Julka pierwsze miesiące we własnym domu.


Data dodania: 19-08-2020 r.
Ilość wejść: 3 188.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

       Adoptowana decyzją sądu z września 2019.

To już rok,  jak jesteśmy razem, no bajka to to nie była.  Gdybym jej tak nie kochała, to nie wiem, czy nie poddałabym się. Wykonałyśmy ogrom pracy i ja i Ona. Przesunęła granice mojej cierpliwości o lata świetlne. A efekt, Julka która prawie nie czytała, liczyła do 10 i to na palcach, skończyła 4 klasę szkoły masowej z ” czerwonym paskiem”. No i od paru dni jest z nami Jagódka, przyjaciółka Julki z Domu Dziecka. Bardzo chciała być z nami, Julka przy niej staje się łagodnym człowiekiem, a ja … ja chciałabym, żebyśmy już na zawsze były razem. Nigdy nie narzekałam na brak zajęć, zawsze byłam w biegu, robiłam karierę, ale dopiero teraz życie ma sens.

Dostałam od losu ” diabełka” nie dziecko – żywioł, nieokiełznanie, zadziorność, skłonność do bijatyk i częste mijanie się z prawdą. Zdarzają się jeszcze napady agresji, ale nad tym umiemy już panować, bez leków. Nawet nie chcę myśleć, przez co przechodziła i jaką pracę musiała wykonać Wiktoria, poprzednia opiekunka Julki, prowadząca Rodzinny Dom Dziecka w momencie, kiedy Julka do niej trafiła, bezpośrednio z domu biologicznego. Nieodmiennie mam dla niej ogromny szacunek. Dla Julki z kolei przemodelowałam całe swoje życie.

Pierwsze nasze miesiące razem były cudowne. Julka umie oczarować każdego, jak chce jest słodką, młodziutką dziewczynką. Zaskarbiła sobie sympatię całej naszej rodziny. Była córeczką z marzeń do rozprawy adopcyjnej, potem postanowiła sprawdzić, czy rzeczywiście jest moją córką i będę ją kochała, bez względu na to, jak będzie się zachowywała. Bywało ciężko. Ogromne wsparcie dostałam od Wiktorii, opiekunki Julki z Domu Dziecka, często dzwoniłam do niej po poradę i zawsze ją otrzymywałam. W zasadzie wszystkie rady i metody, które powielałam po Wiktorii działały bezbłędnie. Na przykład klasyczny bałagan w pokoju. Nie  żebym ja, jakąś pedantką była, ale żeby zwyczajnie robaki się nie zalęgły. Proszę, tłumaczę, tygodnie mijają, do pokoju coraz trudniej wejść. Dzwonię do Wiktorii, mówię, musi być jakiś sposób. W odpowiedzi słyszę,

– ja  mówię max 3 razy, potem informuję, że sama zrobię porządek, wejdę do pokoju i zabiorę wszystko, co leży na środku i oddam innym dzieciom, które na pewno ucieszą się z tych rzeczy.

Mówię, dobrze zrobię tak  samo. Natychmiast usłyszałam od Julki, że się nie odważę, żebym nie robiła jak ciocia Wiktoria. Machina ruszyła, pozbierałam najcenniejsze skarby ze środka i wyniosłam z domu. Z dumą stwierdziłam, działa. Dzwonię do Wiktorii triumfalnie, a tu słyszę, to teraz wejdź do pokoju i otwórz szafę, potem odsuń łóżko i powiedz, że tam, to już ona sama musi sprzątnąć. Nie chce pani wiedzieć, co tam było!

To już nawet nie chodzi o Julkę, Wiktoria przepuściła przez swój Rodzinny Dom Dziecka bardzo wiele, bardzo różnych dzieci, do każdego musiała znaleźć dojście, indywidualny klucz, zna dzieci specyficzne, dzieci z traumami, lękami, z nadzwyczaj rozwiniętym instynktem samozachowawczym, umiejące przystosować się do każdej sytuacji, a w środku bardzo samotne i nierozumiane. Takie osoby jak Wiktoria, pracujące latami z dziećmi trudnymi, to skarbnica wiedzy, empatii i życiowej mądrości. Nikomu nie umniejszając, godziny u psychologów nie dały mi tyle, co rozmowy z Wiktorią.

Na początku zapisałam Julę do bardzo dobrej szkoły integracyjnej, żeby łatwiej było jej zaadoptować się w nowym miejscu, z dala od wszystkich miejsc w których żyła i które znała. W końcu, przeniosła się dokładnie na drugi koniec Polski, znając jedynie mnie. Jednak dojazdy zabierały nam bardzo dużo czasu, a i tak w domu pracowałyśmy drugie tyle. Zdecydowałyśmy, że spróbuje uczyć się w szkole masowej, blisko domu. Przyjęli ją bez problemu, bo oceny z poprzedniej szkoły miała bardzo dobre. Chwilę pochodziła i zaczęła się pandemia. Nie tylko Julka przestała chodzić do szkoły, ja również musiałam zostać w domu. Miałyśmy mnóstwo czasu dla siebie i na naukę. Codziennie, sumiennie siadałyśmy na parę godzin do lekcji, uczyłyśmy się razem. Okazało się, że Jula bardzo lubi historię i przyrodę, wiem, że z tych przedmiotów nie muszę jej sprawdzać, bo uczy się z przyjemnością i to dużo więcej, niż od niej wymagają. Za to matematyka to już masakra. Ma z niej dobre oceny, ale tylko dlatego, że masę czasu na nią poświęcamy. Pandemia zrobiła Julce bardzo dobrze. Skończyła szkołę z czerwonym paskiem, była bardziej zaskoczona, niż dumna z siebie. Nie wierzyła, że może tak wiele osiągnąć. Ile tego zostanie na „po wakacjach” zobaczymy,  ze strachem myślę, co będzie jak wróci do klasycznej szkoły.

Jej kontakty z rówieśnikami, to odbezpieczony granat. Nigdy nie wiadomo kiedy wybuchnie. Z początku jej bytności w szkole, nie było tygodnia, nieraz dnia, żebym nie była wzywana na rozmowę. Ma charakter wojownika i przywódcy, ale też chętnie wciela się w postać pokrzywdzonej, małej dziewczynki. Na przykład raz zostałam wezwana przez panią psycholog, która starała się bardzo, bardzo delikatnie zapytać mnie, czy byłby problem, gdybym dawała Julce więcej drugiego śniadania do szkoły. Mało pod ziemię się nie zapadłam ze wstydu, mówię, że Julka sama robi sobie śniadanie do szkoły z tym co lubi i ile potrzebuje, nikt jej nie wydziela jedzenia. Okazało się że mojemu dziecku nie chciało się robić sobie jedzenia i w szkole, szła do pani i mówiła, że jest głodna, bo mama nic jej nie dała do szkoły.

Ponarzekałam, bo były momenty, że bez wsparcia z zewnątrz nie dawałam rady, ale nie wyobrażam sobie teraz życia bez Julki. Całe swoje życie jej podporządkowałam, żeby miała poczucie stabilizacji, że ma dom na zawsze, taki z ciepłym obiadem wspólnie zjedzonym, z mamą , która ma dla niej czas. Pokochała muzykę  której słucham, ja staram się odkrywać jej marzenia. Jak szła do szkoły na parę godzin, tęskniłam za nią. Jak  z kolei ja, pojechałam na rozprawę w sprawie Jagódki, co 5 minut dzwoniła i pytała gdzie jestem, co robię, co jem, kiedy wracam. Nie wiem, czy na pewno już mnie kocha, choć zapewnia mnie o tym często, ale z całą pewnością jestem dla niej ważna i boi się o mnie. A ja, nie myślę o sobie jako o mamie adopcyjnej, jestem normalną mamą, oddaną własnemu dziecku, a dziecko mam trochę trudniejsze niż inne. Mój dom jest teraz zdecydowanie inny niż dawniej. Ciągle coś się dzieje, jest tyle do zrobienia, tyle pożarów do ugaszenia, tyle tematów do przegadania, spraw do wyjaśnienia. Dom bez dzieci jest domem smutnym. Nasz tętni życiem i oby nigdy to się nie zmieniło.

cdn.

Chcę pomóc

Liczba komentarzy: 3.

Dodaj komentarz