Karolina Sawka


Historia została dodana: 22-01-2017 r.
Ilość wejść: 1 504.

 Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz


Dziewczyna  żywioł, pięknie śpiewa, nieźle pisze i wszystkich , absolutnie wszystkich czaruje sobą. Ma to coś , dane niewielu, co sprawia, że człowiek grzeje się w ciepełku jej uroku, jej podejścia do świata, otwartości na wszystko co nowe, co do zdobycia, jej zachłanności życia.  Studentka psychologii, wolontariuszka, hojnie obdarowana przez naturę , ale nikt, absolutnie nikt nie może mieć wszystkiego………. Karolina też nie.

 

 

 

 

 

25.02.2017

Gdy dwoje młodych ludzi, zakochanych, wykształconych, zawodowo spełnionych czeka na dziecko, cały świat się do nich uśmiecha. A i oni z głowami pełnymi marzeń śmiało patrzą w przyszłość. Żadnemu z nich nie przychodzi do głowy, żeby się przebadać, po co, przecież są zdrowi, a zresztą, gdyby były wątpliwości,  może nie zdecydowaliby się na dziecko, gdyby jakieś wcześniejsze badania, jakieś usg wskazywało, że coś jest nie tak, może szukaliby pomocy wcześniej …  tymczasem Karolina to cały ich  świat, szczęście, duma i wszystko to co czują kochający rodzice. A ona, piękna, niezwykle bystra, empatyczna młoda kobieta, czy wolałaby …. nie być, nie istnieć, mimo wszystko kocha życie, mimo wszystko jest szczęśliwa z małymi przerwami na smuteczki, łzy, ból i poczucie niesprawiedliwości, też ma głowę pełną marzeń, planów… jeśli tylko zdrowie pozwoli…  

Dziecko rodzi się o terminie, z normalna wagą,  mama w „przelocie” widzi malucha,  głowa, ręce, nogi są, tradycyjnych paluszków nie zdążyła przeliczyć,  ale gdy pyta czy wszystko w porządku, lekarz tylko macha ręką i dziecko zabierają. Następnego dnia zamiast córeczki przyszła pani doktor, nie miała dobrych wieści . 

–  Achondroplazja, choroba kryjąca 50 odmian, naszemu dziecku przypadła w udziale ta najgorsza, dysplazja kręgosłupowo – nasadowa, wersja postępująca, z definicji nie rosną kości długie, a cała reszta rozwija się normalnie, wszystkie organy wewnętrzne. Nie umiano nam powiedzieć jak dziecko będzie się rozwijało, ani fizycznie, ani intelektualnie, zresztą nie miało to specjalnie znaczenia, ponieważ nikt nie przewidywał długiego życia. I w tej kwestii lekarze też nie byli zgodni od paru dni do kliku miesięcy, tyle miała żyć nasza córeczka. Jak wszyscy rodzice dzieci niepełnosprawnych rozpoczęliśmy bój najpierw o życie, potem o zdrowie Karolinki. Kliniki, szpitale, lekarze w Polsce i całej Europie. Byliśmy młodymi, normalnymi ludźmi na starcie, 20 parę lat temu, przy zamkniętych granicach, szukać pomocy dla tak ciężko chorego dziecka naprawdę nie było łatwo. Do Paryża, do Kliniki która kompleksowo zajęła się Karoliną i podjęła się jej zoperowania jeździliśmy pożyczonym od obcych ludzi samochodem. Zdarzyło się, że transportowaliśmy dziecko  helikopterem pogotowia lotniczego, bo transport tradycyjny był zbyt niebezpieczny,  a każde kolejne urodziny świętowaliśmy jak zwycięstwo w wielkiej bitwie. Malutka Karolina rosła nieświadoma swojej inności.

 

7.03.2017

Rosła wolniej niż rówieśnicy, dużo wolniej. Szpitale, operacje, ból to była jej codzienność nie znała innego życia więc i specjalnie nie buntowała się. Dziś 23 letnia kobieta osiągnęła wzrost 2-letniego dziecka, zatrzymała się gdzieś na granicy 97 centymetrów i to po kilku prostujących kręgosłup operacjach. Przeszła ich  8, większość to te z kategorii ratujących życie. Przez 8 lat nosiła gorset ortopedyczny,  zimą i latem, w nocy i podczas zabaw z rówieśnikami. Karolina nie pamięta dzieciństwa bez gorsetu, a mimo to skrzywienie kręgosłupa wynosiło 100%.
Kilkulatka nie bardzo zaprzątała sobie tym głowę, miała za dużo planów, żeby zastanawiać się nad tym czego zmienić nie mogła. Zwłaszcza, że nikt nie zabronił jej prawie normalnego korzystania z uroków codzienności. Dzięki swojej żywiołowości, ale jednocześnie niezwykle cennej na podwórku umiejętności negocjacji była niekwestionowanym hersztem wszystkich okolicznych dzieciaków. Uczyła się w masowej szkole, w której wszyscy ją znali od zawsze i akceptowali bez zastrzeżeń. No może mama nie do końca spełniała jej oczekiwania, pracowała w szkole jako nauczyciel nauczania początkowego i tuliła wszystkie dzieci tak samo mocna jak ją, to nie do końca było fair. To mama pilnie ją obserwowała i wyłapywała natychmiast kierunki jej zainteresowań, podpowiadała, motywowała, organizowała zajęcia. Szybko okazało się, że Karolina ma duży potencjał nie tylko intelektualny, jest niezwykle pracowita i konsekwentna.

– Staraliśmy się nie przelewać na córkę naszych niepokojów, naszego przerażenia. Owszem słyszała co w szpitalach i na wizytach mówili lekarze, rozumiała i stosowała się do zaleceń. Oczywiście była mocno ograniczona fizycznie, ale poza tym miała swoje małe, zwyczajne, szczęśliwe życie, swoje koleżanki, tajemnice, sprawy nie cierpiące zwłoki. A my stawaliśmy przed decyzjami, które mogły to wszystko zniweczyć, zabrać jej nawet to, nawet takie niedoskonałe… Operacje … kręgi szyjne, mocno zdeformowane, w każdej chwili grożące zerwaniem rdzenia kręgowego i śmierci. W Polsce nikt nie chciał się podjąć takiej operacji, zbyt trudna, zbyt niebezpieczna, dziecko za małe … między brodę a klatkę piersiową nie dało się wcisnąć 2 palców, a miano tam operować 2 kręgi. Zadania podjęli się lekarze z kliniki w Paryżu, wiedzieliśmy czym to grozi, decyzja i odpowiedzialność za życie naszego dziecka spoczywała na nas. Potem biodro,udo… potem cały kręgosłup od szyi po kość ogonową  i znowu w Polsce mogę spróbować, ale żadnych gwarancji. Ponownie łańcuszek życzliwych, pomocnych osób i Karola znalazła się w klinice w Erlangen w niemieckiej Bawarii. Po raz kolejny setki dokumentów do podpisania , że wyrażamy zgodę, że jesteśmy świadomi zagrożenia. Półtora miesiąca i 2 operacje, cały kręgosłup zaimplantowany, cale plecy metalowe. Dla nas to były najtrudniejsze, najbardziej traumatyczne chwile, dni, tygodnie w życiu. Nasza dziewczynka wszystko dzielnie  zniosła.

Szpitale, szpitalami, a w międzyczasie życie toczyło się wartko. Za namową mamy i trochę lekarzy zaczęła śpiewać. A jak Karolina coś robi to na 100% więc pojawiły się  festiwale. Ten pierwszy i najważniejszy to Festiwal Zaczarowanej Piosenki w Krakowie zorganizowany przez Annę Dymną. Och działo się, stroje, makijaże, flesze aparatów fotograficznych, kamery , prawdziwa scena i gwiazdy, a wśród nich Karolina, zjednująca sobie sympatię wszystkich, nieustannie uśmiechnięta, skromna, życzliwa, a jak zaśpiewała to wygrała. W kolejnych latach też plasowała się wysoko. Przygoda życia, nie jedyna.

 

17.03. 2017

Karolina zorientowała się, że wolniej rośnie gdzieś na początku szkoły podstawowej. Z roku na rok ta różnica dramatycznie rosła, z pola widzenia straciła najpierw twarze, potem okolice barków, klatki piersiowe, brzuchy, no cóż teraz jest na poziome w najlepszym wypadku paska do spodni. Bywa, że musi bardzo się pilnować, żeby powstrzymać śmiech widząc zakłopotanie rozmówcy, w końcu to nie jej wina, że nie urosła. Niestety częściej niż zabawnie jest po prostu niebezpiecznie, nie może sama poruszać się po mieście, zwykłe przejście przez ulicę to igranie z losem, równie duże zagrożenia czyhają na  parkingach przy centrach handlowych, zwyczajnie nie widać jej znad maski samochodu, nie wsiądzie do tramwaju czy autobusu. Spieszący się ludzie też bywają nieuważni, ale Karolina radzi sobie, nie zamyka się w domu.

Mało tego porywa się na rzeczy, na które  niejeden pełnosprawny nie zdecydowałby się.

– symboliczne przecięcie pępowiny nastąpiło, kiedy Karolina miała 15 lat – wspomina mama – wyjechała do Australii.

Wszyscy bardzo przeżywaliśmy tą jej pierwszą samodzielną podróż i to od razu na drugi koniec świata.  Karola miała spędzić trochę czasu z naszą żeglarką i podróżniczką Nataszą Caban na  jachcie u Wybrzeży Wysp Kokosowych. Towarzyszyła jej w drodze tylko jedna, zupełnie obca osoba z Fundacji Anny Dymnej ” Mimo wszystko”, która nigdy wcześniej nie widziała naszej córki. Mieliśmy tysiące pytań, jeszcze więcej wątpliwości, ale nie mogliśmy  odmówić Karolinie, drugi raz mogła nie dostać takiej szansy. Po raz pierwszy decyzją zostawiliśmy jej, chociaż wiedzieliśmy jaką dostaniemy odpowiedz. Puściliśmy córkę, oddaliśmy pod opiekę obcych ludzi, gdyby coś się stało byliśmy tysiące kilometrów od niej, musiała liczyć na siebie. Mimo ogromnego stresu, byliśmy dumni i szczęśliwi, nasze dziecko, tak pokrzywdzone przez los żyje pełnią życia, odkrywa nowe, jest w miejscach o których my mogliśmy tylko pomarzyć, ale przede wszystkim radzi sobie sama, umie zadbać o siebie, poprosić o pomoc… funkcjonuje bez nas. Zwycięstwo.

Żeby Karolinie stworzyć warunki do dalszej nauki rodzina zdecydowała przenieść się do Szczecina. Kupili mieszkanie w centrum miasta, przystosowali do potrzeb niziutkiej córki, w drzwiach wejściowych na przykład są 2 wizjery, obcy może czuć się niezręcznie, swój wie jak się ustawić, żeby być należycie widocznym. Mama codziennie dojeżdżała do swojej starej pracy 160 kilometrów w obie strony, tata pracował tak, żeby być na każde wezwanie córki, a Karolina poszła do integracyjnego liceum. Budynek nie był przystosowany dla osób niepełnosprawnych ruchowo, dlatego też nastolatka miała oddelegowaną przez dyrekcję osobę, która nosiła ją po schodach .  Świetnie czuła się w tym miejscu, znalazła przyjaciół, rozwinęła zainteresowania, była lubiana, akceptowana i chyba nigdy nie spotkał jej tam żaden afront. Skończyła liceum i rozpoczęła studia.

 

1.05.2017

29.09.2017                              Karolina kończy studia.

–  Wszystko zaczęło się od praktyk studenckich, 120 godzin. Nie wchodziło w grę wybranie przypadkowego miejsca, teoria teorią, ale na praktykach musiałam sprawdzić, czy to co gra mi w duszy w rzeczywistości nie przerośnie mnie. Mimo, że bólu, cierpienia, łez sama doświadczyłam w nadmiarze, to też naoglądałam się sporo ich na szpitalnych korytarzach, na których spędziłam połowę mojego życia. Ale ze śmiercią nie obcowałam. Zgłosiłam się do hospicjum dla dorosłych.

Wiele osób odradzało mi to miejsce twierdząc, że sobie nie poradzę, że to przecież taka ciężka i dołująca praca, że niepotrzebnie sobie życie utrudniam. Nie lubię takiego gadania.  Zazwyczaj mówili tak ludzie, którzy słowo „hospicjum” znają jedynie ze słownika i z relacji innych. Tak jak postanowiłam, tak zrobiłam. I była to najlepsza decyzja, jaką ostatnio podjęłam.

Nie było łatwo. Widziałam wiele różnych chorób, związanych z nimi deformacji ciała, widziałam łzy cierpienia, grymas bólu, ulgę chwilę przed śmiercią. Siedziałam ponad pół godziny w ciasnym pomieszczeniu, gdzie leżał pan, który zmarł kilkanaście minut wcześniej, a ja byłam przy jego rodzinie, trzymając ich za rękce i starając się pocieszyć.

I właśnie ta praca z rodzinami pacjentów była najtrudniejsza. Jak wesprzeć kobietę, której mąż jest w agonii? Co powiedzieć?  Jak pocieszyć córkę, której mama jest w coraz gorszym stanie, z dnia na dzień gaśnie w oczach? To trudne pytania, na które do dziś nie znam odpowiedzi. Siedząc przy tych ludziach, rozmawiając z nimi, czasem zwyczajnie milcząc, nie zastanawiałam się nad tym wszystkim reagowałam tak jak podpowiadał mi instynkt. Każda chwila była dla mnie inna, nowa, wyjątkowa. Każdą musiałam zrozumieć, wczuć się w sytuacje zarówno rodziny, jak i pacjenta. Często intuicyjnie wiedziałam, co należy powiedzieć, czego dana osoba ode mnie oczekuje. W takich momentach bardzo pomagała mi książka Elizabeth Kubler-Ross, której fragmenty zagnieździły mi się w głowie już chyba na zawsze. Forma dialogu autorki ze studentami/pielęgniarkami/pracownikami społecznymi, tak bardzo przypadła mi do gustu, że czerpałam z tej pozycji tyle, ile byłam w stanie.

Mimo różnych trudności, wielokrotnie powstrzymywanych łez, czy potrzeby późniejszego rozładowania emocji i napięcia, to były jedne z najważniejszych tygodni w moim życiu.

Kiedy starsza pani nie zmienia mimiki twarzy w kontakcie z innymi osobami, a uśmiecha się tylko na mój widok, spojrzenie pełne wdzięczności umierającej kobiety, którą trzymam za rękę, żeby czuła się bezpiecznie, słowa podziękowania od rodziny, która twierdzi, że byłam dla nich wielkim wsparciem i bardzo pomogłam im przejść przez ten trudny okres – to są momenty bezcenne, których nie da się opisać w kilku słowach, to chwile, których nigdy nie zapomnę.

Satysfakcja z takiej pracy jest zdecydowanie tym, czego będę szukała w życiu zawodowym.

Za parę dni Karolina broni pracy magisterskiej z psychologii na wydziale Humanistycznym  Uniwersytetu Szczecińskiego. ” Poziom samooceny, a satysfakcja z życia u wolontariuszy”. Miała się bronić w lipcu, ale wyniki i sama tematyka wypadły na tyle interesująco, że promotorzy poprosili o pogłębienie tematu i może będzie  z tego coś więcej niż tylko praca magisterska. Wielce to prawdopodobne, bo Karolina wszystko robi na najwyższym poziomie.

Sama jest od 2 lat wolontariuszką udzielającą się w Hospicjum św. Jana Ewangelisty na szczecińskim Golęcinie i w Schronisku dla Bezdomnych.

 

–  Do Schroniska poszliśmy w ramach zaliczenia przedmiotu na studiach, wyjście było nieobowiązkowe, poszła połowa roku, zostałam tylko ja. Uwielbiam być w obu tych miejscach. Zawsze dobrze czułam się wśród ludzi chorych, samotnych, zagubionych lubię kręcić się koło nich, rozmawiać, słuchać, rozumiem ich i nie nie wywołują u mnie smutku. W końcu duża część mojego życie to ciąg szpitali, bólu, ograniczeń, wiem jak to jest, wiem co czują, wiem jak się boją, znam to w związku z tym, kto jeżeli nie ja. No i o ironio, moja niepełnosprawność na coś się przydaje, jestem bardziej wiarygodna, jestem prawdziwa, jestem namacalnym przykładem, że należy walczyć, wierzyć, nie poddawać się. Dzięki swojej historii mogę być dobrym motywatorem dla ludzi, którzy tu i teraz nie widzą dla siebie nadziei, nie widzą ratunku.

07.04.2018                  Magister psychologii.

Karolina Sawka magister psychologii. „Poziom samooceny, a satysfakcja z życia u wolontariuszy” praca magisterska pisana trochę na bazie własnych doświadczeń, obroniona na 5, a to dopiero początek. Dziewczyna, która miała nie dożyć swoich pierwszych urodzin właśnie rozpoczyna karierę zawodową, a znając intelekt i pracowitość Karoliny, można być pewnym, że zajdzie daleko.  Karolina nie zna słów nie można, nie dasz rady, nie dla ciebie. Mimo swoich 98 cm wzrostu, kości strawionych osteoporozą jak u 80 – latki, właśnie teraz mówi o sobie

– jestem osobą spełnioną, gdyby tak zostało, gdyby choroba nie postępowała, to nie byłoby źle. Co ja mówię, byłoby bardzo dobrze.

Tyle energii może mieć tylko zachłanny życia, młody człowiek. Pytając Karolinę, co dalej, to tak jakby otworzyć worek pełen marzeń, które w jej wydaniu, są po prostu skonkretyzowanymi planami z datą realizacji.

– Od września zaczynam kolejne 5-letnie studia w Poznaniu. Chcę zrobić specjalizację w Wielkopolskiej Szkole Psychoterapii w nurcie integracyjnym. W zasadzie chciałam specjalizować się w nurcie egzystencjalnym, bo bardziej łączy się z moją wymarzoną psychoonkologią, ale jednak nurt integracyjny jest zdecydowanie pojemniejszy, więc niech tak zostanie. Będę studiowała zaocznie, zajęcia raz w miesiącu, bardzo mi to odpowiada, bo przecież ja pracuję!!!

– Sama będziesz jeździła do Poznania na uczelnię ?

– Nie, z koleżanką z roku, ona też planuje robić tam specjalizację. Będzie raźniej i bezpieczniej zwłaszcza, że to nie 2 czy 3 wyjazdy, a całe 5 lat. Trochą się najeździmy, ale kiedy jak nie teraz ! Na razie jestem psychologiem, a za parę lat, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem będę psychoterapeutą. 

Za planami Karoliny trudno nadążyć, choć mówi ” lubię spokój życiowy”, to działania i jej aktywność absolutnie temu przeczą.

– Większość ludzi kończąc studia idzie do pracy i to najchętniej do pracy w wyuczonym zawodzie. Bo, po co inaczej te wszystkie lata nad książkami, sesje, egzaminy. Ja chciałam tak samo. Pracę dostałam jeszcze zanim się obroniłam . Zgłosiłam się do Urzędu Miejskiego w Szczecinie, do biura informacji dla osób niepełnosprawnych z pytaniem , czy nie wiedzą czegoś o jakiś programach, grantach, o instytucjach chcących zatrudniać niepełnosprawnych i poszczęściło mi się.  Skierowali mnie do Towarzystwa Walki z Kalectwem. Tak swoją drogą nie znoszę tej nazwy. Od razu poszliśmy tam z tatą i okazało się , że „spadłam im z nieba” nie mieli u siebie psychologa i zatrudnili mnie praktycznie z marszu. Do domu wróciłam niemalże z angażem. Oczywiście, na początku byłam na stażu, teraz jestem już zatrudniona na umowę o pracę, na stałe.

Karolina jest w swoim żywiole, prowadzi warsztaty psychologiczne dla Klubu Seniora i osób niepełnosprawnych. Ma swój gabinet, w którym przyjmuje ludzi na indywidualne konsultacje, proszących o pomoc, o rozmowę. W soboty biegnie jako wolontariuszka do Hospicjum dla Dorosłych im św. Jana Ewangelisty w Szczecinie, a wracając stamtąd zawsze zahacza o Schronisko dla Bezdomnych.

– Chodzę tam od pokoju do pokoju, przysiadam na korytarzu, pytam, rozmawiam, jestem, nie spieszę się .

Tylko do Schroniska dla Zwierząt  nie może wejść.

– To by mnie zupełnie rozwaliło psychicznie. Wiem, że trzeba, wiem, że powinnam… ale nie mogę, na to miejsce, jestem za słaba psychicznie i chylę czoła przed tymi wolontariuszami, którzy regularnie są przy tych psiakach, wychodzą z nimi na spacery, bawią się, głaszczą, przytulają, wielki szacunek.

W tym cudownym pędzie życia wydawać by się mogło, że Karolinie brakuje czasu tylko na chorowanie. Nie użala się nad sobą, nie doszukuje, czy gdzieś, coś nie strzyka, choć nie należy do najzdrowszych.

– No nie, zdrowa to ja na pewno nie jestem. Ostatnio musiałam wezwać karetkę pogotowia, bo byłam sama w domu i nikt nie mógł mi pomóc. Niby banalne sprawy urologiczne, a mimo to przetrzymali mnie prawie 2 tygodnie. Nikt nie pomyślał, że przy moim wzroście, przy mojej budowie ciała powinnam dostać cewnik dziecięcy, poszli po metryce i dostałam ten dla dorosłych i wtedy dopiero zaczęłam poważnie chorować. Ale to już było, to już historia. Teraz jest fajnie, teraz jest dobrze i oby nic się nie zmieniło.

 

cdn.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz