Ewa Wojciechowska jak Feniks z popiołów…


Data dodania: 17-03-2018 r.
Ilość wejść: 721.

 Redaktor/Autor: Ewa Wojciechowska

pomogli Pomogli:

Historia mojego ponad dwudziestoletniego małżeństwa to kręta droga, głównie pod górę. Czy czyjaś to wina … chyba nie, taki los.

Z przyszłym mężem poznaliśmy się w dość dziwnych okolicznościach. To moja mama- wdowa miała być kandydatką na żonę. Ale, że po śmierci taty uparcie nie chciała z nikim się wiązać,  w końcu kierowca, który przywiózł dla niej narzeczonego został moim mężem. O, ironio, był rolnikiem, a ja za żadną  cenę nie chciałam pracować na roli. Jak prawdziwe okazało się powiedzenie ,,nigdy nie mów nigdy”…

Pierwszy rok to była prawie idylla. Wiadomo, młodzi, piękni…  Niestety, to piękno skończyło się, gdy w drugim roku małżeństwa tuż po Wielkanocy spalił się dach na budynku gospodarczym, w którym trzymaliśmy nasze zwierzęta: sześć krów, kilka świń i cielaki. Tylko dzięki szybkiej reakcji sąsiada, który narażając własne życie zdołał wypędzić cały inwentarz z płonącego budynku mieliśmy z czego żyć. Jakoś pozbieraliśmy się, odbudowaliśmy budynek, w czym pomogła cała wioska i finansowo i fizycznie. Jakby tego było mało, mąż podczas odbierania porodu cielaka uległ wypadkowi i przez długie lata miał problem z kolanem. No tak, życie nas nie rozpieszczało. Doszedł jeszcze alkoholizm męża, moja niezaradność i trójce dzieci  w sumie zgotowaliśmy gehennę. Starałam się jak mogłam trzymać to wszystko w ryzach, ale sama niewiele mogłam. Pomagały, ile mogły moja mama i siostry, ale przeważnie tylko finansowo. Teściowa też do ostatniej chwili życia, chociaż była ciężko chora i miała swoje lata, pomagała przede wszystkim przy dzieciach, ale i finansowo też. Próbowałam podjąć jakąś pracę, ale nic z tego nie wychodziło.

Dzieci rosły, poszły do szkoły, ale poza tym niewiele się zmieniało. Dom popadał w coraz większą ruinę, a na remont wciąż brakowało pieniędzy. Nie mieliśmy ani łazienki, ani centralnego ogrzewania. Gdy zabrakło mamy, popadłam całkowicie w depresję, chociaż nie od razu o tym wiedziałam. Potrafiłam przespać pół dnia, obwiniając wszystkich o to, że niewiele pomagają, na odczepnego dając pieniądze, tłumacząc przy tym , że to dzieciom. Potrzebowałam pomocy.

Moje  złe samopoczucie zastanowiło mnie na tyle, że postanowiłam zbadać tarczycę. Diagnoza: niedoczynność tarczycy, przewlekłe zapalenie tarczycy w przebiegu Hashimoto. Po ludzku- mój własny układ odpornościowy wykrywa organizm jako wroga i go zwalcza. Nic strasznego, jeśli przyjmuje się regularnie leki. Pani doktor powiedziała, że musiałam coś mocno przeżyć. Dostałam tabletki, no i trochę się polepszyło, na tyle, że mogłam cokolwiek robić bez zasypiania na stojąco.

Pewnego dnia kolega męża stwierdził, że zrobi nam łazienkę i nic nie mamy do gadania. Jak powiedział, tak zrobił (wspólnie z moim synem i mężem). Nie mieliśmy co prawda od razu glazury i terakoty, ale była wanna, do której wodę grzałam w wielkich garach na piecu kaflowym. Ależ byłam szczęśliwa, a dzieci siedziały w kąpieli aż do wystygnięcia wody! Po całym tym zamieszaniu mąż wyjechał do brata na Śląsk wyremontować mu dom. Wreszcie mieliśmy jakiś dodatkowy dochód! Wrócił po dwóch miesiącach, by jesienią wyjechać prawie na pół roku. Gdy wrócił przed Wielkanocą miałam dla niego nowinę- byłam w czwartym-piątym miesiącu ciąży. Za wszelką cenę trzeba było wziąć się za nasz dom. Niestety, nie dane nam było długo cieszyć się w końcu sprzyjającym losem. 20 maja 2012 roku zapisał się w naszej rodzinie kolejnym tragicznym wydarzeniem. Była piękna, słoneczna niedziela. Było tak ciepło, że chodziliśmy w letnich ubraniach. W tamtym czasie jakoś było więcej dzieci we wsi, doszły jeszcze przyjezdne i całe towarzystwo w sumie może z piętnaścioro bawiło się na naszym podwórku. W którymś momencie do domu wpadł jeden z chłopców  i powiedział, że nasz 13- letni syn powiesił się. Byłam w siódmym miesiącu ciąży! Cały świat wokół mnie zawirował. To mąż pobiegł i przyniósł dziecko do domu. Miałam jeszcze tyle siły, że zadzwoniłam po pogotowie, ale potem to już tylko siedziałam pod piecem i powtarzałam w kółko: żeby tylko przeżył! Niestety, pani doktor mogła już tylko stwierdzić zgon, nie była nawet potrzebna reanimacja. Zabrano mnie do szpitala, ale że wszystko z dzieckiem było w porządku na drugi dzień wróciłam do domu. To było jak zły sen. Nie, nie płakałam, tylko modliłam się, żeby nie zwariować Na szczęście rodzina nie zawiodła. Pomagali wszyscy: przy pogrzebie i finansowo.

Co było przyczyną? Było wiele wersji, jedna bardziej prawdopodobna od drugiej. Policyjne śledztwo nic nie wykazało, nie znaleźliśmy żadnych notatek, ani odręcznych, ani w komputerze. W końcu zaczęłam wierzyć, że to był nieszczęśliwy wypadek. On tak miał, ciągle eksperymentował, zwłaszcza na sobie samym. Ciężko mi było, pomagały trochę codzienne czynności, obrządki, dojenie krów. Chociaż w głębi serca tlił się niepokój, że może syn był prześladowany przez rówieśników i w końcu nie wytrzymał.

No, ale życie toczyło się dalej, poród był coraz bliżej i znowu nie zawiedliśmy się na rodzinie, zwłaszcza ze strony męża. Od siostry i jej syna otrzymaliśmy materiały potrzebne do remontu i używane meble. Wreszcie mieliśmy normalne podłogi i ogrzewanie kominkiem. No, a w sierpniu urodziła się córeczka, która  całkowicie pochłonęła naszą uwagę.

Gdy żył jeszcze młodszy syn zapisałam się na kurs prawa jazdy i po piętnastu próbach w końcu udało mi się zdać egzamin, świat stanął przede mną otworem. Mogłam wszędzie się dostać bez niczyjej łaski. Dodatkowo z unijnych funduszy w gminie przeszłam kurs komputerowy i opiekuna osób starszych. Ale co z tego, że miałam papierki, skoro nikt mnie nie chciał!

Zapisałam się jeszcze do psychiatry i zaczęłam leczyć depresję, co poprawiło mi znacznie humor. Ale i tak musiałam być mocno osłabiona psychicznie. Gdy córka miała pół roku wylądowała w szpitalu z zapaleniem płuc. Oczywiście towarzyszyłam jej i nocowałam w szpitalu. Po tym, jak musiano podać jej tlen,  tej samej nocy zaczęłam w zastraszającym tempie tracić włosy. Rano były wszędzie: na poduszce, podłodze, w umywalce. Po pół roku wyłysiałam całkowicie, nawet pod pachami i w intymnych miejscach, wyglądałam jak po chemioterapii (i nadal tak jest). Oczywiście szukałam pomocy u dermatologa, ale to nic nie dało. W końcu endokrynolog powiedziała, że tak właśnie reaguje mój układ odpornościowy i nic na to nie można poradzić.

Ale jak miało nie być, skoro ponad trzy lata po stracie syna wybuchł kolejny pożar, tym razem w naszym domu! 21 stycznia 2016 roku był bardzo mroźny. Od kilku dni temperatura na zewnątrz wynosiła poniżej -10 stopni. W kominku paliliśmy prawie 24 godziny na dobę. Przez wysoką temperaturę ogień z komina wydostał się na zewnątrz (na strych) i objął belkę sufitową. A potem to już poszło błyskawicznie. Najpierw zgasło światło, potem zrobiło się ciemno od dymu i musieliśmy uciekać. Była godzina szesnasta, to zdążyliśmy, bo w nocy nawet byśmy się nie obudzili. Schronienie znaleźliśmy u dwóch sióstr męża mieszkających w tej samej wiosce. Strażacy szybko uwinęli się, dzięki temu dach i ściany zewnętrzne ocalały. Nazajutrz przyjechał wójt z paniami z opieki społecznej i zaoferowali zapomogę w wysokości 5 tysięcy złotych. No i zaczęła się od nowa ,,polka”. W naszej parafii jest zwyczaj zbiórki pieniędzy dla pogorzelców. W wyznaczoną przez proboszcza niedzielę taca ze wszystkich mszy przeznaczana jest dla poszkodowanych. Gdy mąż wrócił od księdza z pieniędzmi i wymienił kwotę, to aż usiadłam z wrażenia. Zebrano prawie 5 tysięcy! Dodatkowo nasz sołtys oddzielnie w naszej wsi zebrał tysiąc złotych. Po dwóch tygodniach mogliśmy wprowadzić się do jednego pokoju, a po dwóch miesiącach mieliśmy z grubsza skończony remont.

Po prawie dwóch latach od mojej doktor psychiatry otrzymałam zaświadczenie i dzięki temu mam umiarkowany stopień niepełnosprawności i pracuję jako sprzątaczka. Znowu powolutku wychodzimy na prostą.

Tak mi się skojarzyło, że moja rodzina ,,odradza się jak Feniks z popiołów”, tylko przy moim szczęściu ile jeszcze razy…

 

Historia zweryfikowana.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz