Marcin Suszko efekty są i to jakie!!!


Historia została dodana: 26-01-2019 r.
Ilość wejść: 121.

Redaktor/Autor: Małgorzata  Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli:

„Banan” , „micha się cieszy”, „suszy zęby” – dziesiątki określeń na pełen uśmiech, ale to i tak za mało, aby opisać radość na twarzy Marcina. Z kilku powodów. Po pierwsze operowana ręka pełni swoją funkcję „asekuracyjnej”, po drugie coraz więcej przeszkód do rozpoczęcia pracy w Straży Miejskiej zostaje pokonanych, po trzecie… O tym za chwilę.

Krok po kroku. Tak realizowany jest plan usprawniania lewej ręki Marcina Suszko z Rzęśnicy. Od kilku tygodni jest na rehabilitacji w Kańsku i naprawdę ciężko pracuje. Efekty tej pracy widać gołym okiem. Ręka, która była niemal przyciśnięta do ciała i zgięta w łokciu tak, że z trudem można było tam wcisnąć materiał jakiegokolwiek rękawa bluzy czy swetra, teraz jest prawie prosta i już Marcin uczy się przytrzymywać  nią kubek, czy telefon. Ogromny, ogromny postęp, radość i nowe siły do jeszcze cięższej pracy.

Tak był plan. Najpierw była operacja dłoni, potem  nacięcie ścięgien w łokciu, a potem wyprostowanie, na ile to możliwe, kciuka. Wszystkie operacje  Marcin przeszedł w  Klinice Grunwaldzkiej w Poznaniu. Tam też wcześniej odbyły się konsultacje z profesorem Markiem Jóźwiakiem i dopiero po nich zapadła decyzja o serii operacji.

Cały ten ciąg zdarzeń zainicjował lekarz prowadzący chorego na dziecięce porażenie mózgowe Marcina w Kańsku, szpitalu specjalizującym się w rehabilitacji,  doktor Marcin Szustak.

Jak się z tym czujesz? – Zadaję oczywiste w tej sytuacji pytanie.

Super, super, super – mam wrażenie, że w tym „super” Marcin się nie zatrzyma, ale po chwili dodaje – mega. Cieszę się, że ręka już trzyma.

Oczywiście nie jest to takie trzymanie, jak u pełnosprawnej osoby – nie zaciska palców wokół kubka, czy telefonu, ale przesunie nią ten telefon czy kubek. Nie mógł tego zrobić w ciągu swoich trzydziestu lat życia. A teraz to nowa epoka. I bez wątpienia ogromna pomoc przy pracy, którą od marca, już nie na stażu a na etacie, rozpocznie Marcin. Wszystko na to wskazuje.

Razem ze swoim niepełnosprawnym kolegą będą obsługiwali monitoring Straży Miejskiej w Złocieńcu. Będą takim okiem strażników i będą wyłapywać to, czego oni nie zdążą podczas patroli.

Jedyny mały  kłopot – mówi Marcin o pracy – to to, że  będziemy musieli się nauczyć kodeksu wykroczeń.

To oni będą oceniać „na pierwszy rzut” czy to, co zauważyli na monitoringu kwalifikuje się do wykroczenia, czy nie i to od ich decyzji zależeć będzie czy „czyn” będzie miał swoje konsekwencje prawne.

– Byłem w Państwowym Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych – mówi burmistrz Złocieńca Krzysztof Zacharzewski – i tam trochę rzeczy wyjaśniliśmy, trochę się dowiedziałem.

Wizyta była niezbędna, bo przy tworzeniu stanowiska pracy operatora monitoringu straży miejskiej, okazało się między innymi, że z przeznaczonych na to funduszy nie można wygospodarować pieniędzy na transport pracowników do miejsca pracy. A w przypadku Marcina to, co prawda niezbyt długa trasa, bo 8 kilometrów, ale kłopot poważny. Trzeba przecież zabrać go na wózku z domu, wjechać nim do odpowiedniego busa z platformą, zjechać i znów wjechać  do budynku. Podczas stażu to mama Marcina przenosiła go z wózka elektrycznego,  do prywatnego auta kolegi, a w Złocieńcu trzeba było sobie jakoś radzić. „Jakoś” oznaczało albo pomoc brata Marcina, kosztem jego pracy, albo wzywanie strażników miejskich do pomocy, albo kogoś z urzędu, kto miał czas i siły by przenieść  Marcina z auta na wózek ręczny i wciągnięcia go po kilku schodkach do tymczasowych pomieszczeń monitoringu.

Teraz ma być to profesjonalny transport, który będzie wykorzystywany  w porozumieniu z którąś z placówek świadczących pomoc niepełnosprawnym. To wszystko jest teraz w fazie ustaleń. A Marcin jeszcze do połowy lutego będzie w Kańsku na rehabilitacji. A tu… praca, praca, praca.

Początek roku był intensywny. I to bardzo. Noc sylwestrową Marcin ja zwykle spędził ze swoimi przyjaciółmi. Najpierw „domówka” potem plener i znów „domówka”.

Wyjechałem sobie wózkiem na plac, aby zobaczyć fajerwerki, a tam dopadła mnie dziewczyna i zaczyna „cześć przystojniaku” – Marcin mówi o swoim sylwestrowym, nieoczekiwanym spotkaniu. Potwierdziło ono to, o czym Marcin zawsze z uporem maniaka mówi „jesteśmy tacy sami jak inni, tylko inaczej się poruszmy”. Przy tej opowieści dodał jeszcze, że wózek to nie wszystko.

Zapytałem jak ma na imię odpowiedziała, potem zaczęliśmy rozmawiać, długo, usłyszałem tyle komplementów na swój temat, że… wciąż jestem w szoku – Marcin nieustannie zaznacza, że dla dziewczyny nie miało znaczenia, że porusza się na wózku.  Po pokazie fajerwerków już się praktycznie nie rozstawali…

I to jest właśnie to „po trzecie”.

Może doświadczenia  z Sylwestra, „krótki romans”, to nie jest spełnienie marzeń Marcina o miłości życia, ale bez wątpienia potwierdza, że i facet na wózku, to po prostu interesujący facet. Jeśli ma „to coś”, kobiety zwracają na niego uwagę.

A na Marcina zwracają, nie tylko z tego powodu „jak się porusza”.  Do dziś utrzymuje się wakacyjna znajomość  z Sabiną, studentką medycyny.

Nie mam u niej szans – mówi ze śmiechem Marcin, ale w tym jak opowiada o Sabinie więcej jest tego, co cenne w przyjaźni, niż tego, czego Marcin szuka w miłości.

A przyjaźń dla Marcina to fundament.

„Pozdrawiam wszystkich z rehabilitacji z Kańska. Z góry dziękuję za wsparcie tym, którzy są ze mną, a szczególnie moim Aniołom Stróżom, którzy są ze mną zawsze: Oleńka, Grzesiu, Rafi – jesteście kochani. Dziękuję Wam za wszystko całym sercem. Życzę wszystkim aby mieli dookoła siebie takich Aniołów jakimi Wy jesteście dla mnie. Bo prawdziwa przyjaźń polega na tym, że jak ktoś upada to Anioł Stróż jest od tego, żeby leczyć duszę przyjaciela, a Wy robicie to w każdym momencie mojego życia. Życzę wszystkim abyście mieli takiego Anioła Stróża dookoła siebie, bo przyjaźń jest najpiękniejszą wartością w życiu zaraz po rodzinie i miłości”.  To wpis Marcina na FB z 11 stycznia.

Są i inne z Kańska:  „Moja walka nie idzie na darmo! Siła jest w Belmondzie dzięki Wam. Moi drodzy jesteście kochani. Dzięki za wsparcie”, albo: „Są efekty mojej pracy! Jak dla mnie mega zaskakujące! Nigdy bym się nie spodziewał takiego progresu. Mam motywację do dalszej ciężkiej pracy na rehabilitacjach”, lub też: „Moje największe szczęście jakie mam w życiu to Lenka – moja Kochana Kruszynka” – to podpis pod fotografią z chrześnicą, ale żadne z tych wpisów nie porusza tak, jak ten o przyjaźni…

Bo jak pisał Antoine de Saint-Exupery” Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać”.

cdn.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz