Chwalę się,  jest dalsza poprawa” – napisała do mnie Dorota załączając stosowny dokument z badań i dodając również do wiadomości,  zgodnie ze swoim zwyczajem i temperamentem, emotikony uśmiechniętej buzi, całuski, serduszka.

Choroba się cofa. Ostatnie wyniki z marca  wskazują, że w porównaniu do badań z maja ubiegłego roku jest istotna poprawa. We wnioskach z badań lekarz napisała: „regresja metaboliczna zmian w stawach kolanowych i nadgarstkach; pozostałe opisane zmiany bez istotnych różnic;  nie uwidoczniono nowych ognisk”. A w zeszłym roku, o tej porze walczyłam o życie.

Ale, by organizm wciąż walczył, by było lepiej lub chociaż by utrzymać aktualny stan zdrowia, Dorota potrzebuje suplementacji i rehabilitacji.

Pobudzony w szpitalu w Meksyku odpowiednią dietą organizm, potrzebuje utrzymać system odpornościowy (immunologiczny) na odpowiednim poziomie, w odpowiednim stanie gotowości. Tu nie może być przerwy, urlopu wypoczynkowego czy przepustki – jak w armii. Tu „żołnierze” są w pełnym rynsztunku. Cały czas, 24 na 366 lub 365 – całą dobę, każdego dnia. To wymaga odpowiedniej diety, a ta, cóż, kosztuje.

Jeszcze raz potrzebuję pomocy…

„Kochani! Bardzo mi niezręcznie ponownie prosić Was o pomoc, ale dla Was „klik” to sekunda – dla mnie to szansa na powrót do normalności… być może kiedyś uda mi się pobiegać… pojeździć na rowerze…” takim tekstem Dorota opatrzyła link do strony siępomaga.pl, gdzie trwa zbiórka na jej normalne życie.

Tak. Normalne, bo to, co dla większości zdrowych ludzi jest oczywiste – podbiegniecie do autobusu, relaks na rowerze, kebab czy pizza na kolacje dla Doroty to wciąż rzeczy z trochę innej bajki.

W sytuacji gdy Dorota wciąż nie ma pracy, tylko rentę, nie jest to łatwe. Do tego rehabilitacja. Operacja biodra w 2016 roku, pozostawiła ślady. Dorota z powody protezy biodra kuleje, nie może zbyt długo przebywać w jednej pozycji, nie może też biegać. Dla tego nie przyjęła propozycji pracy w przedszkolu,  jaką miała dla niej jej była szefowa, prezes Warsztatów Terapii Zajęciowej Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną Koło w Kamieniu Pomorskim. Przed chorobą Dorota pracowała tu jako doradca zawodowy.

W tym się spełniałam, to mi dawało radość – mówiła mi Dorota, a oczy jej świeciły radością. Tak jest, gdy robi się to, co się kocha.

Ciągle szukam,  tak na spokojnie,  bez szaleństw, ale składam dokumenty, aplikacyjne do biur i urzędów. Do końca sierpnia mam czas, więc z pewnością się wyrobie  – mówi z uśmiechem – Teraz potrzebuję trochę egoistycznie skupić się na sobie, odpocząć  – dodaje.

Fakt, marzec  i kwiecień to dla Doroty czas trudnych wspomnień.  29 marca ubiegłego roku, gdy wyjeżdżała do Meksyku na leczenie,  zmarł jej ukochany wujek.  Dorota jest przekonana, że odszedł, by ona mogła żyć. To taki dar od niego. Bóg zabrał jedno życie, by inne ocalało.

Twoja śmierć uświadomiła mi, jak cienka jest linia między życiem, a śmiercią. Choć od Twojej śmierci minął już rok, to ja nadal wspominam Cię ciepło, tak jakbyśmy widzieli się wczoraj (…) Pozostawiłeś po sobie ogromną pustkę i nikt i nic nie jest w stanie jej uzupełnić. Tak już będzie zawsze.

Pewnie jak zwykle teraz byś rozmawiał ze mną przez telefon i pytał co u mnie. Ale Ty już nigdy nie zadzwonisz. Nie spojrzysz na mnie, nie przytulisz(…). Chcę byś wiedział, że zawsze będziesz towarzyszył mi we wszystkich momentach mojego życia, będziesz gościł w moim sercu, w mojej głowie. Tak już będzie zawsze. (…)” – pisała Dorota w liście do wujka. W liście, który odczytała w kościele podczas mszy w rocznicę jego śmierci.

Gdy rodzina Doroty zmagała się z rocznicą jednej śmierci, 21 marca zmarł drugi wuj Doroty. Śmierć towarzyszyła zresztą Dorocie przez cały rok, jako administratorka Bazarku – aukcji prowadzonych na FB, żegnała osoby, którym nie udało się pomóc, dla których było za późno, bo rak był już tak zaawansowany. To nie są łatwe chwile. Nawet dla niej, która zawsze powtarza: „pewnie tak miało być, Bóg miał taki plan”.

Jeśli chodzi o bazarek to się trochę odsunęłam – mówi Dorota –  Potrzebuje odpocząć i trochę egoistyczne skupić się na sobie. Na szukaniu pracy… planowaniu rodziny… na spełnianiu swoich marzeń (jednym z nich jest mieszkanie i to być może wkrótce się zrealizuje. przyp. autorka). Nie mówię, że nie będę pomagać,  bo będę,  ale potrzebuje oddechu. To jednak zajmuje trochę czasu, trzeba się temu poświęcić, a ja potrzebuję czasu dla siebie, dla męża…

Pewnie też dla tego na stronie: siepomaga.pl, gdzie jest też artykuł o tym dlaczego Dorota potrzebuje wsparcie,  na załączonej fotografii są oboje – ona i Grzegorz. „Ich miłość przeszła bardzo ciężką próbę. Miał być ślub, był oddział onkologii. Miał być welon, była chusta, zakrywająca łysą od chemioterapii głowę. Miała być przysięga, że zawsze razem, póki śmierć ich nie rozłączy – była świadomość, że śmierć może przyjść znacznie wcześniej niż myśleli. Dorotę i Grzesia rozdzielił ten trzeci – rak… Dziś doceniają każdy dzień, bo wiedzą, że kolejnego może nie być” – piszą we wstępie do zbiórki. Dorota potrzebuje 36 tysięcy. Tyle na dziś kosztuje jej zdrowie i szczęście.

Wyniki mam bardzo dobre, rzekłabym idealne. Zmiany cofnęły się, kości zaczęły się regenerować. Samopoczucie też bardzo dobre. Żyję pełnią życia – mówi portalowi szczęśliwa Dorota. I dodaje, że walka o życie jest wygrana. Została walka o sprawność i o normalność –  by przeprowadzić się z Grzesiem do własnego domu, by rozległ się w nim płacz dziecka, a potem  tupot małych stóp… Ale jak biegać za rozbrykanym maluchem, gdy sztuczne biodro to utrudnia?

Pamiętam, gdy na ślubie Doroty ksiądz Janusz Mieszkowski mówił o małżeństwie jako dawaniu sobie siebie nawzajem i tworzeniu nowego życia, Dorota mocniej ściskała rękę Grzegorza i  jakoś tak bardziej głęboko parzyła w jego oczy.

Odpowiadał jej tym samym.

21.09.2018                            Już go pokochałam!!!

„Fasolka? To już pół kilograma cukru” – odpowiedziałam mi Dorota, gdy zapytałam jak się czuje i jak czuje się „Fasolka”. To już szósty miesiąc,  a termin porodu – w jej przypadku, z powodu ciągłego zagrożenie nowotworem,  będzie to cesarskie ciecie – przewidziany jest na 14 grudnia. „W sumie trzy miesiące i będzie po sprawie” – mówi Dorota.

Sytuacja jest dynamiczna, jak to u Doroty Lisiczko-Zając. Wciąż w ruchu, wciąż coś się dzieje. Właśnie przez kilka tygodni sierpnia gościli w swoim nowym mieszkaniu mamę, teściową Doroty i siostrę Grzegorza  z mężem i dziećmi. W między czasie  Dorota dowiedziała się, że z USA przylatuje jej przyjaciółka Iza, która była dla niej ogromnym wsparciem w chorobie, więc co robi ten „wulkan energii”?

–  …24 czerwca spakowałam się  w pociąg do Rzeszowa – opowiada Dorota. Właśnie z Rzeszowa pochodzi jej  przyjaciółka Izabela Kozłowski. O jej powrocie z USA Dorota dowiedziała się dosłownie kilka dni wcześniej.   To miała być niespodzianka i oczywiście była. „Intrygę uknuła” razem z drugą przyjaciółką.

Iza w ogóle nie spodziewała się, że przyjadę. Była  w szoku jak mnie zobaczyła – Dorota chciała jej osobiście podziękować za to co, dla niej zrobiła.

Iza Kozłowski była tą osobą, która na etapie konsultacji w  CHIPSA Hospital w Meksyku , gdzie Dorota poddała się eksperymentalnej metodzie leczenia raka, pomagała w kontakcie z lekarzami. Tu potrzebna była osoba, która biegle zna język angielski. Konsultacje robi się jeszcze przed rozpoczęciem zbiórki na portalu siepomaga.pl, (to tu udało się zabrać potrzebą kwotę na terapie w Meksyku). Są to konsultacje online. Bezpłatne. Jeszcze wcześniej tłumaczy się dokumentacje medyczną i wysyła na adres mailowy Kliniki. Lekarze zapoznają się z dokumentacją i wyznaczają termin konsultacji. To również etap, który odbywa się korespondencyjnie i online. Konsultacje przeprowadzane są na skaypie. To była rola pani Izy – tłumaczenie tego, co mówi Dorota personelowi medycznemu i to, co oni mówią – Dorocie.

Na co dzień mieszka w New Jersey. To kobieta, która mi bardzo pomogła i wspierała mnie w najcięższych momentach mojego życia – mówiła mi kilka miesięcy temu Dorota – To moja bratnia dusza, która zawsze ma otwarte serce dla innych – mówiła wtedy i powtarza to dziś.

-Chciałam jej tylko osobiście podziękować za to, co zrobiła dla mnie. Jak mnie wspierała w chorobie,  jak walczyła… – stąd czerwcowy wypad do Rzeszowa.

„Ten blondas to mój anioł, zresztą ta czarna też” – pisze Dorota na FB i przesyła kilka fotografii trzech roześmianych kobiet. Wiadomość opatrzona jest emotikonami – to też roześmiane „buźki”, również trzy, jak „Trzy Gracje”.

Iza Kozłowski walczy nadal, bo wciąż prowadzi Bazarek dla Dorotki ( „dla Dorotki i dzidziusia”). Tym razem zbierane są pieniądze na suplementy diety i rehabilitacje. Potrzebne jest jedno i drugie.

Dzięki odpowiedniej diecie wyniki badań Doroty są… wzorcowe.

Badania kontrolne, z uwagi na to, że jest to ciąża wysokiego ryzyka wykonuje co miesiąc – wyjaśnia Dorota –  i te zalecone przez ginekologa, i te, które wskazał hematolog. Póki co wszystko jest w normie. Dodatkowo przyjmuje mnóstwo witamin, które niestety, nie są tanie, ale dzięki Fundacji „siepomaga” i ludziom o wielkich sercach mam możliwość brania ich regularnie.  Co do suplementów, to mogę powiedzieć, że niby nic takiego,  a działają cuda.

Cuda, bowiem jak Dorota była ostatnio u lekarza prowadzącego ciążę, to usłyszała.. że jestem okazem zdrowia.

Powiem szczerze, że to miód dla ucha,  bo dawno nie słyszałam takich słów –  Dorota na chwilę zawiesza głos – aż miło mi się zrobiło i nie ukrywam, że łezka w oku się zakręciła,  bo strach w takich momentach zawsze jest ze mną…

Wciąż trwa zbiórka na te cudowne suplementy. Brakuje jeszcze około 11 tysięcy złotych. Część pieniędzy przeznaczana jest też na rehabilitacje, bo operowane biodro wciąż nie jest tak sprawne jakby chciała tego przyszła mama. A właściwie „młoda mama”

Jest to już 27 tydzień – skrzętnie liczy Dorota  – i „maluch” daje popalić. Śpi i jest spokojny jak chodzę, sprzątam, słowem – jak się ruszam. Ale gdy potrzebuje odpocząć to wewnątrz brzucha zaczyna się gimnastyka oraz jakieś tańce niczym you can dance – śmieje się mama „Fasolki” – daje o sobie znać i wypycha się gdzie tylko może. Ja wiem, że „on”, bo już wiadomo, że to będzie chłopak, dba o mamusię, by jej się przypadkiem nie nudziło.

On, to znaczy „Fasolka”,  ma już wybrane imię. Będzie Grzesiem. Po tatusiu. Grzegorzem  Juniorem.

Dlaczego tak? Hmmm… Nie wiem,  ale pokochałam mężczyznę o tym imieniu – mówi Dorota –  mężczyznę, który jest dla mnie całym moim światem i wiem, że synuś też nim będzie,  a nawet już nim jest. Kocham ich obu najbardziej na świecie… Są tak samo dla mnie ważni.

A przy okazji taki układ jest praktyczny, wyjaśnia ze śmiechem Dorota, bo jak będzie złościć się na Grześka, to nie wiadomo na którego i obaj  zostaną „postawieni do pionu”.

Z innych praktycznych rzeczy – pokój Juniora prawie gotowy, wózek – prawie kupiony, ciuszki – prawie skompletowane. Wszystko „prawie”, bo to przecież jeszcze długie trzy miesiące.

Myślę, że spokojnie się wyrobimy. O remoncie w pozostałych pomieszczenia mogę na razie pomarzyć,  ale też jestem dobrej myśli. Małymi kroczkami uda się zrobić tak, jak sobie to wymarzyliśmy. Mieszka nam się wspaniale – (nowe własne mieszkanie przyp. autor.) –  Sąsiadów mamy bardzo pomocnych i przyjaznych. Dbają o nas i pomagają, jak tylko mogą. Zresztą działa to w obie strony.

Tak jej zdaniem powinno być wszędzie.

– Ogólnie nie mam co narzekać – dodaje Dorota jest tak,  jak to sobie kiedyś na szpitalnym łóżku wymarzyłam…

 24.12.2018                                                            … i tak spełniają się marzenia!!!

„Oto Grześ Junior… Urodziłam 10 grudnia przez cesarskie cięcie. Mały otrzymał   10 na 10 w skali Apgar i generalnie wszystko jest, jak powinno być”.

Dorota wykorzystując chwilę snu Grzegorza Juniora, „skrobnęła” kilka zdań do swoich Aniołów z Bazarku Dobrych Serc. Kilka zdań o maluchu i życzenia dla tych, którzy walczą o zdrowie. „Życzę Wam, by nigdy, ale to nigdy nie zabrakło Wam wiary i nadziei, a przede wszystkim wytrwałości”.

Nikt bardziej niż Dorota nie zna wartości tych słów. Życie i śmierci stały obok siebie. Dorota wybrała życie.

Swoje, ale i swojego synka. Chciała, aby pojawił się na świecie, dlatego zaryzykowała, zrezygnowała z chemii, z przeszczepu szpiku  i zdecydowała się na eksperymentalną metodę leczenia raka w Chipsa Chospital w Meksyku.

Dziś Grzegorz Junior bezpiecznie śpi w jej ramionach.

Te ostatnie  9 miesięcy było dla mnie mimo wszystko ogromnym strachem – mówi dziś Dorota – Wyniki były bardzo dobre. Więcejbyły idealne, jak z podręcznika, jednak strach gdzieś w głębi zawsze mi towarzyszył.

Jak każdej przyszedłem mamie, a to, że może być coś nie tak, że będzie jakaś wada, bo oczywiście badania prenatalne mogą wiele rzeczy wykluczyć, ale czy wszystkie? Dorota zmagała się z myślami, a „Fasolka” spokojnie sobie rosłą w jej brzuszku, nieświadoma obaw mamy, czy będzie miał wszystkie paluszki, sprawne rączki… Strach towarzyszy każdej mamie, a Dorocie towarzyszył „bardziej”, bo przecież przeszła cykl chemii.

To jest strach, którego nie da się opisać, nie da się o nim opowiedzieć – mówi Dorota i natychmiast dodaje, że obawy starał się rozwiać jej mężczyzna – Grzegorz Senior.

Oczywiście nie był sam. Rodzina, bliscy, przyjaciele – wszyscy byli przy Dorocie.  Pomagało.

W końcu nadszedł ten wyczekiwany czas porodu – opowiada Dorota – co prawda, termin był na 14 grudnia i kiedy mnie wszyscy pytali kiedy i kiedy,  to utwierdzałam ich w przekonaniu, że termin porodu pozostaje bez zmian. Ale ja  miałam  ustalony termin cesarskiego cięcia na 10 grudnia.

Po co ta „konspiracja”? Bo z Grzegorzem Seniorem ustalili, że zrobią wszystkim niespodziankę wysyłając  mmsy ze zdjęciem Juniora 10 grudnia.  „Podstęp” się udał, a świeżo upieczeni rodzice mieli z głowy odbieranie telefonów w dniu porodu czy to od rodziców, czy przyjaciół z pytaniem „jak się czujesz?”  „czy to już?” „czemu to tak długo trwa?”. Nie stresowali się oni, nie stresowali bliscy.

Chcieliśmy aby ten czas był tylko dla nas, dla naszej  trójki i tak też było – z egoistyczną szczerością wyznaje Dorota –  pojechaliśmy do szpitala rano. Niestety miałam kartę ze starym nazwiskiem i z grupą krwi, więc potrzebne były badania i zamiast rano, cesarskie cięcie miałam o 17:12.

I tu pojawiła się kolejna fala strachu i niepewności. Grzegorz nie mógł być na sali operacyjnej, więc czekał przed. Dorota została podpięta do kroplówki, dostała znieczulenie i…

Nie czułam bólu, a jedynie uciśnięcie na żebra, gdy lekarz mocował się by wyjąć maluszka. Nie fajne uczucie,  a po chwili płacz dziecka i pierwsze moje łzy –  mówi Dorota. Po kilku minutach pokazano jej dziecko. Małego  przytulono do jej twarzy i wygłoszono formułkę: „ma pani zdrowego synka, 53 cm długości, waga 3150 g i 10/10 w skali Apgar”.

Polało się morze łez. Nie pamiętam, kiedy tak zanosiłam się z płaczu. Nie spodziewałam się takiej reakcji, ale to było silniejsze ode mnie… – mówi Dorota i głos jeszcze i teraz  trochę się łamie –  tak narodziła się moja bezgraniczna miłość do mojej „Fasolki”.

Po zabiegu Dorota trafiła na oddział w celu rekonwalescencji. Grześ Junior  był na oddziale noworodkowym wraz ze swoim tatusiem Grzesiem Seniorem, który to zaraz po ujrzeniu malucha wysyłał wiadomości mms ze zdjęciem Małego  do rodziny i najbliższych, z informacją, że są już w trójkę.

Nasza „Kluska” , bo tak teraz nazywamy Małego,  po kolejnych  badaniach na kilka godzin trafiła do mnie,  a raczej do mojego „cyca”  – Dorota precyzyjne opisuje pierwsze godziny życia syna –  Tatuś Grzesia oszalał z miłości, podobnie jak ja. Pobyt w szpitalu trwał dwie doby. Z niecierpliwością czekałam na moment , kiedy będę mogła położyć „Kluskę” do jego łóżeczka, które stoi  w jego malutkim pokoiku, gotowym na jego przyjazd.

Jeszcze kilka miesięcy temu Dorota nie byłą pewna czy zdążą ze wszystkim, bo oczekiwanie na dziecko było połączone z urządzaniem nowego mieszkania, a pokój „Kluski”  zostawili sobie na koniec.  Ale udało się. Pokój synka dopieszczony jest w każdym szczególe: mebelki, zasłonki, nowa lampa, wymalowane ściany.

Tak spełniają się marzenia.

–  Wracaliśmy jako dumni rodzice, choć mnie zaczęło przerażać macierzyństwo – wyznaje Dorota i dodaje, że to na szczęście są tylko chwile zwątpienia. Dziś czuje się spełnioną mamą i nie ukrywa, że dla niej to fantastyczne uczucie.  Nie wykluczone, dodaje, że to dlatego, że „Kluska” tylko śpi, je i oddaje co nieco w pampersy. A więc niewymagający zbyt wiele młody obywatel.

Gdybym dziś miała ponownie stanąć przed wyborem swojego leczenia, to ponownie zdecydowałabym się na terapię niekonwencjonalną – całą postawą  Doroty potwierdza, że na pewno tak by się stało – to była najlepsza decyzja jaką mogłam wtedy podjąć. Myślę też, że decydując się na dalsze tradycyjne leczenie  w Polsce ,  przeszczep, nie miałabym dziś tego co mam – synka. Radioterapia mogłaby spowodować niepłodność.  A czasami nawet zastanawiam się nad tym, czy w ogóle bym była…

Bóg ma swój plan  – dodaje Dorota z uśmiechem.

Dziś mama czyje się świetnie, o cesarskim cięciu zapomina, bo jak mówi „lata” po domu dopieszczając swoich dwóch Grześków.

Kocham ten stan i niech on już trwa wiecznie.

Dorota wciąż stosuje specjalną dietę. Suplementacja wzmacnia organizm i trzyma nowotwór z dala od niej. Trwałą „pamiątką” po nowotworze jest uszkodzone biodro. Dorota kuleje i tak już zostanie, ale nie tym się martwi.

– Najważniejsze jest dla mnie zdrowie mojej „Kluski„. Grześ Junior i Grześ Senior  –  wyznaje ze szczerym śmiechem – Jejku, jak to się wszystko zmieniło… świat zwariował, a ja razem z nim.

Swoim Aniołom z Bazarku Dobrych Serc Dorota napisała jeszcze: „ To, co jest dzisiaj, kiedyś było dla mnie marzeniem, powiedziałabym abstrakcją, ale nigdy nie traciłam wiary w to, że marzenia się spełniają.  Dlatego też Kochani – warto mieć marzenia i doczekać się ich spełnienia! „.

 

 

 

cdn.

cdn.

cdn.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz