Malwina i Marcin – rodzina zastępcza niespokrewniona.


Data dodania: 22-08-2019 r.
Ilość wejść: 336.

Redaktor/Autor: Halina Pytel – Kapanowska

pomogli Pomogli:

 

Jak dostali lody od taty od razu usiedli na kawiarnianych krzesełkach i zaczęli je lizać z tak wielkim apetytem, że aż miło popatrzeć. W ich oczach było widać, że kręcone śmietankowo-czekoladowe lody amerykańskie, to ich ulubiony przysmak. Przynajmniej  w tym momencie stali się radosnymi chłopakami, którym nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Z chłopcami i ich rodzicami spotkałam się w lodziarni “Cynamonowej” na Jasnych Błoniach w Szczecinie, w której rodzinka dość często bywa.

Nie tylko z tego powodu Malwina i Marcin akurat tutaj wyznaczyli miejsce spotkania, także dlatego, że u nich w domu akurat trwa remont i nie ma warunków na przyjmowanie gości.

– Mieszkanie mamy niezbyt duże, ale postanowiliśmy tak je przebudować, by każdy z chłopców miał swój pokój, bo na razie mają wspólny – mówi  Malwina – chcemy im stworzyć jak najlepsze warunki do nauki.

Starszy jest Wojtek, ma 6 lat, od września będzie w zerówce w przedszkolu. Młodszy  Ernest pozostanie w przedszkolu.

– Wojtek jest naszym rodzonym synem, a dla Ernesta od grudnia ubiegłego roku jesteśmy rodziną zastępczą, zaś od kwietnia opiekunami prawnymi. Myślimy o adopcji. Traktujemy go, jak własne dziecko, a dla niego jesteśmy mamą i tatą.

Wszystko zaczęło się w styczniu 2017 roku. Malwina  pracowała wtedy w sekretariacie Centrum Opieki nad Dzieckiem w Szczecinie (dawniej Pogotowie Opiekuńcze). Na co dzień miała okazję widywać wiele biednych dzieci, bo tylko takie tam trafiały. Ale, gdy zobaczyła Ernesta serce zabiło mocniej. Wzięła go na ręce, przytuliła i…pokochała.

– Właściwie nie wiem dlaczego – wspomina – jakaś chemia. Zachwyciłam się nim, choć był chudziutki, chory. Wszyscy mi mówili: “przejdzie ci, jak zobaczysz więcej podobnych dzieci”. Nie przeszło, postanowiłam zawalczyć o niego. Powiedziałam mężowi o Erneście, zgodził się go poznać. Ja miałam kontakt z chłopcem w ośrodku, a mąż poznał go dopiero w maju, na spacerze zapoznawczym w obecności pani pedagog z placówki. Miesiąc później Wojtek  nasz synek poznał Ernesta, a następnie rodzice Marcina. I tak Ernest systematycznie i coraz częściej zaczął bywać w naszym w domu, najpierw bez nocowania, później  z nocowaniem. Okazało się, że dajemy radę w opiece nad chłopcem, że szybko stał się członkiem naszej rodziny.

Ernest urodził się z zespołem FAS (alkoholowym zespołem płodowym). Ma wiele chorób i dysfunkcji, ale…

– Jest kochanym dzieckiem, chcemy dać mu szansę na szczęśliwe życie – z przekonaniem twierdzą Malwina i Marcin.

Ernest ma 5 lat, został oddany do ośrodka już jako kilkumiesięczne dziecko. Przebywał w różnych placówkach opiekuńczych, aż do momentu, w którym Malwina i Marcin stali się jego rodziną zastępczą. Wszystkim łatwo zapamiętać datę, bo stało się to dokładnie w Wigilię 2018 roku.

Ernest ma dużą wadę wzroku, co widać, bo nosi okulary. Poza tym wymaga systematycznej pracy z psychologiem, logopedą, pedagogiem.

– Dzieci z FAS nie rozpoznają emocji, chodzimy więc na terapię, by przezwyciężyć ten problem – mówi Malwina – Poza tym Ernest systematycznie uczestniczy  w zajęciach integracji muzycznej.

Jest pod opieką kilku specjalistów, bo ma sporo problemów zdrowotnych. Urodził się z wielką przepukliną, sięgającą żeber. Od razu poddany został operacji, ale problem nie zniknął, więc może już nawet w przyszłym roku konieczna będzie kolejna operacja. Dalej – nie wiadomo.  Ernest jest pod opieką nie tylko chirurga i ortopedy, ale także neurologa, bo ma problem z koordynacją ruchu i utrzymaniem równowagi.

– Oprócz problemów zdrowotnych, jest też trudno odnaleźć się nam w obowiązującym systemie opieki przedszkolnej – ocenia Malwina.

– Ernest ma orzeczenie o niepełnosprawności, więc kwalifikuje się tylko do przedszkola integracyjnego. Tu jednak jest w grupie pięciolatków, do której jednak nie do końca pasuje, ani pod względem intelektualnym, ani emocjonalnym. Bardziej by pasował do trzylatków, ale tu nie można go umieścić, bo zabrania tego nasz system przedszkolny. Wychodzi na to, że właściwie nie wiadomo, co zrobić z takim dzieckiem jak Ernest. W grupie pięciolatków na przykład już liczą, co dla niego jest jeszcze całkiem niedostępne, bo dopiero niedawno nauczył się mówić pełnymi zdaniami. Poza tym pod względem emocjonalnym odstaje od pięciolatków.

Ernestowi trudno usiedzieć w jednym miejscu (Wojtkowi zresztą też ), chyba, że akurat jest w telewizji bajka “Psi patrol”. Chłopcy ją uwielbiają i marzą o posiadaniu własnego psa. Rodzice nie negują tego marzenia i mówią, że pewnie się spełni za kilka lat. Pewnie będzie to piesek średniej wielkości, ze schroniska – na dużego nie ma warunków, mieszkają bowiem w wieżowcu. Na razie Wojtek twierdzi, że chciałby zostać stolarzem. Właściwie nie wiadomo dlaczego, bo tata – choć absolwent technikum budowy okrętów – został żołnierzem zawodowym. A mama, z wykształcenia polonistka, pedagog i logopeda, pracuje co prawda w Centrum Opieki nad Dzieckiem, ale w Dziale Gospodarczym, a nie jako wychowawca.

– Jesteśmy taką trochę zwariowaną rodzinką – śmieją się oboje. – Może typu włoskiego, bo czasami jesteśmy dosyć głośni. Jak są jakieś problemy, nie zamiatamy ich pod dywan, ale staramy się wszystko omówić i wyjaśnić, więc nieraz ponoszą nas emocje.  Ale nawet jak zdarza się emocjonalna wymiana zdań to po to, by się wzajemnie zrozumieć. Poza tym lubimy aktywnie spędzać czas całą rodziną. Chodzimy na spacery, zwiedzamy Szczecin i okolice. Na rowerach jednak nie możemy jeszcze jeździć, mimo, że bardzo lubimy, bo Ernest nie dałby rady. Mamy jednak nadzieję, że uda się nam wychować go tak, by nie czuł się gorszy, nauczył się jakiegoś zawodu i był samodzielny oraz szczęśliwy w dorosłym życiu.

Malwina i Marcin nie ukrywają, że rodzina z przerażeniem przyjęła ich decyzję.

– Zwłaszcza moi rodzice – komentuje Malwina. – Ale już się przekonali do Ernesta i spędzają z chłopcami tydzień wakacji w domu na wsi,  Na co dzień mieszkają w Norwegii i przyjeżdżają do Polski  właśnie tylko na wakacje z wnukami.

Rodzice Marcina mieszkają w Szczecinie. Mają stały kontakt z chłopcami, podobnie jak jego siostra. Już wszyscy zaakceptowali decyzję Malwiny i Marcina. Rodzinnie spotykają się bardzo często, najchętniej na działce rodziców.

– Będzie dobrze, damy radę – śmieją się.

16.11.2019                                                         Ciągle w  biegu.

 W rodzinie Malwiny i Marcina dużo się dzieje. Na spotkanie trudno się umówić, bo albo dzieci mają jakieś dodatkowe zajęcia, albo mama Malwina, która od października podjęła studia podyplomowe zarządzanie nieruchomościami, na zajęciach albo w książkach.  Coraz bardziej przysposabia się do pracy w dziale administracyjnym w  Centrum Opieki nad Dzieckiem w Szczecinie (dawniejsze Pogotowie Opiekuńcze).  To tam właśnie, spotyka na co dzień wiele pokrzywdzonych dzieci. To tam zobaczyła kilkuletniego Ernesta  – nie wiedzieć dlaczego – serce zabiło mocniej. Pod wpływem impulsu wzięła go na ręce, przytuliła i … pokochała.

Postanowiła zawalczyć o chłopca. Najpierw Ernesta poznał i zaakceptował mąż Marcin, a później ich syn Wojtek, który jest  w podobnym wieku.  Stali się rodziną. Pisałam o tym kilka miesięcy temu, po spotkaniu na Jasnych Błoniach. Miło było patrzeć, jak chłopcy z wielkim apetytem  zajadają ulubione lody amerykańskie. Z podobnym apetytem zjadają zresztą posiłki w domu, przygotowane albo przez mamę, albo tatę – w zależności, kto akurat jest wolniejszy i ma  chęci na gotowanie.

Już w czasie wakacji rozpoczęli przebudowę i remont swojego mieszkania, by uzyskać oddzielne pokoje dla chłopców. Nie udało się jednak skończyć prac przed rozpoczęciem roku szkolnego, a i nie wiadomo, czy do Gwiazdki będą już  z powrotem na swoim. Nie przejmują się jednak tym zbytnio, bo mają, gdzie mieszkać. Babcia Marcina przeprowadziła się do jego rodziców i udostępniła im swoje lokum. Są tu dwa pokoje, więc spokojnie można mieszkać. Chłopcy mają swoje miejsce do nauki i zabawy.  To właśnie rodzice Marcina szybciej i z większym zrozumieniem  zaakceptowali ich decyzję o przysposobieniu Ernesta, jakby nie patrzeć dziecka chorego, wymagającego dużego wkładu pracy, zaangażowania i uczuć. To, że Malwina od początku zakochała się w maluchu to jedno, to że chłopca pokochał Marcin i Wojtek to cudownie, ale czy mogli oczekiwać od dalszej rodziny bezwarunkowej akceptacji.

– Moi byli dużo bardziej wystraszeni – opowiada Malwina. – Ale dosyć szybko przekonaliśmy ich, że dokładnie wiemy, na co się decydujemy i wiemy, co robimy. Mieszkają za granicą, ale przyjeżdżają na wakacje, bo mają dom na wsi. Ostatniego lata zabrali chłopców na całe 2 tygodnie. I wszyscy byli zadowoleni. Już nikt nie miał wątpliwości, czy obaw. Z kolei rodzice Marcina mieszkają w Szczecinie, całkiem niedaleko i wspomagają nas, gdy jest potrzeba.

Chłopcy są prawie równolatkami z tym, że Wojtek chodzi już do szkoły, a Ernest jeszcze do przedszkola. Ernesta przedszkole  to placówka specjalna, bo chłopiec ma sporo różnych dysfunkcji, urodził się bowiem z zespołem FAS.  Malwina jest bardzo zadowolona, że od września uczestniczy on w projekcie unijnym, dzięki któremu objęty jest kompleksowym programem zajęć terapeutycznych. Ma więc zajęcia z logopedą, rehabilitantem, integrację sensoryczną.

– Widzę, jak to dużo daje. Ernest czyni  postępy w rozwoju – cieszy się Malwina. –  Z kolei Wojtek chodzi do zerówki i wiele wyzwań przed nim. Daje radę, jesteśmy z niego bardzo dumni, na bieżąco staramy się go wspierać i pomagać, oczywiście, kiedy trzeba.

Dopiero po południu wszyscy są  w domu. U nich nie ma zwyczaju ciągłego oglądania telewizji, czy przesiadywania przed komputerem. Preferowane jest wspólne wykonywanie prac domowych jak sprzątanie, gotowanie itp. Tylko w soboty chłopcy mogą obejrzeć bajki na tablecie, ale i tak niezbyt długo. Czas wolny spędzają najczęściej razem, są to wspólne wypady na wycieczki, jazda na hulajnodze. Chłopcy chętnie też bawią się na placu zabaw. A jak są wszyscy w domu, to czytają, grają w gry planszowe, rozmawiamy.

– Chcemy budować dobre relacje rodzinne, w czym – w naszym przekonaniu – nie pomaga, zbyt długie ślęczenie przed komputerem czy telewizorem – z przekonaniem twierdzą Mikołajczakowie. – Nie jesteśmy nowocześni, ale za to zacieśniamy więzi z naszymi dziećmi. Lubimy wspólny czas, nie nudzimy się ze sobą, a  to przecież najważniejsze.

 

cdn.

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz