Małgorzata Bażant


Data dodania: 13-01-2018 r.
Ilość wejść: 7 579.

 Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

pomogli Pomogli:

– Czy się boję … nie, właściwie chyba nigdy się nie bałam, na początku myślałam, że się uda, tak jak mamie, a teraz to się zwyczajnie przyzwyczaiłam. To już 9 lat, to moja codzienność, moje życie. Oczywiście zdarzało się, że płakałam, ale bardziej z wściekłości, ze złości, a nie z żalu nad sobą. Każdy dźwiga swój krzyż, jeden mniejszy, drugi większy, ktoś już go nie zauważa, ja też mam swój, dobrze ułożył mi się na ramieniu i chyba się już go nie pozbędę.

Małgosia ma 52 lat, męża, 2 dzieci, 2 psy, dom z ogródkiem, pracę i raka. Od 2008 roku choruje na raka piersi, jest po mastektomii, ponad 40 cyklach chemioterapii, radioterapii, kilku operacjach, hormonoterapii … długo by wymieniać.

– Miałam 42 lata jak zachorowałam, syn 13, a córka 11 lat, szybko musiałam wrócić do pionu.         Od razu wszystkim powiedziałam, że jestem chora, trzeba było przygotować dzieci do zmian jakie będą widziały w moim wyglądzie i samopoczuciu, wyjaśnić, uspokoić.  Nigdy nie zastanawiałam się „dlaczego ja”, a niby dlaczego nie! Może nawet lepiej, że trafiło na mnie, a nie na przykład na któreś z moich dzieci, ja jestem silna i dam radę. Parę osób z naszej rodziny chorowało na nowotwory. Mimo, że nie jestem genetycznie obciążona, to gdzieś tam miałam świadomość, że to raczysko jest tuż obok. Mama chorowała wtedy już od 8 lat, należała do amazonek, wiedziałam jak wygląda przebieg choroby, leczenie. Myślałam, będzie podobnie, operacja, chemia, wypadną włosy, rzęsy, będę źle się czuła, a potem wszystko wróci do normy, badania kontrolne co jakiś czas i już. No i przez moment tak było.

Coś mnie tknęło, może intuicja…. po mammografii na którą uparłam się i zrobiłam na własny koszt lekarze znaleźli zmianę, biopsja potwierdziła złośliwość guzka, w błyskawicznym tempie amputowano mi pierś, potem 8 cykli chemioterapii i remisja. Prawie książkowo, włosy mi wypadły, nastał czas peruki, ale za to nie wymiotowałam. Mój nowotwór jest hormono zależny, więc od razu po chemii, będąc w remisji przeszłam na hormonoterapię. 3 lata przyjmowałam hormony, wszystko było w porządku, więc przerwano terapię mimo, że powinna trwać 5 lat, a teraz wręcz mówi się o 10 latach. Po odstawieniu hormonów wróciła mi miesiączka, czyli wróciłam do fizjologicznego stanu kobiety w moim wieku. Wiedziałam, że to niedobrze, zgłaszałam lekarzowi, ale usłyszałam, że tak się czasami zdarza.

Po półtora roku rak wrócił. Znalazłam guzek na szwie pooperacyjnym, uspokajano mnie, że to zrosty i żebym się nie przejmowała. Guzek jednak rósł, zmieniał kolor, kształt i dopiero wtedy chirurg onkolog zdecydował, że trzeba to natychmiast usunąć. Usunęli, a potem 25 cykli radioterapii. Przy radioterapii trzeba uważać, sam zabieg nie boli, ale absolutnie nie wolno naświetlanego miejsca zamoczyć, od razu robi się rana jak po silnym poparzeniu słonecznym. Nie zamoczysz nie ma śladu po naświetlaniach, ale jak się nie kąpać przez 5 tygodni. Po zakończonej radioterapii wyżebrałam kontrolną mammografię, wyszła znowu jakaś zmiana w drugiej piersi, po kontrolnym usg i biopsji wynik czysto. Za kolejne 2 tygodnie planowe badanie tomografem komputerowym. I dopiero wtedy przeżyłam szok, przerzuty do drugiej piersi, do wątroby i do kości. Wtedy, pierwszy raz od momentu kiedy zaczęłam chorować rozpłakałam się. Nie dlatego, że jestem chora, a dlatego że nie dość, że jestem chora to muszę walczyć z lekarzami o każde badanie, każdą wizytę, terminy, że muszę wiedzieć więcej od lekarzy, choć medycyna wcale mnie nie interesuje , żeby ich sprawdzać, żeby podpowiadać, sugerować, że ta moja choroba jest dla nich tylko procedurą, że nie rozumieją, że ja walczę nie o zdrowie, a o życie, że nie czuję się bezpiecznie, że nie mam zaufania…

W tej chwili już nie proszę, a żądam, już umiem powiedzieć prosto w twarz co mi się nie podoba, umiem przyjść 10 razy jak czegoś nie rozumiem, pytam, pytam, a przede wszystkim sama czytam i szukam. Po jakichkolwiek badaniach biorę zdjęcia, płytki cd z obrazami badań i jak mi 3 lekarzy powie to samo,  dopiero wtedy wierzę.

Małgosia od 3 lat jestem praktycznie cały czas na chemii, pomału wyczerpuje możliwości. Niektórych mieszanek chemii przyjęła już dopuszczalne życiowe dawki i nie mam do nich powrotu. Uczestniczyła w badaniach klinicznych, czyli testowaniu nowych leków będących jeszcze w fazie badań. Kolejne operacje i cały czas progres choroby, nowe ogniska, kolejne przeżuty. Stan na dziś,  przerzuty do wszystkich kręgów kręgosłupa, 8 żeber, wątroby, otrzewnej, drugiej piersi, jajniki usunęli, no i to wodobrzusze.

– Ale wyglądasz rewelacyjnie !

– Bo dbam o siebie i na razie na 3 miesiące, oczywiście za wiedzą lekarza zrezygnowałam z chemioterapii…

– I ?

22.01.2018         Dlaczego zrezygnowała z chemioterapii.

Na chemioterapii jestem już prawie nieprzerwanie 3 i pół roku. Ostatnio, co 3 miesiące zmieniają mi chemię, bo żadna nie działa i cały czas jest progres choroby. Mam przerzuty do otrzewnej, płuc, kości, drugiej piersi, jajników, obu płatów wątroby, a przy tym wszystkim czuję się świetnie, normalnie funkcjonuję i gdyby nie to wodobrzusze nie pamiętałabym , że jestem tak ciężko chora. Tak naprawdę na razie to jedyna dolegliwość, która utrudnia  mi życie i zmusza do konfrontacji z naszą służbą zdrowia.

Małgosia płyny z brzucha musi mieć usuwane średnio co 3 – 4 tygodnie. Wystarczy, że parę dni przeciągnie z zabiegiem i od razu wymiotuje, targają nią biegunki i odwadnia się w błyskawicznym tempie. Taka punkcja  niby nie filozofia, każdy lekarz posiadający dyplom powinien umieć  ją zrobić. Wkłuwa się w brzuch trochę grubszą i dłuższą igłę wprowadza dren, stawia obok miskę i już. Grubszy dren 20 minut, cieniutki nawet do 3 godzin, „plasterek” na brzuch i do domu. Nawet niewiele boli, najwyżej samo wkłucia, potem książkę można czytać.

– No więc, starałam się ostatnio pomóc sobie. Brzuch okrąglutki. Przyjechałam na SOR ( szpitalny oddział ratunkowy). Zszedł lekarz. Stwierdził, że on ortopeda, a nie chirurg, więc punkcji zrobić nie może. Zaproponował przyjęcie na oddział chirurgiczny. Powiedziałam, że po co na oddział, nic mi nie jest, potrzebuję 20 minutowego zabiegu w systemie ambulatoryjnym, bez konieczności tych wszystkich procedur związanych z przyjęciem do szpitala, pomijając już fakt, że ktoś naprawdę potrzebujący nie dostanie wtedy łóżka. Więc skierował mnie do poradni chirurgicznej. Zarejestrowałam się, ale w dalszym ciągu nie wiem, czy lekarz zrobi mi tą punkcję czy nie. Nie udało się i tu. Pan doktor stwierdził, że jego nie interesuje skierowanie z SOR-u, że muszę mieć skierowanie z Onkologii. A mnie boli,mam biegunkę, jestem zmęczona wędrówką po oddziałach i gabinetach, można nawet powiedzieć, że jestem chora . Czy w takiej sytuacji można być spokojnym? Skwitowałam to jednym zdaniem, że „dla lekarza lepiej jak pacjent umrze, bo wtedy ma święty spokój”. Byłam u dyrektora szpitala złożyć skargę, ale biedny na zwolnieniu lekarskim. I co teraz? No, mam zaprzyjaźnionego chirurga. On mi to zrobi.  Ale, jak chorować, żeby nie dać się zabić?

– Rozumiem, że mimo to brzuch masz znowu płaściutki.

– Tak, znajomy lekarz przyjechał do domu i zrobił mi tą punkcję w domowych warunkach, chociaż nie powinno tak być. Ostatnio coraz częściej korzystam z jego uprzejmości, bo umęczona jestem tą ciągłą walką o najdrobniejszy zabieg. Z tym że, jak w domu, to bez znieczulenia oczywiście, bo to byłoby zbyt ryzykowne. Bez znieczulenia to automatycznie cieńsza igła, a cieńsza igła to powolniejsze schodzenie płynu z brzucha i dłuższy zabieg. No, ale coś, za coś. Wtedy, zawsze ktoś jest ze mną w domu, a po  wszystkim przychodzi zaprzyjaźniona pielęgniarka i usuwa mi dren.

– To rzeczywiście nie wygląda na operację na otwarty sercu, ale wróćmy do przerwanej chemioterapii.

– Tak, zrezygnowałam na 3 miesiące z chemioterapii, ale od razu mówię po konsultacji z panią doktor, która mnie prowadzi w ramach NFZ i pana profesora medycyny, chirurga onkologicznego  Stanisława Czudka, który prowadzi mnie już od roku prywatnie. Obaj lekarze mają moje karty leczenia i każdy wie o poczynaniach drugiego. Teraz, przez te 3 miesiące przyjmuję szczepionkę immunologiczną zalecaną przez profesora Stanisława Czudka. Jak ją skończę, będę miała robione badania z krwi, na ile zwiększyła się moja odporność i czy mój organizm  ma szansę sam podjąć walkę z komórkami nowotworowymi. Ta moja krew będzie wysyłana do Pragi, to najbliższy i jeden z 3 ośrodków medycznych w Europie, gdzie wykonują takie badania. Szczepię się już 2 miesiące, jeszcze 4 razy i badania, a na 5 lutego i tak mam zaplanowany tomograf komputerowy, wtedy będę wiedziała więcej.

Małgosia sama robi sobie zastrzyki ze szczepionką , raz w tygodniu w brzuch. W jej przypadku koszt takiej szczepionki to 2600 złotych. Czuje się po nich świetnie.

– Mam tendencje do zapalenia zatok, zawsze jesienią czy zimą mnie to dopada, zwykle choruję 7 – 10 dni i zawsze byłam na antybiotyku. W tym roku też zachorowałam, ale po 2 dniach otrzepałam się i po chorobie, bez żadnych dodatkowych leków. Może to przypadek nie wiem, wiem ile chorowałam.

– Nie wydaje Ci się, że byłoby za prosto, gdybyś sama wyleczyła się z raka za pomocą szczepionki?

– Oczywiście nie mam złudzeń, na pewno nie. To powinno być robione bardziej kompleksowo, dlatego zaczynam marzyć o klinice w Meksyku. Ich leczenie polega właśnie na pobudzaniu własnego systemu odpornościowego do walki z chorobą. Oni nie leczą raka, tylko mobilizują organizm pacjenta do tej walki. Bardzo odpowiada mi taka filozofia.

–  Powiedz mi, dlaczego mówi się, że leczenie raka w Polsce drogo kosztuje, ludzie organizują zbiórki pieniędzy na ratowanie życia bliskim, skoro u nas leczenie chorób nowotworowych jest w całości refundowane przez NFZ.

3.02.2018                                                        Małgosi eksperymenty z rakiem.

Małgosia mimo mocno, bardzo mocno rozsianego nowotwory, choruje ze stoickim spokojem i szerokim uśmiechem na twarzy, jednocześnie przyznaje , że to kosztowna przypadłość. We wznowie jest już blisko 4 lata, ale dopóki nie boli żyje kolorowo, radośnie, zachłannie. Oczywiście bywają gorsze dni, jak choćby ostatnio. Nieplanowany pobyt w szpitalu, 3 dni wyrwane z życiorysu, a wiadomo ile ich jeszcze zostało… ewidentna strata i to trochę, może na własne życzenie.

– Co się stało, kiedy ostatnio rozmawiałyśmy wszystko było w najlepszym porządku, czy może stosowniej pod kontrolą.

– Przeholowałam z punkcją, chciałam dotrwać z tymi płynami w brzuchu do badania tomografem komputerowym, bo wtedy brzuch musi być pusty.  Normalnie wytrzymałabym, średnio chodzę na zabieg co 4 tygodnie, a tu nagle po 2 i pół tygodnia nazbierało się prawie 5 litrów, wymiotowałam jak przysłowiowy kot, odwodniłam się, zupełnie opadłam z sił i skończyło się szpitalem. 3 dni, 3 długie dni! Staram się robić te punkcje jak najrzadziej, bo każde wkłucie to kolejne zrosty. Już jedna strona brzucha jest wykorzystana do ostatniego milimetra, ostatnio musiałam nadstawić drugą, tam puki co można hulać do woli.

Normalnie Małgosia załatwia sprawę ambulatoryjnie, ale tym razem wymioty utrzymywały się nawet po punkcji i przy lekach przeciwwymiotnych.

– Tak się zastanawiam, czy mógłby to być efekt działania nowej maszyny, którą właśnie testuję. Wypożyczyłam generator plazmowy i zabijam pasożyty, wirusy, bakterie i grzyby, których mam, jak się okazało całkiem sporo w sobie. Czytałam, że nie jest wykluczone, że właśnie pasożyty mogą fałszować obraz w tomografii komputerowej, więc po stosownej lekturze, konsultacji z lekarzem i elektronikiem wypożyczyłam urządzenie na 27 dni. Koszt 6 500 złotych.

Urządzenie działa na zasadzie wytwarzania pola magnetycznego, w obrębie którego pacjent musi się znajdować. Wcześniej lekarz ustawia  program,  odpowiednie częstotliwości, a potem  w domu użytkownik tylko uruchamia maszynę. Zabieg trwa 3 godziny, codziennie.

– Wzięłam 5 zabiegów na razie, czułam się dobrze, ale organizm zaczął usuwać toksyny i zaczęły się wymioty. Zbiegło się to z moim wodobrzuszem i teraz nie wiem, czy to można powiązać? Jak lekarz pozwoli od jutra znowu zaczynam się oczyszczać.

– Trochę eksperymentujesz…

– Tak i to dość intensywnie. Można by powiedzieć, że kiedy jak nie teraz, no już bardziej nie zachoruję, a tak poważnie, zwyczajnie chcę zwiększyć swoje szanse na jak najdłuższe przeżycie, dlatego nie oglądam się tylko na medycynę standardową, którą oczywiście w pierwszym rzędzie stosuję. Próbuję wszystkiego, ale rozsądnie, po dogłębnym przemyśleniu, poczytaniu, a przede wszystkim w konsultacji z lekarzami i innymi mądrymi ludźmi staram się sobie dodatkowo pomóc. Na wszystkie możliwe sposoby wspomagam organizm, odtruwam, regeneruję. I jestem przekonana, że dlatego właśnie, mimo tak ogromnego zaawansowania choroby, cały czas tu jestem, w pełni sił, bez bólu, za to z ogromnymi pokładami radości i w najbliższym czasie nie wybieram się na drugą stronę.

Małgosia przeszła ponad 40 cykli standardowej chemioterapii, a równolegle ma za sobą prawie roczny cykl zabiegów w Małopolskim Centrum Hipertermii. 20 zabiegów na cały organizm, 20 zabiegów na wątrobę, 20 na pierś oraz 60 wlewów witaminowych. Zabiegi polegały na doprowadzeniu pacjenta do wysokiej gorączki, pozostawienia go w takim stanie prze 2 godziny, a potem częściowego schłodzenia. Czyli innymi słowy, pobudzanie własnego systemu immunologicznego do walki z nowotworem. Cena około 65 000,- złotych.

– Ja z reguły wytrzymywałam 39  stopni C, chociaż parę razy sięgnęłam 40- stki. Wszystko w warunkach ambulatoryjnych. Jak miałam zabiegi częściowe, to wykonywano je w ciągu jednego dnia czyli, wątroba do południa,  przerwa i po południu pierś  na koniec  dożylny wlew witaminowy. Trochę człowiek po takich zabiegach wymęczony, ale co zrobić, dla „zdrowotności”, jedne kobietki przechodzą podobne”tortury” dla urody, ja dla przedłużenia życia.

– Powiedzmy uczciwie, nie każdego byłoby stać na takie wspomaganie.

 

– Oczywiście i ja nie miałabym szansy, gdyby nie rzesza dobrych ludzi. Pieniądze na tą hipotermię zebrali wolontariusze w trakcie 2 koncertów charytatywnych, zorganizowanych dla mnie przez moją siostrzenicę Natalię i moje dzieci Kamila i Paulinę.

Oba koncerty były precyzyjnie przygotowane, oficjalnie zgłoszone do ministerstwa z odpowiednimi zgodami na przeprowadzenie zbiórki publicznej. Tak więc pieniądze pochodziły z licytacji przeprowadzonej podczas koncertów i ze zbiórek do puszek. Oba były zorganizowane pod patronatem burmistrza Sandomierza.

W trakcie pierwszego wystąpili hip hop – owcy, w drugim różni artyści. Oba koncerty bez zarzutu, wszyscy chyba dobrze się bawili, a mi podarowali kawałek życia. Do łez wzruszenia doprowadzili mnie zaprzyjaźnieni motocykliści. Stawili się  w  400 maszyn i tak, z fasonem, w czerwonej  sukieneczce „mini” przewieźli mnie przez całe miasto  wysadzając pod samą sceną na sandomierskim rynku. Niezapomniane przeżycie, duma, euforia, do dziś pamiętam te emocje, niedowierzanie, że to wszystko dla mnie. Ludzie mówią, że ja cały czas się uśmiecham, no ale jak inaczej, kiedy tyle dobra jest wokół mnie.

Zebrano wtedy na obu imprezach przeszło 50 tysięcy. Małgosia stała się rozpoznawalna w mieście, ale  najmilsze było to, że tak wielu ludzi pochyliło się nad jej życiem, jej walką o to życie. Ktoś zatrzymał się, żeby pomóc.

– 50 tysięcy … to dużo pieniędzy, a przecież nie ja jedna jestem potrzebująca.

Małgosia przyjmuje też od prawie 4 lat , czyli od czasu kiedy rak wrócił witaminy, jasno zaznacza witaminy nie suplementy diety w możliwie najwyższych stężeniach jakie są dostępne bez recepty między innymi A, E, koenzym Q10, D3.

Dostaje też silnie skoncentrowaną i w dużych dawkach witaminę  C dożylnie   ( koszt takich wlewów to ponad 1350 złotych miesięcznie), ale to już pod ścisła kontrolą lekarza i skrupulatnym monitorowaniem nerek. Musi też bardzo przestrzegać diety wysoko białkowej, bo przy ściąganiu wody z brzucha automatycznie wypłukuje się białko i momentalnie gubi masę ciała, co w chorobie nowotworowej jest zabójcze. O szczepionce immunologicznej pisałyśmy wcześniej.

–  Uzupełnię jeszcze listę o ozonowanie krwi i lewatywy oczyszczające jelita. Przyjęłam takich zabiegów 10. Tak myślę, że przy takiej ilości witamin i czyszczenia organizmu nic dziwnego, że młodnieję i mam energię nie przymierzając jak 20 – latek. I dlaczego mam się smucić, korzystam z życia, pracuję pełną parą, cieszę się rodziną i przyjaciółmi. Zamierzam tu jeszcze chwilę pobyć, a mam do wyboru tylko 2 opcje, albo darowany mi czas przepłakać, albo spożytkować go pogodnie, w tej kwestii wybór należy tylko do mnie, no to wybrałam.

Tak więc,  mimo że leczenie nowotworów w Polsce jest refundowane przez NFZ, żeby zwiększyć swoje szanse trzeba mieć zasobny portfel. Małgosia przez te 4 lata, kiedy jest we wznowie „przepuściła przez siebie” dobrej klasy samochód. Tyle na razie kosztuje ją życie, dlatego nie marnuje go na użalanie się nad sobą, tylko głośno się śmieje i obdziela optymizmem każdego, kto znajdzie się w jej orbicie.

– opowiesz mi co sprawia, że tak super poukładałaś sobie tą chorobę, diagnozę i niepewne perspektywy w głowie. Jak to się robi, żeby przekłuć nieszczęście w radość postrzegania rzeczywistości ?

– Opowiem, to całkiem proste…

5.03.2018                           Walka trwa.

Ostatni miesiąc to dla Małgosi bardzo trudny okres. Szpital, operacja, resekcja jelita grubego i stomia. Niby nie koniec świata, ale skutki uboczne dużo gorsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

Rana pooperacyjna przepuszcza płyny z otrzewnej, założono Gosi dren odbarczający brzuch, ale tym samym sukcesywnie, regularnie, nieprzerwanie wypłukiwano  białko z organizmu. Konsekwencją czego była utrata wagi, tkanki mięśniowej, o tłuszczu Gosia zapomniała już parę miesięcy wcześniej. Co w kroplówka wtłoczono jej do żył, to z białkiem wypłynęło do woreczka. Koło się zamyka. Żeby choć trochę utrzymać tego białka w organizmie Gosia rezygnuje z kroplówek i prosi o wyjęcie drenu z brzucha. Jest osłabiona, niebezpiecznie chuda … w szpitalu ” łapie ” bakterię. Antybiotyki … nie wiadomo, czy pomagają, na pewno nie jest dobrze. Małgosia na własne żądanie wypisała się ze szpitala.

Znowu postara się pomóc sobie sama. Od 3 dni jest w domu, potrzebuje pomocy żeby przemieszczać się po mieszkaniu, sama nie jest w stanie dotrzeć  choćby do toalety. Ale jest zdeterminowana, mimo nie najlepszej kondycji psychicznej jest plan działania. Najpierw zaprzyjaźniony chirurg obejrzy pooperacyjną ranę, może można będzie jakoś ją scalić, żeby nie sączyła i nie przepuszczała wody otrzewnowej. Teraz to priorytet, jak się uda, wtedy trzeba będzie pomalutku odbudowywać masę ciała. I na razie tyle, potem się zobaczy co dalej. W kategorii pozytywnych informacji, w trakcie operacji, po otworzeniu brzucha lekarze nie stwierdzili progresu choroby nowotworowej, nie ma nowych ognisk, jest stabilnie.

12.03.2018                                                              Pierwszy poważny kryzys.

 

Przychodzi taki moment, że zaczynasz się bać. Wiesz, że nie powinnaś dopuszczać do siebie złych myśli, bo potem jest już tylko równia pochyła, ale łzy same płyną. Tak, mam kryzys, pierwsze poważne załamanie. Oczywiście wcześniej miewałam spadki nastroju, ale teraz jest inaczej, teraz się boję. Parę dni przepłakałam. Po raz pierwszy jestem bezsilna, potrzebuję pomocy, której nikt nie może mi udzielić.

To już miesiąc jak walczę, jak jestem słabiutka na tyle, że nie mogę sama przemieszczać się po mieszkaniu. Do tej pory nawet po największych zawirowaniach, czy progresie choroby szybko się otrzepywałam i maksymalnie po tygodniu byłam na chodzie, normalnie funkcjonowałam w pracy.  Znosiłabym to lepiej, gdybym wiedziała, że to przejściowe, że idzie ku dobremu. Tymczasem rana pooperacyjna i ta po wyjęciu drenu odbarczającego mój brzuch nadal są zakażone. Nadal nie goją się, przepuszczają płyny zbierające się w brzuchu, nadal tracę białko, nadal chudnę i nic nie mogę z tym zrobić. Najlepsze, najbardziej zróżnicowane jedzenie nic nie daje, wszystko „ucieka” wraz z wodami sączącymi się z brzucha.  Będę w taki stanie dopóki bakteria z ran nie zniknie, dopiero wtedy będą mogli mnie porządnie zszyć i zacznę zatrzymywać białko w organizmie.  Antybiotyki już skończyłam przyjmować i jedyne co mogę teraz robić to zmieniać jak najczęściej opatrunki i przemywać te rany. No i czekać. Ja wulkan energii od miesiąca samodzielnie mogę co najwyżej zmienić pozycję w łóżku. Chociaż dobrze, że nic mnie nie boli.

Musieliśmy zatrudnić dodatkową osobę w sklepie , żeby mąż mógł być przy mnie. Jak musi wyjechać, zmienia go któraś z moich sióstr, do południa dyżuruje przy mnie mama. Dzieci nie odstępują mnie w weekendy, kiedy zjeżdżają do domu ze szkół. Kamil 23- latek, zrobił licencjat na AWF -ie, Paulina 21 -latka jest na 2 roku studiów – bezpieczeństwa wewnętrznego w Krakowie. Oboje zahartowani w boju, do egzaminów podchodzą w zerowych terminach, żeby nie mieć żadnych zaległości, jestem z nich bardzo dumna, bo wiem w jakim stresie żyją. Mam świadomość, że najbliższe mi osoby chorują razem ze mną, że odbija się to na ich psychice, odciska swoje piętno. Wiem, że się boją, choć nie dopuszczają do siebie myśli, że różnie może być. A czy ja dopuszczam… wiem na co choruję, co nie znaczy, że przestanę walczyć. Umiem szybko się zebrać, umiem się podnosić, umiem poukładać sobie wszystko w głowie … żeby tylko dano mi szansę, żeby tylko zginęła ta bakteria, żeby udało się lekarzom scalić rany, żebym przybrała na wadze.

Małgosia osoba otwarta, życzliwa, wiecznie uśmiechnięta zdobywa serce każdego z kim obcuje. Wszyscy znajomi, bliżsi, dalsi chcą pokazać, że pamiętają, że trzymają kciuki, że przeżywają, są dni kiedy drzwi jej domu wręcz nie zamykają się. Z jednej strony taki przypływ życzliwości buduje, z drugiej, jeżeli po raz 10 powtarza się, że nie jest dobrze,  to człowiek sam zaczyna w to wierzyć… Poza tym , kto jak kto, ale Małgosia zawsze przywiązywała wagę do swojego wyglądu, no a teraz póki co, nie wygląda tak, jakby chciała.

– Ostatnio z 7 osób stało nad moim łóżkiem, a ja relacjonowałam im, jak wszystko idzie nie tak. Źle się z tym czułam. Wiem, że mam prawo do spadku formy, do gorszych dni, ale zdecydowanie bardziej wolałabym opowiadać, że wracam już z dalekiej podróży, że za chwilę wrócimy do starych rytuałów. Chcę znowu się uśmiechać, tak prawdziwie nie przez łzy.

19.04.2018                                   Idzie ku lepszemu.

Idzie ku lepszemu, zaczynam nieśmiało tak myśleć. Waga zmieniła kierunek, teraz pnie się w górę. Przytyłam, nawet chyba stałam się okrąglejsza na buzi i już mogę zerknąć na siebie w lustrze. 42 kilogramy, jak niewiele trzeba człowiekowi do szczęścia. 2 kilo więcej w ciągu ostatnich 2 tygodni. Zwycięstwo. Co prawda jeszcze sama nie chodzę, ale wiem, że teraz to kwestia dni, w najgorszym wypadku tygodni. Złamał mnie ostatni pobyt w szpitalu. Gdybym się nie wypisała na własne życzenie, myślę, że już by mnie nie było. Opuszczając szpital ważyłam niewiele ponad 30 kilogramów, to nie za dużo jak na 50 letnią kobietę. Coś poszło nie tak, gdybym mogła cofnąć czas nie zgodziłabym się ponownie na tą operacją, starałabym się, szukałabym innych możliwości udrożnienia jelit.

–  Zapłaciłam za tą operację słono, oj ledwo się wybroniłam.

Małgosia w styczniu miała problemy z drożnością jelit. Podjęto decyzję o resekcji jelita i założeniu stomii. Pooperacyjna rana nie goiła się tygodniami, woda zbierająca się w brzuchu non stop sączyła się tą raną, automatycznie wypłukując białko. Małgosia chudła, sukcesywnie, dramatycznie nie mogła zatrzymać spadającej wagi.  Słabła, nie była już w stanie sama się poruszać. 10 tygodni leżenia, zaczęły się obrzęki kończyn, mniejsze czucie w stopie, ale dzięki determinacji  i pomocy rodziny zatrzymała złą passę.

– Już nawet ćwiczyć zaczęłam, na siedząco w łóżku i na krześle. Ręce wzmacniam, żeby pomóc najbliższym, bo niby niewiele ważę, ale jednak cały czas muszą mnie podnosić z łóżka. Powolutku zaczynam chodzić, na razie tylko po pokoju, troszeczkę, z pomocą innych, ale to zawsze do przodu. Jak nie wydarzy się znowu coś niespodziewanego, to w sobotę, albo w niedzielę wyjdę na taras. Tak już na to czekam, wiosna za oknem, w ogrodzie prawdopodobnie pięknie, a ja w tej wiośnie nie uczestniczę. Żeby tylko było ciepło, to wyjdę na świeże powietrze.

Zaczęło być dobrze, wróciła nadzieja. Małgosia na miarę swoich sił stara się uczestniczyć w życiu firmy, pomaga sortować faktury, uczy dzieci jak wysyłać przelewy, trochę czyta. Wydawało się, że życie wraca do normy, gdy tymczasem nad zabliźniającą się raną rosła gulka. Z początku malutka, potem powiększała się, aż wreszcie przy gwałtowniejszym ruchu pękła, chlusnęło…nie nadążali z synem zbierać wypływających skrzeplin i innego świństwa. Ile tego było!  Dostała gorączki, przyjechał lekarz, zaraz za nim mąż.

– Aż dziw, że nie dostałam sepsy, przecież jestem tak osłabiona, wymęczona, a tu taka ilość brudnych płynów. Popłakałam się, już tak dobrze szło i znowu coś.  Naprawdę trzeba mieć końskie zdrowie, żeby tak chorować. Cały czas robię sobie zastrzyki pobudzające system odpornościowy i jakoś się trzymam. Z tego wszystkiego zapomniałam, że choruję na raka. Aż strach myśleć, co tam w środku może się dziać.

Na pytanie, czy już przyjmuje gości, Małgosia z wdziękiem odpowiada.

– Nie, jeszcze nie wyglądam dobrze, żeby ludziom się pokazywać. W zasadzie, to chyba nawet zabawnie wyglądam, jak komandos, albo zabiedzone dziecko- żołnierz samobójca, wszędzie przeraźliwie chuda tylko brzuch oblepiony workami stomijnymi, opatrunkami, drenami. Tak, wyglądam nietypowo… ale to nic, w weekend posiedzę na tarasie, a w przyszłym tygodniu planuję sama wstać. To najbliższe plany.

15.06.2018                                     Życie wraca na utarte szlaki.

 

Zdrowa to ja nie jestem , powiem więcej zdrowa już nigdy nie będę, wiem i nie specjalnie zajmuję sobie tym myśli.

Na pewno czuję się dużo lepiej niż jeszcze miesiąc czy dwa miesiące temu, wtedy szczerze mówiąc byłam przygotowana na najgorsze, trochę żegnałam się z życiem. Dziś jest dobrze, na tyle dobrze, że byłam na  procesji z okazji Bożego Ciała. 4 godziny w upale, z czego 2 godziny na samej procesji, a potem na obiedzie w plenerze. Oczywiście mąż zawiózł mnie na wózku inwalidzkim, ale też trochę sama pospacerowałam, córka wzięła samochód, żeby w razie czego od razu zabrać mnie do domu, ale nie było takiej potrzeby. Cała impreza, jak od lat mamy w zwyczaju skończyła się w naszym ogródku, przy grillu. Ja, estetka mimo upału byłam w długiej spódnicy i bluzce z długimi rękawami, żeby nie wystawiać na widok publiczny moich mega kościstych kończyn, ale za to ładnie się umalowałam i mimo upału nic nie spłynęło. W takich momentach chce się żyć  i dla takich chwil warto walczyć. No bo co z tego, że jestem chora, fajnie, że mimo wszystko czynnie uczestniczę w życiu, nic mnie nie boli i do tego zbieram mnóstwo komplementów i odbieram ogrom życzliwości od ludzi. Niejeden zdrowy nie czuje się tak komfortowo jak ja teraz.- A kiedy byłaś ostatni raz u lekarza ?

– U onkologa byłam ostatni raz  w listopadzie ubiegłego roku, czyli ponad pół roku temu. Ale co on może mi zaproponować? Od 4 lat zmieniali mi chemię praktycznie co 3 miesiące, bo żadna nie działała, a wręcz po każdej takiej serii miałam kolejne nowe przerzuty nowotworu. W moim przypadku mam wrażenie, że chemia tylko rozjuszała i uaktywniała tego mojego raka. Z tym, że trzeba jasno zaznaczyć, nikomu absolutnie nie sugeruję przerywania leczenia tradycyjnymi metodami, ja po prostu wszystko co było dostępne przerobiłam i doszłam do    tzw ” ściany”. Jak już nic nie mogą mi zaproponować lekarze … to co mam do stracenia.  Dlatego zdecydowałam się na wzięcie sprawy w swoje ręce i szukanie alternatyw, stąd te moje wlewy z witaminy C i szczepionki autoimmunologiczne wypreparowane specjalnie pod typ mojego nowotworu przez  prof. Czudka z Katowic. Czy działają nie wiem, ale żyję i mam się coraz lepiej. Jak tylko się trochę odbuduję po tym moim zimowym załamaniu pojadę do Katowic i przebadam się, wtedy będziemy wiedzieli jak jest.

Małgosia jest jeszcze słabiutka, rzeczywiście podróż 250 km na konsultacje do Katowic to na razie zbyt forsowne przedsięwzięcie, jeszcze chwila. Z cała pewnością jednak czuje się dużo lepiej niż ostatnio. Powolutku wraca do pracy.  Małgorzata prowadzi pod Sandomierzem ” Zajazd Gastronomiczny PAKAM”  zajmujący się organizacją imprez okolicznościowych i kateringiem. Od 15 lat ma stała klientelę, którą żywi czyli między innymi 4 szkoły i firmy, którym dowozi codziennie obiady.

– Ostatnio, jak mieliśmy komunie włączyłam się do przygotowywania potraw. Praktycznie sama zrobiłam mięsa i sałatki. Gdy za długo stoję, to mam w kuchni takie krzesełko na kółkach, siadam i dalej pracuję przy niższym blacie. Mam nieraz dni, kiedy jestem dużo słabsza, kiedy nie chcę, czy nie mam siły podnieść się z łóżka, ale od czego mamy głowę i naszą wszechwładną psychikę. W takich momentach tłumaczę sobie, że muszę się zmobilizować , żeby przynajmniej nie obciążać swoimi potrzebami najbliższych. Kiedy trzeba było, to nosili mnie na rękach do łazienki czy karmili mnie, ale jak już trochę się wylizałam, to muszę wstać i sama się przynajmniej obsłużyć. Wczoraj na przykład byłam cały dzień sama w domu, zrobiłam sobie jedzenie, umyłam się, trochę posprzątałam i przede wszystkim zrobiłam listę potraw, listę produktów na zbliżającą się w naszym zajeździe imprezę. Sama już zrobię przekąski i sałatki, resztę cięższych potraw zrobią nasze niezastąpione kucharki. Jak mam zajęcie, jak mam plany, to od razu inny duch we mnie wstępuje, mam wrażenie, że wtedy nie mam czasu na chorowanie i  moje raczysko to wie.

– Jak jesteśmy przy jedzeniu, to przytyłaś trochę?

– No, nie przytyłam. Dalej ważę, myślę ze 45 kilo, nie wchodzę na wagę dla własnego komfortu psychicznego, tylko w lustrze widzę, że w bikini to jeszcze ludziom nie powinnam się pokazywać. Jak tak dramatycznie chudłam zimą, przez te moje problemy z jelitami, to znowu zaczęły wypadać mi włosy, od razu ogoliłam głowę, bo nic bardziej nie wpędza mnie w zły nastrój jak walające się wszędzie moje włosy. Zresztą, ja lubię siebie w chusteczkach, tak wiele razy byłam już łysa, że na nikim nie robi to już wrażenia.

– Skoro jesz, to dlaczego nie tyjesz, musisz przestrzegać jakiejś diety?

– Nie,  jak zawsze działam intuicyjnie, na zasadzie prób i błędów. Jem głównie nabiał, bo niezbędnie potrzebne jest mi białko do budowania masy ciała. Codzienni jajecznica z dwóch świeżutkich, sprawdzonych, swojskich jajek na maśle, bez żadnych dodatków i przypraw. Serki , twarogi, jogurty, budynie, Activia dobrze mi służy. Dużo zup zwłaszcza buraczanych. Nie mogę jeść mięsa, zastępuje go szpinakiem, wędliny szerokim łukiem obchodzę, ale nieraz mam ochotę na gotowaną golonkę i wtedy ją zjadam, bez „cofki”.  O dziwo mogę jeść czereśnie mimo, że owoc pestkowy powinien wzdymać , a ja jem po 5-6 sztuk  parę razy dziennie i wszystko jest w porządku. Nie mogę z kolei pieczywa z ziarnami, ostatnio sąsiadka przyniosła mi taki chlebek własnoręcznie wypieczony z siemieniem lnianym, wydawać by się  mogło, idealny na ten mój brzuch, boże jak mi się odbijało tym siemieniem lnianych, długo nie wezmę tego do ust. Jem, dogadzam sobie, ale nie tyję.

– Nie tyjesz, nie przybierasz na wadze, a jak sama mówisz wracasz z zaświatów i masz się coraz lepiej , to skąd ta energia?

– U mnie z głowy, nastawienie psychiczne. Przede wszystkim zwlokłam się z łóżka i zaczęłam się ruszać. Potem zaczęłam stawiać sobie kolejne cele, sama do ubikacji, sama posiedzieć na tarasie, sama zrobić sobie jedzenie. I tak z każdym dniem, mimo zmęczenia włączam się w życie coraz aktywniej i coraz łatwiej mi to przychodzi.

Małgosia wulkan pozytywnej energii, jak każdy miewa gorsze okresy, jej gorszy czas zazwyczaj przypada na momenty punkcji, którym musi się poddawać, żeby co 3- 4 tygodnie ściągać płyny gromadzące się  jej w brzuchu. W zasadzie wodobrzusze to od kilkunastu miesięcy jej najpoważniejszy problem. Teraz po lutowej operacji jelit i wyłonieniu stomii jest jeszcze bardziej uciążliwy. Już nie można robić punkcji w dowolnym miejscu na brzuchu raz, że już niewiele jest miejsc bez zrostów przez które można przejść, a po drugie, po operacji zmieniło się położenie jelit, jedno błędne wkłucie i można przebić te jelita!

– Byłam ostatnio w szpitalu i pod głowicą USG starali się nakłuć mi brzuch . Po 6 próbach udało się, płyn spływał z wenflona na podłogę, na kozetkę, na mnie, jak tylko podłączyli rurki odprowadzające od razu wszystko zapychało się. Kazano mi iść do domu i tam w komfortowych warunkach dokończyć zabieg. Szłam do samochodu i tak ciekło ze mnie po nogach, po ubraniu, na siedzenie samochodu. Tylko dotarłam do domu i mimo przyjmowania najbardziej wymyślnych pozycji , rurki zaczopowały się i ani kropli więcej. W przyszłym tygodniu już na własną rękę, prywatnie poszukam chirurga, który pomoże mi od początku do końca. Więc, tak sobie żyję, jestem pokłuta i obolała, ale to od zabiegów medycznych, nie z choroby. Bo mimo, że mam zaatakowane przez nowotwór praktycznie wszystkie kości, wątrobę, jelita, jajniki, płuca to mnie, nic nie boli. Może nie bardzo komfortowo, ale gdyby nic się nie pogorszyło, to mogę sobie tak dalej żyć. Nie będę narzekała. Idzie lato, za moment jak dzieci pozdają egzaminy na uczelniach, będę i je miała przy sobie. Fajnie. Przecież nie można mieć wszystkiego.

Małgosia ma unikalny dar, dzielenia się z otoczeniem pozytywną energią. Każdy kontakt z Nią powoduje, że człowiek inaczej na siebie patrzy i bezwiednie się uśmiecha. Mimo, że rozmawiamy nieregularnie, naszą stronę codziennie odwiedzają internauci czekający na kolejne wieści od Małgosi.

– Bardzo mi to schlebia, a jednocześnie czuje, że nawet z tego nieszczęścia, jakim jest moje choróbsko, może wynikać coś dobrego. Rzeczywiście ostatnio odnalazła mnie Pani przez FB, bo długo nie było na naszej stronie wiadomości ode mnie. Ma chorego ojca, ta sama przypadłość co u mnie, złe rokowania … no więc poopowiadałam jej o mojej drodze, o tym, że ze złymi rokowaniami można fajnie żyć długie lata, oczywiście musimy pamiętać, ze każde z nas kiedyś odejdzie, jedni szybciej , drudzy później, ale nikt się nie wywinie. Ważne żeby czas który jest nam dany był jak najlepszy, a o to, już sami możemy zadbać.

 26.07.2018                              Małgosia odeszła.

Małgosia Bażant pięknie uśmiechnięta, zachłanna życia, widząca sens w swojej chorobie, ucząca innych radości MIMO WSZYSTKO. Wiedziała, że życie jest nieprzewidywalne, że jest krótkie, Jej pewnie krótsze niż innych. Wiedziała, że nie jest sama, a w Jej sytuacji oprócz radości obcowania z bliskimi, to też obowiązek przygotowania tych najbliższych na to co nieuniknione … na śmierć. I śmierć przyszła … dziś rano.

Lipcowy poranek, gorąco, leniwie,  każdy z nas spędzał go inaczej,  a w tym samym czasie, gdzieś w innym miejscu, ktoś, ktoś bliski toczył swoją ostatnią walkę … walkę o życie.

Nie znałam Małgosi osobiście, dzieliły nas setki kilometrów, łączyły dziesiątki przegadanych na skypie wieczorów i nocy. Nigdy nie chciała rozmawiać, kiedy dzieci były w domu, żal Jej było na to czasu.

Małgosia od 15 lat walczyła z nowotworem, potrafiła w tym nieszczęściu znaleźć sens, swoistą misje do spłnienie mówiła :

– życie nauczyło mnie jednego, zawsze trzeba szukać pozytywnych stron tego co nas spotyka, pamiętając przy tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak sobie próbuję tłumaczyć, mocno wierzę, że to wszystko spada na mnie, bo jestem silna, bo potrafię o siebie zawalczyć, że mimo wszystko, da się z tym normalnie żyć, normalnie funkcjonować. Może ja mam być tym przykładem dla innych, a może to moment na spełnianie marzeń, a może mam innych nauczyć uśmiechania się, znajdowania pozytywnych myśli, cieszenia się życiem, choć nie zawsze jest ono piękne. Czasem boli, bardzo boli, że człowiekowi wydaje się, że prościej byłoby odejść.

Ale Małgosia nigdy nie pozwalała sobie na bierność, na zaniechanie. Owszem wątpiła, płakała, cierpiała, zamykała się w sobie, by za moment zebrać ponownie siły i wstać. A siły czerpała od otaczających Ją ludzi, rodzina, przyjaciele, znajomi, których nigdy nie poznała osobiście, te tłumy, które z Nią walczyły nie pozwalały zwątpić, to energia innych podnosiła ją z kolan.

– mimo mojej krętej drogi, która ma wiele podejść pod górę jestem szczęściarą, bo mam męża, rodzinę, bo mam rodzeństwo , które też się troszczy i czasami boi. Niektórzy nie mają tyle szczęścia co ja. Znam osoby, które gdy zachorowały zostały porzucone jak niepotrzebna rzecz. To smutne, ale prawdziwe. A ja mam jeszcze przyjaciół, znajomych, którzy nakręcają mnie do walki, przywołują uśmiech na twarz, stoją za mną murem, kibicują mi. Te wszystkie wpisy na portalach społecznościowych, niby słowa, a mają tak ogromne znaczenie. Im zależy żeby u mnie było wszystko w porządku. Są takie momenty, że gdy czytam te wiadomości to się wzruszam i nie są to łzy rozpaczy a łzy radości, że mój los nie jest komuś obojętny.

Wobec Małgosi nie sposób było być obojętnym, wulkan energii mimo bólu, ogromne pokłady radości i uśmiechu mimo kiepskich perspektyw wyrwania się rakowi z kleszczy, mnóstwo rad jak fajnie żyć wobec perspektywy nadchodzącej śmierci. Kto by tak umiał, kto zdecydowałby się publicznie, przejść tą ostatnią drogę tylko po to, żeby pokazać, żeby pomóc innym, żeby wziąć za rękę tych przerażonych, samotnych … każdy musi przejść tą najtrudniejszą drogę sam, można ją przejść ze strachem albo pogodzonym i uśmiechnięty, to była dewiza Małgosi. Pokazała jak to zrobić. Od dawna tłumaczyła dzieciom, że przyjdzie moment , kiedy jej zabraknie, rozmawiała z mężem, z rodzeństwem. Potrafiła wysyłać leki, które sama przyjmowała, ludziom których nie było na nie stać. Ostatnie godziny… nie chciała iść do szpitala. Chciała odejść z domu, z własnego łóżka, wśród przedmiotów , które sama wybierała, kupowała, które kochała i które zapewniały Jej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Wiedziała, że umiera, prosiła rodzinę, żeby tym razem pozwolili Jej odejść i pozwolili. Mimo bólu, mimo rozpaczy czuwali przy Niej na zmianę non stop. Ani przez sekundę nie została sama mąż , córka i syn… to oni towarzyszyli Jej w ostatnich dniach, godzinach, minutach, w ostatniej sekundzie życia. Zdali egzamin największej miłości. Gosia ich jej nauczyła.

Małgosia Bażant zmarła dziś, 26 lipca 2018 roku  o godz. 6.30 rano we własnym domu.

Pogrzeb odbędzie się w sobotę 28 lipca 2018 r w Sandomierzu.

P.S. Małgosiu pomogłaś mi uporać się ze śmiercią mojej młodszej siostry. Dziękuję Ci, na zawsze zostaniesz ze mną.

 

Chcę pomóc

Liczba komentarzy: 4.

  1. Jesteś Małgosiu super dziewczyna i wierzę,że dasz radę.Wszystkiego co najlepsze i najpiękniejsze Ci życzę i cieplutko pozdrawiam.

    1. Dziękuję za ciepłe i miłe słowa, To ma dla mnie ogromne znaczenie. Dobrze jest wiedzieć ,że ma się osoby , które mi kibicują i trzymają kciuki. Również serdecznie pozdrawiam i przesyłam dużo uśmiechu

  2. Ja zakończyłam leczenie .. o profilaktyke nie mogę się doprosić, choć jestem obciażona. .. nie mam męża ani dzieci i ostatnio coraz częsciej zastanawiam się nad wyjazdem z granice bez powrotu do tego kraju, który tylko potrafi brać, ale już nie dawać … wszystko pozostawia wiele do życzenia … delikatnie to ujmujac, bo cisną mi się inne słowa … może niedlugo będą klsyfikować pacjentki czy warto wogóle je leczyć … a może będzie się odmawiało operacji piersi z rakiem …

    1. Rozumiem zdenerwowanie. Wszędzie to samo. Trzeba nauczyć się walczyć o siebie. Ja już to potrafię. Na ten moment już nie proszę . Ja teraz już rzadam. Wiem że nie jest prosto żyć w tym kraju. Czasami ręce opadają ale ja ciągle się nie poddaje. Pamiętaj tylko jedno to twoje życie i jak nie zawalczysz o siebie to nikt tego nie zrobi. Mam tylko nadzieję że może kiedyś się to zmieni.

Dodaj komentarz