Jolanta Pawlak – żeby jeszcze chociaż ze trzy lata.


Historia została dodana: 06-07-2018 r.
Ilość wejść: 710.

 Redaktor/Autor: Małgorzata Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli : Urszula Gazda.

Przyjechała z centralnej Polski, z Włocławka, gdzie do tej pory mieszka jej mama z dójką jej młodszych braci. Przyjazd do Szczecina to miał być nowy, piękny rozdział w jeż życiu. Dziś mówi o błędzie i najgorszej decyzji jaką mogła podjąć, wówczas mówiła o cudzie i złapaniu Pana Boga za nogi.

Pierwsze małżeństwo było nieudane, dlatego jak pojawił się kolejny mężczyzna, z innego miasta, to pojawiła się i  nadzieja na nowe życie.

Na początku było wszystko ładnie, obietnice, jak to gwiazdkę z nieba mi da – mówi Jolanta Pawlak, niska, pulchna brunetka z warkoczem i cichym, spokojnym głosem –  po prostu zapewniał, że będę szczęśliwa w związku, a później z dnia na dzień zaczęło się wszystko w związku psuć.

Popsuło się i to bardzo.

Ale więcej na ten temat nie trzeba mówić – ucina pani Jola.

Została sama z trojką dzieci. Dziś to 15-letni Mateusz, 13-letnia Sandra i 11-letni Kamil.  Najmłodszy jest największą „przylepą”. Wszędzie z mamą i zawsze przy mamie.  Ona raczej nie narzeka na nadmiar tych czułości i bliskości najmłodszego syna  – z torby z zakupami, które właśnie przyniosła do domu, wyciąga ogromnego pączka, z którego spływa lukier. Każdemu, kto spojrzy na to cudo ślinka cieknie z ust. Kamilowi w oczach pojawiają się iskierki  radości.

Starsze chodzą już własnymi drogami, ale dom to zawsze dom, a mama, to mama. Po trudnych przejściach rodziny, dzieci są pod opieką psychologa, podobnie jak pani Jola.  Był też przez kilka lat  kurator sądowy, a Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie namawiał panią Jole na współpracę z asystentem rodziny, ale odmawiała.

A co ja zła matka jestem? –  natychmiast ton głosu zmienia się przy tym temacie – nie jestem jakąś patologią, dzieci czyste, najedzone, ze szkołą jedną i drugą mam kontakt.

Rzeczywiście blisko współpracują, bo teraz szkoła kupiła nawet nowe tapczany do domu pani Joli, dzieciaki mają obiady.

Nie, nie chcemy rozmawiać, pomagamy, ale przecież nie będziemy sobie robić na tym kariery – trochę na poważnie, trochę ze śmiechem odpowiada mi wychowawczyni Kamila, gdy proszę o rozmowę. Są w kontakcie, wspierają, jedenastolatek radzi sobie w szkole. Nie mają potrzeby  wypinania piersi po medale – wnioskuję z rozmowy z wychowawczynią. Są obok i teraz to jest szczególnie ważne.

Nawet nie wiem od czego zacząć – pani Jola wraca do wspomnień z marca –  rozchorowałam się i dzieci trafiły pod opiekę mojej koleżanki, a przyjaciółki córkizaczyna opowieść od tego, co najbardziej bolało – od zabrania dzieci do Pogotowia Opiekuńczego.

Od lat pani Jola miała problemy zdrowotne. A to mdłości, a to ból  żołądka, a to jakieś osłabienie, albo ból brzucha. Wizyty u lekarza rodzinnego kończyły się receptą na leki, które miały pomóc w problemach gastrycznych, ale nie pomagały. Lekarz w niezbyt miły sposób sugerował, że kobieta powinna schudnąć.  Wyniki badania krwi lekarz zinterpretował jako początek anemii i kazał jeść dużo produktów z żelazem. Wciąż jednak było bez zmian.  W marcu pani Jola zasłabła i trafiła do szpitala. Zbiegło się to z jej  41 urodzinami, więc jak przyjmujące ją na oddział kobiety zobaczyły datę urodzin, to natychmiast stwierdziły – trochę żartem, trochę z przekąsem – że nieźle zabalowała, skoro trafiła do szpitala.

To wtedy jej dzieci trafiły pod opiekę znajomej. Po trzech dniach, bez postawienia ostatecznej diagnozy, ale z podejrzeniem silnej anemii, pani Jola wypisuje się ze szpitala na własne życzenie.

No i później znowu dostałam, było to w piątek, silną gorączkę – mów pani Jola – prawie 40 stopni. Zostałam z powrotem zabrana do szpitala. Miałam transfuzje krwi, chyba już jestem po piątym przetaczaniu krwi, ponieważ organizm już w ogóle nie produkował tej krwi, nie miałam siły chodzić, na nic nie miałam siły, byłam osłabiona.  Doszli z badań,  które mi porobili, że mam nowotwór złośliwy w czterech miejscach z przerzutami.

Dziś Jolanta Pawlak mówi to spokojnym głosem, ale tego dnia, gdy dostała w końcu diagnozę, świat runął.

Pierwsze dwa dni to powiem… – kobieta zawiesza głos i patrzy w podłogę.  Przez chwilę zbiera się w sobie – żal mi było po prostu tych moich dzieci,  bo tam z tym – unika słowa „rak”, „nowotwór” czy „choroba”, jest słowo „to” –  to już bym się po prostu pogodziła, tylko mi żal tych dzieci, że same po prostu zostaną  – już nie udaje się potrzymać łez –  przecież też mi dali tam psychologa do rozmowy, bo przestałam w ogóle jeść przez te dwa dni… Odrzuciłam jedzenie, nie chciałam jeść,  bo dla mnie to był wielki szok, mieć dzieci w wieku piętnastu, trzynastu i jedenastu lat… I cały czas mam nadzieje i modle się do Boga, żeby mi chociaż te trzy lata dał, bo syn jak będzie miał  osiemnaście lat, to będę po prostu walczyć o to, żeby przejął  opiekę nad tymi młodszymi. Ja z nimi na ten temat rozmawiałam i on powiedział, że z chęcią się nimi zajmie.

Pani Jola nie czekała długo na tę poważną rozmowę z dziećmi, z synem. Nie ma czasu. Nikt nie jest w stanie jej dziś powiedzieć, ile w ogóle ma czasu.

Żeby nie te dzieci,  nie wiem, czy bym się nawet podjęła leczenia, bo to nie jest takie przyjemne,  nie znoszę po prostu igieł,  nie raz zemdlałam, wieźli mnie i się osłabiam i przewracam – mówi Pan Jola.

Zanim ustalono jak ma być leczona, pojawił się problem z dziećmi.  Znajoma, która się nimi opiekowała,  po kilku dniach zadzwoniła do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie i powiedziała jaka jest sytuacja, dodała, że nie może się opiekować dziećmi, bo nie wie jak długo to będzie trwało. Pierwotnie lekarze mówili o półrocznym pobycie w szpitalu. MOPR zareagował stosownie do sytuacji i dzieci pani Joli trafiły do Pogotowia Opiekuńczego.

Po kilku dniach i ustaleniu planu leczenia ona sama wychodzi do domu, a dzieci „urlopowane są” z palcówki – formalnie wciąż w niej pozostają. Pierwszego kwietnia rodzina znów jest w komplecie i znów pojawiają się problemy.

Pani Jola z dziećmi utrzymuje się głównie ze świadczeń: 500 plus, zasiłek rodzinny i alimenty z funduszu alimentacyjnego. Środki wypłaca Centrum Świadczeń i gdy pani Jola chciała pobrać pieniądze, okazało się, że ich nie ma. Wypłata świadczeń została wstrzymana.

– Aż Kamil się po prostu rozpłakał i mówi, mama co my teraz będziemy jeść? – wspomina kobieta –  mam, mówi,  20 złotych oszczędności to mogę ci dać.

Świadczenia zostały wstrzymane, bo w sytuacji gdy dzieci są w placówce opiekuńczej jest to standardowa procedura. Kluczowe jest tutaj słowo „urlopowane”, bo choć dzieci są w tym czasie z matką, to formalnie nadal przebywają w placówce, czyli świadczenie nie są wypłacane. A takiego słowa użyła sędzia informując MOPR i Centrum Świadczeń o tym, że dzieci mogą wrócić do matki. Zanim rozwikłano tę  proceduralną „zagwozdkę”, Pomoc Społeczna wypłaciła pani Joli  niewielkie pieniądze na bieżące utrzymanie. Potem sąd cofną decyzję o umieszczeniu dzieci w placówce i środki znów zostały uruchomione.

– W tej chwili nie mogę iść do pracy, bo jestem w ciężkim stanie, przewracam się, wymiotuje po chemii, są takie dni, że nie daję rady – mówi pani Jola –  mamy obiady, bo szkoła mi dała obiady do domu przez cały tydzień, żebym nie gotowała,  dzieci mają w szkole, po prostu bez sensu by było, żeby gotować tylko dla mnie. No to też się tam w szkole źle poczułam, no to też mnie ktoś tam odwiózł do domu  i to tak zazwyczaj się kończy – trochę chaosu wkrada się w opowieść kobiety.

Fakty są takie, że z powodu choroby pani Jolanta dostała opiekunkę. Jest codziennie, pomaga jej w codziennych domowych zadaniach, takich jak sprzątanie mieszkania czy wyprowadzanie psa. Wszyscy mają przyznane obiady w szkole. Od czasu diagnozy pani Jolanta wciąż chudnie, teraz „zleciała” kolejne osiem kilogramów. Jest już po czwartej chemii. Mówi, że czuje się po nich lepiej, ale też nie wiadomo, ile jeszcze będzie musiała ich przejść. Prościej jest to ustalić u osób po operacjach nowotworu, bo wtedy pewne rzeczy są bardziej przewidywalne. U pani Joli nowotwór jest tak rozległy, że nie można go operować.

To jest opisane – kobieta przesuwa w swoim kierunku dokument szpitalny, jeden z kilkudziesięciu leżących na stole –  nowotwór jelita grubego… otrzewnej… – czyta – do operacji żadnej nie jestem zaawansowana – czyli nie kwalifikuje się dopowiadam sobie w myślach –  bo to można powiedzieć, że cały organizm jest skażony i to trzeba tylko chemią zwalczyć. W ostateczności, jak inaczej się nie da, można  usunąć jelito grube i wstawić mi woreczek , co mi przedłuży czas o miesiące.

– Nie było symptomów – pytam, bo trudno mi wyobrazić sobie, że tak rozległy nowotwór nie dawał żadnego objawu.

– Były, oczywiście, że były – kobieta wraca do wątku wizyt u lekarzy rodzinnych –  dwa lata chodziłam po lekarzach. Już nie mogłam po schodach chodzić, nie mogłam pracować, męczyłam się,  dusiłam się,  po prostu nie mogłam złapać powietrza. I co, chodziłam po lekarzach na ul.Kadłubka i robiłam badania krwi.     Były coraz gorsze, coraz gorsze i że jest faktycznie źle, ale co źle nie wiedzieli.

Teraz jest diagnoza, jest leczenie, jest wszyty pod ramieniem, przy obojczyku port, by dostarczać do organizmu chemię. Nie dało się zwykłym wkłuciem, bo pani Jola ma tak osłabione żyły, że natychmiast pękają.

Tak to wygląda – kobieta pokazuje mi ręce całe w brązowych plamach. Ślad po wylewającej się z żył krwi, utrwalony pod cienką warstwą skóry.

Ja właściwie to chorobę dźwigam ze względu na dzieci, bo dzieci mnie trzymają przy tym wszystkim – znów wzrok kobiety wędruje w kierunku podłogi – a jak oni mi nie chcieli tych dzieci zwrócić, to ja wyszłam w piątek ze szpitala i  ja sobotę całą przespałam. Nawet nie miałam chęci wstać, zjeść,  bo nie  miałam po prostu tej… A tak z dziećmi, to ja mogę coś zjeść, coś się napić, bo to mnie mobilizuje i teraz w tej chorobie,  przepraszam bardzo, jeszcze nie daj boże mi je odbiorą, no to nie wiem… Tak, ja po prostu mówię, życie mi zabrali, już tylko one mi pozostały.

Rzeczywiście, taka opcja musi być brana pod uwagę – zabranie dzieci – w sytuacji, gdy stan zdrowia pani Joli się pogorszy. Dlatego też, sąd znów zdecydował o wprowadzeniu do rodziny kuratora.

Pani Jola w Szczecinie na ma żadnej rodziny. Matka po postawieniu diagnozy przyjechała do Szczecina z kuzynką pani Joli, ale były tylko jeden dzień. W rozmowach pojawiła się propozycja, aby matka została w Szczecinie i zaopiekowała się córką i wnukami, ale odmówiła. We Włocławku pod jej opieką są bracia pani Joli.

Brat, który ma 37 lat  i brat 19 letni, którzy można powiedzieć, są tak wychowani, że sobie w życiu nie potrafią radzić – tłumaczy trochę matkę pani Jola –  trzeba im zrobić herbatę, trzeba im wszystko zrobić, trzeba im wyprać, jak takie małe dzieci. Mój Kamil co ma jedenaście lat potrafi mi herbatę zrobić, no ale mamie już się nie przetłumaczy i nic się nie zrobi.

„Jest więc jak jest” dodaje pani Jola.

Ostatnio mnie psycholog pyta, czy kupiłam już ubrania do trumny – mówi pani Jola tym swoim spokojnym głosem.

Tak po prostu? Wprost? – dopytuję, choć domyślam się intencji psychologa.

No tak, bo mówi, jak się już stanie, to trzeba będzie szukać jakiś ubrań, czy kupować, a kto ma to zrobić i kiedy?

Ubrań jeszcze nie kupiła. Teraz powoli wychodzi z formalności związanych z pobytem dzieci w placówce. Bo istniała realna groźba, że będzie musiała pokryć koszty ich pobytu –  cóż, ustawy nie przewidziały takich sytuacji i wiele przepisów trzeba było zinterpretować na nowo.

Jak mnie nie nękają te sądy, to powiem pani, że teraz życie doceniam – mówi – te liście zaczęły kwitnąć, jak mnie to wszystko cieszyło, że widzę że te liście kwitną i staram się jakoś mobilizować,  czy gdzieś na grilla z dzieciakami jechać, czy gdzieś do parku chodzimy, na lody…

Jak długo będzie to jeszcze możliwe?

Tego nikt nie wie.

Wszyscy w rodzinie wierzą, że… jak najdłużej.

18.09.2018                                                      Pilnie potrzebne wsparcie.

Mieszkanie ogromne. Jej trójka dzieci mogłaby tu spokojnie jeździć na rowerach. A jak się pokłócą, to każde może, obrażone,  pójść do swojego ogromnego pokoju trzaskając swoimi drzwiami. Jolanta Pawlak znalazła się na liście osób, które mogą zawrzeć umowę na najem mieszkania do remontu. Wybrała mieszkanie, ale… no właśnie. Dalej w jej życiu nic nie jest proste.

Pani Jola wciąż w kalendarzu zapisuje terminy kolejnych chemii. W marcu lekarze zdiagnozowali u niej nowotwór. Łatwiej powiedzieć co z organów wewnętrznych nie zostało zaatakowane, niż gdzie „rozgościły” się komórki nowotworu. Nie wiadomo jak to dalej się potoczy, musi zapewnić swoim dzieciom chociaż dach nad głową na przyszłość, tak na wszelki wypadek.

Do operacji żadnej się nie kwalifikuje, bo to zbyt rozległe jest wszystko – mówi pani Jola.  Więc regularnie stawia się w szpitalu na chemię – Po tej chemii zawsze czuje się lepiej – mówi, ale co do rokowań, wciąż lekarze są ostrożni.

A teraz takie coś – zmienia temat – mam przydzielone to mieszkanie, ale mówią, że jeszcze ktoś inny to mieszkanie wybrał i będzie losowanie.

Rzeczywiście regulamin Zarządu Budynków i Lokali Komunalnych w Szczecinie przewidują taką sytuacje, że jeśli dwie osoby ubiegające się o lokal do remontu wskażą to samo mieszkanie i maja tyle samo punktów, to rozstrzygnięcie, kto podpisze umowę, „następuje w drodze losowania” – tak to się oficjalnie nazywa.  Pani Jola zdobyła sporo punktów – 15, choć określenie „zdobyła” nie oznacza tu tego samego, co zdobicie punktów chociażby w pięcioboju nowoczesnym. W tym przypadku oznacza, że jej sytuacja jest na tyle trudna,  że potrzebuje wsparcia mieszkaniowego gminy. Im więcej punktów, tym bardziej skomplikowana biografia.  

 

Czterdziestojednoletnia dziś Jolanta Pawlak przyjechała do Szczecina z centralnej Polski, z Włocławka, gdzie wciąż mieszka jej mama z dwojgiem  jej młodszych braci. Przyjazd do Szczecina to miał być nowy, piękny rozdział w jeż życiu – nowy partner, nowe miejsce, nowe plany… Słowem nowe, szczęśliwe życie.  Dziś mówi o błędzie i najgorszej decyzji jaką mogła podjąć, wówczas mówiła o cudzie i złapaniu Pana Boga za nogi. Teraz –  że życie to raczej jej „dokopuje” i rzuca kłody pod nogi.

Pani Jolanta Pawlak wylosowała wskazane przez siebie mieszkanie – mówi Tomasz Klek rzecznik miasta do spraw mieszkalnictwa – zgłosiła się do pracowników po losowaniu, otrzymała druki dokumentów do wypełnienia potrzebne do sporządzenia skierowania i umowy o prace remontowe. Teraz kompletuje zaświadczenia o dochodach i z Urzędu Skarbowego. Czekamy na dostarczenie dokumentów. Poinformowana została też o konieczności wpłaty kaucji i ubezpieczeniu prac remontowych. Czekamy na komplet dokumentów – mówi rzecznik.

Brzmi jak piękne i dobre zakończenie bajki. Takiej, w której było sporo okrucieństwa i nieszczęścia, jednak finał jest szczęśliwy i, jak to w bajce tchwięzienie

nącej optymizmem – będą mogli wyprowadzić się z mieszkania należącego do byłego partnera, ojca dzieci pani Jolanty.

Już teraz pytają, czy wróci i kiedy wróci – mówi pani Jolanta – boją się, to mieszkanie tutaj to dla nich same złe wspomnienia.

Opowiada o nich, ale nie chce aby je publikować. Nie, ze względu na dzieci. Chroni je i dopiero teraz, gdy były parter jest w więzieniu, zaczynają normalnie żyć, paradoksalnie, wtedy gdy dopadła ją choroba zaczynają normalnie żyć…

„Normalnie” to znaczy pierwszy raz w życiu płynęli statkiem ona i dzieci, i pierwszy raz w życiu byli na karuzeli – ona i dzieci. Choć chcieli spróbować tego „szaleństwa” z kręceniem, to tego już nie powtórzą. O nie, na pewno. Ale dziś to właśnie z takich drobiazgów, dla wielu – oczywistych rzeczy i doświadczeń – składa się ich życie.

Oni chcą 67 tysięcy na remont – głos pani Joli nie brzmi jak z bajki – a skąd ja wezmę tyle pieniędzy, przecież nie wezmę kredytu, bo mi nikt go nie da – rzeczywiście rodzina pani Joli, czyli ona i jej troje dzieci, nie ma dochodów. Utrzymują się z zasiłku rodzinnego, pieniędzy z funduszu alimentacyjnego,  500+ oraz doraźnych zasiłków z Pomocy Społecznej –  To mieszkanie jest w takim stanie, że ja się zaraz mogę z dzieciakami wprowadzać. Na pewno nie trzeba remontu za tyle pieniędzy.

Tyle pieniędzy,  bo mieszkanie jest ogromne – 130 metrów kwadratowych –  i choć jego stan rzeczywiście nie wskazuje na pilny remont, to takie są zasady przydziału mieszkań do remontu. Wprowadzić możesz się wtedy, gdy zrobisz remont lub zdecydowaną jego  większość. Pani Jola już zrobiła wstępne rozeznanie, kto może pomóc jej finansowo, ale to zaledwie około 10, może 12 tysięcy złotych.

Oczywiście 67 tysięcy to szacowany koszt remontu. Oblicza go ZBiLK na podstawie średnich cen materiałów i usług, ale jeśli malowanie ścian zrobi jakaś „złota rączka”, która zechce pomóc,  a zdzieranie tapet odbędzie się w ramach przyjacielskiego spotkania, to koszty będą zdecydowanie niższe.

Mieszkanie jest duże, każdy dzieciak miałby swój pokój – tłumaczy pani Jola – zawsze im mówię, że mają trzymać się razem, jak mnie nie będzie,  to też tu mogą mieszkać, każde na swoim.

Plany są dalekosiężne. Dziś dzieci pani Joli  maja  15 lat – Mateusz,      13-ście  Sandra i 11-ście Kamil. Ale pani Jola nie ma czasu, stad to sięganie w ich dorosłe życie.

– Cały czas mam tą nadzieje i modle się do tego Boga, żeby mi chociaż te trzy lata dał, bo syn jak będzie miał te osiemnaście lat, to będę po prostu walczyć o to, żeby przejął  opiekę nad tymi młodszymi, bo ja z nimi na ten temat rozmawiałam i on powiedział, że z chęcią się nimi zajmie – mówiła mi kilka miesięcy temu. Na swój sposób chce zabezpieczyć przyszłość dzieciom, a mieszkanie to jedna z tych ważniejszych rzeczy, które chce im zapewnić.

 

 

Czy potrzebne aż tak duże? Jej zdaniem tak. Czy je będzie w stanie utrzymać? Jej zdaniem tak. Nawet jeśli byłoby mniejsze, też trzeba zebrać pieniądze na remont, bo rodzina nie ma nic.

Czasu jest coraz mniej nie tylko ze względu na chorobę pani Joli, również dlatego, że jej były partner wychodzi na wolność w maju przyszłego roku. Formalnie ma prawo wrócić do swojego mieszkania.

Potrzebna bardzo pilna pomoc, finansowa, rzeczowa , a może znajdzie się fachowiec od malowania, kafelkarz czy po prostu „złota rączka” z wielkim sercem i zechce pomóc.

10.01.2019                                                        Pani Jola odeszła…

Prosiła Boga tylko o 3 lata, żeby najstarszy syn skończył 18 lat i przejął opiekę nad młodszym rodzeństwem.  Zabrakło dwa i pół roku… 28 grudnia zmarła Jolanta Pawlak, jedna z bohaterek naszych reportaży.

To miała być kolejna chemioterapia. Pod koniec grudnia ubiegłego roku poszła do szpitala, jak zwykle zostawiając dzieci pod opieką znajomej. Nie wróciła. Choć prosiła Boga, aby od diagnozy dał jej chociaż trzy lata życia, to Bóg miał inny plan. Nie zdążyła zabezpieczyć dzieci.

Po każdej chemii na pytanie: „jak się pani czuje”, Jolanta Pawlak odpowiadała mi: „dobrze, można powiedzieć coraz lepiej, ale co to będzie, kto tam wie”.

Raka zdiagnozowano u niej w marcu ubiegłego roku, tuż przed świętami Wielkanocnymi. Czuła się słabo, gorączkowała, w końcu zasłabła i trafiła do szpitala.

Problemy zdrowotne pani Jolanta miała od lat.  A to mdłości, a to ból  żołądka, a to osłabienie,  a to ból brzucha. Kolejne wizyty u lekarza rodzinnego nie przynosiły oczekiwanej poprawy, co więcej, w dość nieprzyjemny sposób sugerował on pani Joli, że powinna schudnąć.

Marcowe, gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia zbiegło się z jej  41 urodzinami, więc jak przyjmujące ją na oddział kobiety zobaczyły datę urodzin, to natychmiast zinterpretowały to – trochę żartem, trochę z przekąsem – że nieźle zabalowała, skoro w takim stanie trafiła do szpitala.

I wówczas jej dzieci trafiły pod opiekę znajomej. Po trzech dniach, bez postawienia ostatecznej diagnozy, ale z podejrzeniem silnej anemii, pani Jola wypisała się ze szpitala na własne życzenie. Zależało jej, by być z dziećmi.

No i później znowu dostałam, było to w piątek, silną gorączkę – mówiła mi pani Jola – prawie 40 stopni. Zostałam z powrotem zabrana do szpitala. Miałam transfuzje krwi, chyba już jestem po piątej transfuzji krwi, ponieważ organizm już w ogóle nie produkował tej krwi, nie miałam siły chodzić, na nic nie miałam siły, byłam osłabiona  i doszli z badań, które mi porobili, że mam nowotwór złośliwy w czterech miejscach z przerzutami.

Świat runął.

Diagnoza przyszła w chwili, gdy powoli układali sobie życie, wychodzili na prostą.  Jej partner, oprawca, siedział w więzieniu i miał zakaz zbliżania się do rodziny. Dzieci po miesiącach terapii wracały do równowagi, planowana była przeprowadzka, a w sądzie rodzinnym leżał wniosek o zdjęcie nadzoru kuratorskiego nad panią Jolantą, jako niewydolną wychowawczo matką.

Pierwsze dwa dni to powiem…– mówiła mi wówczas pani Jola –  żal mi było po prostu tych dzieci,  bo tam z tym rakiem, to już bym się po prostu pogodziła, tylko mi żal tych dzieci, że same po prostu zostaną (…).  I cały czas mam tą nadzieje i modle się do tego Boga, żeby mi chociaż te trzy lata dał, bo syn jak będzie miał te osiemnaście lat, to będzie po prostu walczyć o to, żeby przejął  opiekę nad tymi młodszymi, bo ja z nimi na ten temat rozmawiałam i on powiedział, że z chęcią się nimi zajmie.

Zalecona terapia przynosiła efekty. Pani Jolanta miała coraz więcej energii i coraz większą wolę walki o przyszłość dzieci.  Wniosek o przydział mieszkania do remontu, został pozytywnie zaopiniowany i pani Jolanta wybrała ogromne, 130-metrowe mieszkanie.

Dzieciaki były nim zachwycone.

Każde miałoby swój pokój, a w przyszłości, jak dorosną, mogliby mieszkać wspólnie ze swoimi rodzinami. Taki plan miała pani Jolanta.

Kosz remontu Zarząd Budynków i Lokali Komunalnych oszacował na ponad 60 tysięcy złotych, ale mimo to pani Jola zdecydowała się podpisać umowę i tak też się stało 27 listopada ubiegłego roku. Miała osiem miesięcy na to, by rozpocząć remont. Wierzyła, że z pomocą dobrych ludzi, szkoły do której chodziły jej dzieci i Pomocy Społecznej, ten plan może się udać.

„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość” – mawiał reżyser i scenarzysta Woody Alen i tak, choć to gorzka refleksja,  zadziało się w tym przypadku.

Bóg, w którego wierzyła pani Jola, modliła się do niego,  zrealizował swój plan. Ten, który miał dla niej przygotowany.

Jolanta Pawlak została pochowana w swojej rodzinnej miejscowości pod Włocławkiem. Dzieci były obecne na pogrzebie. Potem wróciły do Szczecina i przez kilkanaście dni były pod opieką babci, matki ojca. Choć to szokująca decyzja w ocenie osób, które miały kontakt z panią Jolą, to było to jedyne możliwe rozwiązanie, zanim machina urzędowo – sądowa nabrała rozpędu.

W tak zwanym międzyczasie okazało się, że wniosek o wycofanie kuratora sąd rozpatrzył pozytywnie i nie było nikogo z dorosłych, kto mógłby zająć się dziś 16-letnim Mateuszem, 14-letnią Sandrą i 12-letnim Kamilem.

Teraz decyzją Sądu Rodzinnego trafią pod opiekę brata pani Joli – tłumaczy Maciej Homis z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Szczecinie – wyraził taką chęć, już wcześniej dzieci przebywały tam przez kilka tygodni. Teraz właśnie jadą do wujka, który będzie ich rodziną zastępczą.

Dotyczy to dwójki młodszych dzieci – Kamila i Sandry. Z ich starszym bratem, 16-letnim Mateuszem, sytuacja się skomplikowała. Nastolatek ma problemy zdrowotne. Tyle można powiedzieć. Na razie trafi do placówki opiekuńczej. Co dalej, zależy od diagnozy.

Podczas każdej z naszych rozmów Pani Jola opowiadała  o drobiazgach, z których teraz składało się jej życia.

Paciorek do paciorka układała swój sznur korali codzienności. Paradoksalnie, wtedy gdy dopadła ją choroba zaczynali normalnie żyć… Po raz pierwszy w życiu była w kinie, po raz pierwszy płynęli statkiem i pierwszy raz w życiu byli na karuzeli – ona i dzieci. Właśnie z takich drobiazgów, dla wielu – oczywistych rzeczy i doświadczeń – składało się jej życie.

Zapamiętam ją jak z błyskiem w smutnych zwykle oczach, opowiadała, że właśnie przechodząc na badania z jednego budynku do drugiego,  widziała rozwijające się wiosną listki.

Miały taką delikatną i soczystą zieleń…

Pani Joli już nie ma…

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz