Justyna, Darek, Adaś i ich rodzice.


Data dodania: 20-09-2019 r.
Ilość wejść: 1 601.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

pomogli Adoptowani decyzją sądu z sierpnia 2019.

Justyna, Darek i Adaś już pełnoprawni członkowie, zakochanej w nich rodziny z południa Polski. To nasze pierwsze dzieci z zakończoną procedurą adopcyjną, które znalazły kochający dom. Wiem, że wszyscy patrzyli z niedowierzaniem, kiedy jechałam do rodzinnego domu dziecka, żeby poznać i przedstawić 3 nastoletniego rodzeństwa.  A potem był telefon.

– Pani redaktor, czy ktoś stara się o To rodzeństwo? Za parę dni kolejny telefon.

– Pani redaktor, cały czas myślimy o Tych dzieciach…,

– Pani redaktor, już jesteśmy zdecydowani, ale musimy się z tym jeszcze przespać. Jak za tydzień nie zmienimy decyzji, to wtedy proszę przesłać naszego maila do Ośrodka Adopcyjnego dzieci. Dopóki w 1000 % nie będziemy pewni, tak na całe życie, nieodwracalnie,  na zawsze, to nie chcemy robić zamieszania.

Zgoda, oczywiście zgoda. Choć tak bardzo, chciałam już przekazać sprawę Ośrodkowi Adopcyjnemu…

Po kolejnym  tygodniu.

– Pani redaktor, chcemy się starać o To rodzeństwo, mamy wrażenie, że to nasze dzieci, Justynka do mnie podobna, a Darek to skóra z męża ściągnięta. Chcieliśmy młodsze dziecko, ale na to, może przyjdzie czas później, dziś chcemy powalczyć o Justynkę, Darka i Adasia, co musimy teraz zrobić, żeby rozpocząć procedurę, my oczywiście mamy wszystkie wymagane szkolenia i kwalifikacje na rodziców adopcyjnych.

– Musicie Państwo zgłosić się do Waszego Ośrodka Adopcyjnego, który w Waszym imieniu będzie rozmawiał z Ośrodkiem Adopcyjnym, który opiekuje się dziećmi. Ja ze swojej strony przesyłam naszą korespondencję do Ośrodka Adopcyjnego dzieci i dalej, już Ośrodek będzie się z Państwem kontaktował. Machina ruszyła. Rozpoczęła się mozolna praca Ośrodków Adopcyjnych. Jedni przypatrują się, sprawdzają jeszcze raz potencjalnych rodziców, mimo, że ci mają wszystkie wymagane kwalifikacje,  drudzy z  detektywistyczną dokładnością analizują dokumenty dzieci i dobrze, i tak powinno być, ważą się losy wielu, bardzo wielu ludzi, nie tylko 3 stęsknionych dzieci i ich potencjalnych rodziców. Szczególne podziękowania należą się Ośrodkowi Adopcyjnemu „Mam Dom ” w Szczecinie, ogrom pracy wykonali, żeby się nie pomylić, żeby być pewnym, że to właśnie ten dom, ci ludzie są rodzicami ich dzieci. Krok po kroku, etap po etapie rodzice zbliżali się do dzieci, dzieci czuły, że coś się dzieje, choć oczywiście do ostatniej chwili nie wiedziały, że chyba będą miały dom , swój dom, a Adaś będzie miał w końcu takie samo nazwisko jak brat i siostra.

A jak to wyglądało z perspektywy dzisiejszych już rodziców rodzeństwa?

– Przeczytałam artykuł, pomyślałam fajne dzieciaki, szkoda, że takie duże. Następnego dnia wróciłam do niego, przemknęło mi, że pasowałyby do nas. Potem poprosiłam, żeby mąż przeczytał, powiedział fajne, ciekawe, czy ktoś się po nie zgłosi? Tak chodziliśmy przez parę dni. Dojrzewaliśmy, napiszemy, zapytamy, przecież to jeszcze nie ostateczna decyzja.

– Byliśmy świeżo po szkoleniu, po kwalifikacjach, po wszelkich wymaganych procedurach. Jak my teraz powiemy w swoim Ośrodku Adopcyjnym, że zgłaszaliśmy gotowość przyjęcia 2 małych dzieci, a rozważamy adopcję 3 nastolatków, wygonią nas, zabiorą kwalifikacje.

– Napisaliśmy, że może, że jeszcze nie wiemy, że się zastanawiamy. Jedyne co wiedzieliśmy na 100% to to, że ostateczną decyzję musimy podjąć przed ewentualnym spotkaniem z dziećmi. Jak już pojedziemy, to po dzieci, a nie poznać dzieci i dopiero potem decydować. Są za duże, żeby pokazać się, porozmawiać i wyjechać mówiąc „nie, jednak nie”. Nie wyobrażaliśmy sobie takiej sytuacji, musiał nam wystarczyć opis i zdjęcia dzieci z artykułu, no i oczywiście dokumentacja i to co mogli nam powiedzieć w Ośrodku Adopcyjnym dzieci. Reasumując dojrzewaliśmy do decyzji, dyskutowaliśmy, nie spaliśmy. W końcu tak się dopasowywaliśmy do dzieci, że doszliśmy do wniosku, że przecież są nawet do nas podobne. No i machina ruszyła.

Paulina 33 lata, parę dni temu obroniła pracę doktorską z technologii żywności. Z wykształcenia technolog żywienia, ale i pedagog. Pracuje w dużej międzynarodowej firmie chemicznej.

Kamil 34 lata też technolog żywienia. Kierownik w firmie produkującej żywność.

–  Pierwszego spotkania, to nawet dokładnie nie pamiętam, tak byliśmy zdenerwowani. My dzieci znaliśmy, no chociaż tyle co ze zdjęć, z artykułu, z dokumentów z Ośrodka Adopcyjnego, wiedzieliśmy do kogo jedziemy, wiedzieliśmy kogo się spodziewać, w zasadzie już zakochani, już zdecydowani, już z podjętymi decyzjami, a one zobaczą 2 obcych ludzi, co będzie jak nas nie zechcą.

– Jesteśmy otwartymi ludźmi, wesołymi, może aż za bardzo, ale wtedy na pewno nie było nam do śmiechu.

– Szczęśliwie dzieci nas zaakceptowały. Też były zdenerwowane, nie wiedziały, że my już podjęliśmy decyzję, były przekonane, że dopiero im się przyglądamy i od tej wizyty będzie zależała ich przyszłość. Są takie chwile w życiu, kiedy człowiek wie, że od teraz wszystko już będzie inaczej.

– Po tej pierwszej wizycie, co tydzień, przez 3 miesiące( bo wszyscy zdecydowali, żeby dzieci skończyły dotychczasową szkołę, żeby nie zmieniać  im szkoły miesiąc czy dwa przed wakacjami, normalnie ten pierwszy okres trwa dużo krócej)  jeździliśmy więc do nich ponad 400 kilometrów w jedną stronę i odwoziliśmy je po 2 dniach. Potem po decyzji sądu, zabraliśmy je już na stałe do domu. Po 2 miesiącach wspólnego mieszkania, odbyła się pod koniec sierpnia ostatnia, końcowa rozprawa adopcyjna. Jesteśmy rodziną.

– Dodam, że przez te 3 miesiące, kiedy odwoziliśmy dzieci do rodzinnego domu dziecka, codziennie dzwoniliśmy do nich i rozmawialiśmy z każdym po kilkadziesiąt minut. Myślę, że nikomu tak nie zależało na jak najszybszym przekazaniu nam dzieci, jak ich dotychczasowym opiekunom. Nie dość, że już wiadomo, że dzieci oddają, to jeszcze mieli nas co tydzień na karku, a potem permanentnie zablokowany telefon.

– Bardzo się cieszyłam, że mają taki dobry kontakt. Widziałam, jak dzieci czekały na te telefony, no, ale żeby godzinami, przed snem, każdemu z osobna, takim dużym koniom, bajki na dobranoc przez telefon czytać – mówi pani Renata, były już opiekun prawny rodzeństwa. Na początku obawialiśmy się, że tacy młodzi, czy dadzą sobie radę z 3 nastolatków, ale bardzo szybko okazało się, że ten ich wiek okazał się wielkim atutem. Nam już nie starczyłoby siły, żeby ciągać się z nimi po parkach linowych, trampolinach, czy innych takich, a oni nie dość, że dali radę, to widać było, że sprawia im to nie mniejszą radość niż dzieciakom. Bardzo, ale to bardzo spodobało nami się, że przyjechali z już gotowym pomysłem na tą swoją nową rodzinę. Okazali się mądrymi, odpowiedzialnymi ludźmi z ogromnym dystansem do siebie i świata. Po pierwszej wizycie wiedzieliśmy, że to idealni kandydaci dla naszej trójeczki. Na wstępie powiedzieli nam, że od momentu, kiedy przedstawią się dzieciom, to już ich nigdy nie zostawią.

Jestem przeszczęśliwa, 3 rodzeństwa i to w sumie nastolatków, w ciągu miesiąca od ukazania się artykułu znalazła rodzinę. Miałam kiedyś pod opieką też 3 rodzeństwa, młodszego, udało się znaleźć rodzinę, ale oczywiście za granicą, wyjechali do Stanów Zjednoczonych. W Polsce, wyzwanie praktycznie nie do zrealizowania mimo, najszczerszych działań Ośrodków Adopcyjnych. Trzeba było widzieć dzieciaki po pierwsze w momencie, kiedy mówiłam im, że przyjeżdżają do nich ludzie, którzy zakochali się w opowieści o nich. Ja chyba wtedy, po raz pierwszy widziałam tak naprawdę, szczerze, pełną buzią i oczyma uśmiechniętego Adasia. Wszyscy staliśmy zafascynowani tym, że chłopczyk umie się śmiać. Darek był kompletnie spakowany do przeprowadzki, gdzieś po miesiącu wizyt rodziców u nich. Justyna dopinała sprawy na miejscu, wszystkim opowiadała o swoim nowym życiu, takim już na zawsze.

Pod konie sierpnia odbyła się końcowa sprawa adopcyjna Justyny, Darka i Adasia.

Rodzeństwo już z nowym nazwiskiem od 1 września poszło do nowej szkoły. Chciałoby się napisać ” i żyli długo i szczęśliwie”, ale wrócimy jeszcze do nich, za jakiś czas.

cdn.

Chcę pomóc

Liczba komentarzy: 4.

Dodaj komentarz