Małgorzata Bażant odeszła.


Data dodania: 26-07-2018 r.
Ilość wejść: 9 615.

 Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

pomogli Pomogli:

Małgosia Bażant pięknie uśmiechnięta, zachłanna życia, widząca sens w swojej chorobie, ucząca innych radości MIMO WSZYSTKO. Wiedziała, że życie jest nieprzewidywalne, że jest krótkie, Jej pewnie krótsze niż innych. Wiedziała, że nie jest sama, a w Jej sytuacji oprócz radości obcowania z bliskimi, to też obowiązek przygotowania tych najbliższych na to co nieuniknione … na śmierć. I śmierć przyszła … dziś rano.

Lipcowy poranek, gorąco, leniwie,  każdy z nas spędzał go inaczej,  a w tym samym czasie, gdzieś w innym miejscu, ktoś, ktoś bliski toczył swoją ostatnią walkę … walkę o życie.

Nie znałam Małgosi osobiście, dzieliły nas setki kilometrów, łączyły dziesiątki przegadanych na skypie wieczorów i nocy. Nigdy nie chciała rozmawiać, kiedy dzieci były w domu, żal Jej było na to czasu.

Małgosia od 15 lat walczyła z nowotworem, potrafiła w tym nieszczęściu znaleźć sens, swoistą misje do spłnienie mówiła :

– życie nauczyło mnie jednego, zawsze trzeba szukać pozytywnych stron tego co nas spotyka, pamiętając przy tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak sobie próbuję tłumaczyć, mocno wierzę, że to wszystko spada na mnie, bo jestem silna, bo potrafię o siebie zawalczyć, że mimo wszystko, da się z tym normalnie żyć, normalnie funkcjonować. Może ja mam być tym przykładem dla innych, a może to moment na spełnianie marzeń, a może mam innych nauczyć uśmiechania się, znajdowania pozytywnych myśli, cieszenia się życiem, choć nie zawsze jest ono piękne. Czasem boli, bardzo boli, że człowiekowi wydaje się, że prościej byłoby odejść.

Ale Małgosia nigdy nie pozwalała sobie na bierność, na zaniechanie. Owszem wątpiła, płakała, cierpiała, zamykała się w sobie, by za moment zebrać ponownie siły i wstać. A siły czerpała od otaczających Ją ludzi, rodzina, przyjaciele, znajomi, których nigdy nie poznała osobiście, te tłumy, które z Nią walczyły nie pozwalały zwątpić, to energia innych podnosiła ją z kolan.

– mimo mojej krętej drogi, która ma wiele podejść pod górę jestem szczęściarą, bo mam męża, rodzinę, bo mam rodzeństwo , które też się troszczy i czasami boi. Niektórzy nie mają tyle szczęścia co ja. Znam osoby, które gdy zachorowały zostały porzucone jak niepotrzebna rzecz. To smutne, ale prawdziwe. A ja mam jeszcze przyjaciół, znajomych, którzy nakręcają mnie do walki, przywołują uśmiech na twarz, stoją za mną murem, kibicują mi. Te wszystkie wpisy na portalach społecznościowych, niby słowa, a mają tak ogromne znaczenie. Im zależy żeby u mnie było wszystko w porządku. Są takie momenty, że gdy czytam te wiadomości to się wzruszam i nie są to łzy rozpaczy a łzy radości, że mój los nie jest komuś obojętny.

Wobec Małgosi nie sposób było być obojętnym, wulkan energii mimo bólu, ogromne pokłady radości i uśmiechu mimo kiepskich perspektyw wyrwania się rakowi z kleszczy, mnóstwo rad jak fajnie żyć wobec perspektywy nadchodzącej śmierci. Kto by tak umiał, kto zdecydowałby się publicznie, przejść tą ostatnią drogę tylko po to, żeby pokazać, żeby pomóc innym, żeby wziąć za rękę tych przerażonych, samotnych … każdy musi przejść tą najtrudniejszą drogę sam, można ją przejść ze strachem albo pogodzonym i uśmiechnięty, to była dewiza Małgosi. Pokazała jak to zrobić. Od dawna tłumaczyła dzieciom, że przyjdzie moment , kiedy jej zabraknie, rozmawiała z mężem, z rodzeństwem. Potrafiła wysyłać leki, które sama przyjmowała, ludziom których nie było na nie stać. Ostatnie godziny… nie chciała iść do szpitala. Chciała odejść z domu, z własnego łóżka, wśród przedmiotów , które sama wybierała, kupowała, które kochała i które zapewniały Jej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Wiedziała, że umiera, prosiła rodzinę, żeby tym razem pozwolili Jej odejść i pozwolili. Mimo bólu, mimo rozpaczy czuwali przy Niej na zmianę non stop. Ani przez sekundę nie została sama mąż , córka i syn… to oni towarzyszyli Jej w ostatnich dniach, godzinach, minutach, w ostatniej sekundzie życia. Zdali egzamin największej miłości. Gosia ich jej nauczyła.

Małgosia Bażant zmarła dziś, 26 lipca 2018 roku  o godz. 6.30 rano we własnym domu.

Pogrzeb odbędzie się w sobotę 28 lipca 2018 r w Sandomierzu.

P.S. Małgosiu pomogłaś mi uporać się ze śmiercią mojej młodszej siostry. Dziękuję Ci, na zawsze zostaniesz ze mną.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz