Jolanta Pawlak – to nie tak miało być…


Data dodania: 10-01-2019 r.
Ilość wejść: 545.

 Redaktor/Autor: Małgorzata Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli : Urszula Gazda.

Prosiła Boga tylko o 3 lata, żeby najstarszy syn skończył 18 lat i przejął opiekę nad młodszym rodzeństwem.  Zabrakło dwa i pół roku… 28 grudnia zmarła Jolanta Pawlak, jedna z bohaterek naszych reportaży.

To miała być kolejna chemioterapia. Pod koniec grudnia ubiegłego roku poszła do szpitala, jak zwykle zostawiając dzieci pod opieką znajomej. Nie wróciła. Choć prosiła Boga, aby od diagnozy dał jej chociaż trzy lata życia, to Bóg miał inny plan. Nie zdążyła zabezpieczyć dzieci.

Po każdej chemii na pytanie: „jak się pani czuje”, Jolanta Pawlak odpowiadała mi: „dobrze, można powiedzieć coraz lepiej, ale co to będzie, kto tam wie”.

Raka zdiagnozowano u niej w marcu ubiegłego roku, tuż przed świętami Wielkanocnymi. Czuła się słabo, gorączkowała, w końcu zasłabła i trafiła do szpitala.

Problemy zdrowotne pani Jolanta miała od lat.  A to mdłości, a to ból  żołądka, a to osłabienie,  a to ból brzucha. Kolejne wizyty u lekarza rodzinnego nie przynosiły oczekiwanej poprawy, co więcej, w dość nieprzyjemny sposób sugerował on pani Joli, że powinna schudnąć.

Marcowe, gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia zbiegło się z jej  41 urodzinami, więc jak przyjmujące ją na oddział kobiety zobaczyły datę urodzin, to natychmiast zinterpretowały to – trochę żartem, trochę z przekąsem – że nieźle zabalowała, skoro w takim stanie trafiła do szpitala.

I wówczas jej dzieci trafiły pod opiekę znajomej. Po trzech dniach, bez postawienia ostatecznej diagnozy, ale z podejrzeniem silnej anemii, pani Jola wypisała się ze szpitala na własne życzenie. Zależało jej, by być z dziećmi.

No i później znowu dostałam, było to w piątek, silną gorączkę – mówiła mi pani Jola – prawie 40 stopni. Zostałam z powrotem zabrana do szpitala. Miałam transfuzje krwi, chyba już jestem po piątej transfuzji krwi, ponieważ organizm już w ogóle nie produkował tej krwi, nie miałam siły chodzić, na nic nie miałam siły, byłam osłabiona  i doszli z badań, które mi porobili, że mam nowotwór złośliwy w czterech miejscach z przerzutami.

Świat runął.

Diagnoza przyszła w chwili, gdy powoli układali sobie życie, wychodzili na prostą.  Jej partner, oprawca, siedział w więzieniu i miał zakaz zbliżania się do rodziny. Dzieci po miesiącach terapii wracały do równowagi, planowana była przeprowadzka, a w sądzie rodzinnym leżał wniosek o zdjęcie nadzoru kuratorskiego nad panią Jolantą, jako niewydolną wychowawczo matką.

Pierwsze dwa dni to powiem…– mówiła mi wówczas pani Jola –  żal mi było po prostu tych dzieci,  bo tam z tym rakiem, to już bym się po prostu pogodziła, tylko mi żal tych dzieci, że same po prostu zostaną (…).  I cały czas mam tą nadzieje i modle się do tego Boga, żeby mi chociaż te trzy lata dał, bo syn jak będzie miał te osiemnaście lat, to będzie po prostu walczyć o to, żeby przejął  opiekę nad tymi młodszymi, bo ja z nimi na ten temat rozmawiałam i on powiedział, że z chęcią się nimi zajmie.

Zalecona terapia przynosiła efekty. Pani Jolanta miała coraz więcej energii i coraz większą wolę walki o przyszłość dzieci.  Wniosek o przydział mieszkania do remontu, został pozytywnie zaopiniowany i pani Jolanta wybrała ogromne, 130-metrowe mieszkanie.

Dzieciaki były nim zachwycone.

Każde miałoby swój pokój, a w przyszłości, jak dorosną, mogliby mieszkać wspólnie ze swoimi rodzinami. Taki plan miała pani Jolanta.

Kosz remontu Zarząd Budynków i Lokali Komunalnych oszacował na ponad 60 tysięcy złotych, ale mimo to pani Jola zdecydowała się podpisać umowę i tak też się stało 27 listopada ubiegłego roku. Miała osiem miesięcy na to, by rozpocząć remont. Wierzyła, że z pomocą dobrych ludzi, szkoły do której chodziły jej dzieci i Pomocy Społecznej, ten plan może się udać.

„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość” – mawiał reżyser i scenarzysta Woody Alen i tak, choć to gorzka refleksja,  zadziało się w tym przypadku.

Bóg, w którego wierzyła pani Jola, modliła się do niego,  zrealizował swój plan. Ten, który miał dla niej przygotowany.

Jolanta Pawlak została pochowana w swojej rodzinnej miejscowości pod Włocławkiem. Dzieci były obecne na pogrzebie. Potem wróciły do Szczecina i przez kilkanaście dni były pod opieką babci, matki ojca. Choć to szokująca decyzja w ocenie osób, które miały kontakt z panią Jolą, to było to jedyne możliwe rozwiązanie, zanim machina urzędowo – sądowa nabrała rozpędu.

W tak zwanym międzyczasie okazało się, że wniosek o wycofanie kuratora sąd rozpatrzył pozytywnie i nie było nikogo z dorosłych, kto mógłby zająć się dziś 16-letnim Mateuszem, 14-letnią Sandrą i 12-letnim Kamilem.

Teraz decyzją Sądu Rodzinnego trafią pod opiekę brata pani Joli – tłumaczy Maciej Homis z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Szczecinie – wyraził taką chęć, już wcześniej dzieci przebywały tam przez kilka tygodni. Teraz właśnie jadą do wujka, który będzie ich rodziną zastępczą.

Dotyczy to dwójki młodszych dzieci – Kamila i Sandry. Z ich starszym bratem, 16-letnim Mateuszem, sytuacja się skomplikowała. Nastolatek ma problemy zdrowotne. Tyle można powiedzieć. Na razie trafi do placówki opiekuńczej. Co dalej, zależy od diagnozy.

Podczas każdej z naszych rozmów Pani Jola opowiadała  o drobiazgach, z których teraz składało się jej życia.

Paciorek do paciorka układała swój sznur korali codzienności. Paradoksalnie, wtedy gdy dopadła ją choroba zaczynali normalnie żyć… Po raz pierwszy w życiu była w kinie, po raz pierwszy płynęli statkiem i pierwszy raz w życiu byli na karuzeli – ona i dzieci. Właśnie z takich drobiazgów, dla wielu – oczywistych rzeczy i doświadczeń – składało się jej życie.

Zapamiętam ją jak z błyskiem w smutnych zwykle oczach, opowiadała, że właśnie przechodząc na badania z jednego budynku do drugiego,  widziała rozwijające się wiosną listki.

Miały taką delikatną i soczystą zieleń…

Pani Joli już nie ma…

Chcę pomóc

Dodaj komentarz