Marcin Suszko … praca dla niepełnosprawnego.


Data dodania: 12-11-2018 r.
Ilość wejść: 645.

 Redaktor/Autor: Małgorzata Gwiazda – Elmerych

pomogli Pomogli:

Może dodatkowe skarpetki? – mama Marcina krząta się wokół wózka syna.

Nie, jest ciepło – Marcin już ubrany w kamizelkę i wyposażony w drugie śniadanie oraz kilka niezbędnych drobiazgów w reklamówce, czeka na przyjazd kolegi Andrzeja.

Ale założę – pani Bogumiła już niesie  białe skarpety i nakłada na przykurczone stopy syna – nie może nosić żadnych butów, takie ma przykurcze. Mama Rafała zrobiła, właściwie uszyła, mu takie buty z materiału na zimę, takie cieplutkie, ale z materiału – pani Bogumiła trochę tłumaczy specyfikę tej części garderoby Marcina. „Zagadujemy” czas do wyjazdu Marcina Suszko do pracy.Pomysł zrodził się w marcu. Krzysztof Zacharzewski, burmistrz Złocieńca wymyślił, że dla dwóch niepełnosprawnych panów – Marcina i jego kolegi Andrzeja – przygotuje stanowisko pracy – operator monitoringu straży miejskiej. Już wtedy, w marcu, Marcin dzielił się ze mną tą wiadomością i wszystko wskazywało na to, że lada dzień zasiądzie przed monitorami. Tak się nie stało ani w marcu, ani w kwietniu, ani nawet w maju czy czerwcu.

–  Wszyscy mają dobre chęci, ale nie potrafią się razem skomunikować, żeby sobie wzajemnie pomócmówi Krzysztof Zacharzewski, gdy pytam go, dlaczego tak długo to wszystko trwa – mamy przepisy budowlane, które też są znaczną barierą w rozwiązaniu tematu.  Mamy pomieszczenie, w którym możemy zorganizować biuro i dać pracę tym ludziom,  tyle, że trzeba szereg dokumentów przygotować , które nie są tak naprawdę tak bardzo potrzebne, żeby z pomieszczenia biurowego zrobić zmianę przeznaczenia na pomieszczenie biurowe dla osób niepełnosprawnych. Samo wybicie i przesunięcie drzwi, zwiększenie ościeżnicy na przykład o pięć centymetrów, to jest jeden dzień pracy, a papiery, ich przygotowanie mogą trwać do 6 miesięcy czyli sto osiemdziesiąt dni pracy…

Stanowisko pracy – jeden etat, którym Marcin i Andrzej będą się dzielić, ma być sfinansowane z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Wniosek składa się do Powiatowego Urzędu Pracy, ale pieniądze dzieli już Starostwo, a konsultacje w sprawie konkretnych mebli czy urządzeń na konkretnym stanowisku musiały być prowadzone w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki  Społecznej. To wszystko trwa, trwa, i trwa…

–  Ja też, jako osoba pełnosprawna łamię bariery, jest mi chyba równie trudno jak im te bariery łamać – mówi Zacharzewski –  tylko, że ja mam jeszcze wszystkie kończyny w sile możliwości i głowa jeszcze pracuje i charakter taki zdeterminowany, żeby pokazać, że to się wszystko uda.

Udało się na początek zorganizować staż dla obu panów. Przyuczają się do zawodu, zapoznają ze sprzętem i czekają na ostateczne rozstrzygnięcia.

– Nie to, że chcę z siebie robić jakiego cierpiętnika, ale tak naprawdę dla naszego społeczeństwa to osoby niepełnosprawne najlepiej pozamykać w domach  – mówi nieco rozgoryczony Marcin –  jak z tej strony jest okej to z drugiej strony są schody. To podłamuje, bo tak naprawdę siedziałem w domu przez 30 lat.

I chociaż przyznaje, że nie jest to praca marzeń, to jak opowiada o tym co robi, jak i od kiedy, to „banan” nie znika z jego twarzy.

Uśmiechnięty, szczęśliwy i bardzo,  bardzo bym chciała, żeby skończył staż, żeby został zatrudniony i niech się spełnia chłopak – mówi mama Marcina i z jej twarzy też nie znika „banan”.

Pod dom państwa Suszko w Rzęśnicy podjeżdża wreszcie srebrne auto. Andrzej, kolega Marcina, nie wysiada z niego, tylko ustawie je tak, aby było jak najwygodniej przenieść Marcina do środka. Andrzej jest nieco młodszy od Marcina. Miał wypadek na motorze, którego konsekwencją jest uraz kręgosłupa. Porusza się na wózku, ale świetnie sobie radzi za kierownicą. Jest też bardziej mobilny niż Marcin, bo sam wsiądzie i wysiądzie z auta. Marcin tego nie zrobi. Wyjeżdża swoim elektrycznym wózkiem z domu, podjeżdża najbliżej jak się da do auta, w tym czasie jego mama wrzuca do samochody reklamówkę z drugim śniadaniem, potem otwiera drzwi od strony pasażera. Teraz najtrudniejsza część operacji. Odchyla Marcina od oparcia wózka, tak aby mgła załapać jego plecy, drugą rękę wsuwa pod uda syna i dźwiga go z ogromnym wysiłkiem. Choć Marcin wydaje się niewysokim, chudym  mężczyzną, to waży około 60 kilogramów. Dla ponad pięćdziesięcioletniej, drobnej kobiety to naprawdę ciężar. To widać na jej twarzy, widać po spięciu całego ciała, widać też strach o to aby nie upuści syna. Cała operacja trwa niespełna minutę. Marcin bezpiecznie trafia na siedzenie pasażera.

I tak codziennie? – pytam, choć oczywiście wiem.

Codziennie – mama Marcina łapie oddech.

A co z tym wózkiem? – wskazuję na elektryczny.

Zostanie, nie zmieści się do samochodu.

Na czym Marcin będzie siedział w pracy? – dopytuję.

Ma tam taki ręczny.

Pa, trzymajcie się – mówi mama Marcina i zatrzaskuje drzwi auta.

Przyjazd do pracy i wejście do biura to kolejny etap logistycznej machiny. W dniu, kiedy towarzyszymy Marcinowi przy jego pracy, przed punktem Informacji Turystycznej w Złocieńcu, gdzie organizowane jest stanowisko monitoringu, czeka na Marcina jego brat. Podstawia ręczny wózek inwalidzki,  układa na nim specjalną poduszkę  zapobiegającą odleżynom, potem wyciąga Marcina z samochodu i sadza na wózku. Nie wygląda to „przyjaźnie” dla Marcina, ale jego brat nie należy do silnych, wysportowanych mężczyzn, więc dla niego to też wysiłek i stara się radzić sobie z nim najlepiej jak może. Potem wózek z Marcinem podjeżdża do budynku, brat ustawia go tyłem i podciąga po stopniach, z przodu wózek Marcina asekuruje, ze swojego wózka, Andrzej. Tu jest o tyle łatwiej, że Andrzej ma sprawne ręce i może nieco wspomagać ruchem kół wciąganie wózka po schodach.

To przecież nie powinno być tak, że ja muszę jakiegoś pracownika oddelegować, by pomógł im dostać się do biura – mówi Krzysztof Zacharzewski – to powinno być w sposób oczywisty rozwiązany.

– Idealne rozwiązanie? –  mama Marcina nie ma żadnych wątpliwościidealne,  no bus dostosowany do osoby niepełnosprawnej, bo wtedy Marcin by sobie wyjechał z domu, bo mamy podjazd, wjechał by do busa i nie byłoby problemu, nikt by go nie dźwigał i Marcin by się nie stresował przede wszystkim, bo on się stresuje, że ja go muszę codziennie dźwigać.

-Wiadomo, że moja mama mnie kocha i zrobi wszystko aby mógł się realizować, spełnić. I to też mnie bardzo boli – mówi Marcin. Wie, że nigdy nie będzie w pełni samodzielny, ale to, co może zrobić sam, a tym jest na przykład dojazd do pracy, chciałby robić sam. Potrzebny jest tylko, albo „aż”, odpowiedni transport. Niestety w pakiecie tworzonego stanowiska operatora monitoringu straży miejskiej, katalog  niezbędnych przedmiotów nie przewiduje transportu. Aby był,  potrzebny jest wniosek na odrębny projekt. To kolejne miesiące, jeśli w ogóle byłoby możliwe sfinansowanie transportu z funduszy PFRON. Bo wbrew pozorom to nie jest takie oczywiste.

My jako pracownicy tutaj nie mamy wpływu, te środki są przekazywane zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów do samorządu, samorząd sam musi w sobie podzielić jakie środki przeznacza na rehabilitacje zawodową i na rehabilitacje społeczną – mówi mi Eliza Rychlicka-Kolera z Zachodniopomorskiego Oddziału PFRON.

– Ustawa jest jedna tak naprawdę, ale rzeczywiście, te zadania podzielone są na kilka instytucji – mówi z kolei Magdalena Piekarzewicz z Powiatowego urzędu Pracy w Drawsku Pomorskim, gdzie trafił wniosek o przygotowanie stanowiska pracy dla niepełnosprawnych  Marcina i Andrzeja – przepisy nie są na pewno na tyle elastyczne, żeby je  dostosować do potrzeb pracodawcy. Często się też spotykamy z takimi zarzutami, czy też uwagami ze strony pracodawcy, że przepisy i wymogi są bardzo sztywne, bardzo zamknięte  i nie pozwalają na pewną elastyczność i to tak naprawdę ma wpływ,  taki prawdziwy wpływ na to, co się dzieje na rynku pracy dla niepełnosprawnych.

Marcin i Andrzej wciąż są na etapie stażu.

Chodzi o rozwijanie się, tak naprawdę, ale będę szczery, pieniądze też są ważne, no bo wiadomo,  że będę miał swój jakiś dodatkowy grosz, bo wiadomo. Natomiast najbardziej  chcę coś tam spróbować zmienić w swoim życiu i właśnie dostałem szanse na to, no ale są po drodze schody, które utrudniają to wszystko – Marcin jest coraz bardziej zniecierpliwiony całą sytuacją – od lipca mieliśmy zacząć pracować z kolegą, ale wciąż jakieś schody. Jak w jednym miejscu coś się zgadzało,  to z drugiej strony wyskakiwały jakieś problemy. I tak jest cały czas.

Nie poddaje się. Nie poddaje się też z rehabilitacją i leczeniem. Operowana ręka  – nacięcie ścięgien – radzi sobie coraz lepiej. Marcin spokojnie już używa jej, zgodnie  z założeniami, jako ręki asekuracyjnej.

Cały czas jest rehabilitowany – mówi pani Bogumiła, mama Marcina – jutro jedziemy do Poznania na ostatnią wizytę kontrolną do profesora Jóźwiaka, boje się, ale też mam nadzieję, że profesor zechce operować prawą rękę,  na którą oczywiście nie mamy pieniążków.

I dlatego mama Marcina się boi. Operacja to minimum 6 tysięcy złotych, a potem długa rehabilitacja, też kosztowna. Rehabilitacja,  przy dziecięcym porażeniu mózgowym czterokończynowym Marcina to absolutna podstawa.

–  Musi być cały czas rehabilitowany – tłumaczy pani Bogumiła –  bo, już nie tyle chodzi o widoczne efekty zewnętrzne,  ale o układ oddechowy,  o układ krążenia, układ pokarmowy. Jeżeli nie będzie rehabilitowany intensywnie no to, może się coś stać, bo Marcin od 30 lat siedzi na wózku…

cdn.

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz