Mariola i Jan Gierczakowie


Historia została dodana: 23-05-2018 r.
Ilość wejść: 850.

Redaktor/Autor: Halina Pytel – Kapanowska

pomogli Pomogli

 

Jest taka rodzina w Szczecinie, zupełnie niezwykła. Mariola, Jan  i dużo dzieci, teraz 8. Kilkoro już się usamodzielniło, parę wróciło do biologicznych rodziców, jedno poszło do adopcji i pewnie niejedno jeszcze zagości w ich przyjaznych progach.

” Brzozowy zakątek” tak nazywa się ten rodzinny dom dziecka, który prowadzą od 12 lat. Czwórka własnych dzieci dorosła i zrobiła miejsce dla tych, które potrzebują natychmiast bezpiecznego kąta, stabilizacji i życzliwej opieki dorosłych. Nie, to nie są ich dzieci, prawie każde ma swoich biologicznych rodziców, ale to oni Mariola i Jan dbają o nie na co dzień, uczą, bawią się, są powiernikami dziecięcych tajemnic i trzymają za rękę jak jest trudno, czy straszno.

Z Mariolą Gierczak spotkałam się krótko przed ostatnimi świętami. Wielce zdziwiona byłam, że taka spokojna,  że przedświąteczne przygotowania nie tylko jej wcale nie  przerażają, ale i opowiada o tym ze spokojem i uśmiechem. A przecież u nich przy  stole spotyka się zawsze jakieś 25 osób. Tak jest i na Wigilię i na Wielkanoc.

– Jak sobie pomyślę na przykład o wigilijnym barszczu i o tym, że w każdym talerzu powinno się znaleźć choćby 5 uszek, to i tak dobrze ponad sto musi ich być. Pierogów co najmniej  tyle samo. Podobnie z innymi potrawami. Ogromne ilości, jak w restauracji prawie!

Mariola Gierczak tylko ze spokojem się uśmiecha na te moje zadziwienia.  Z przekonaniem twierdzi, że wszystko zależy od dobrej organizacji. Jak się odpowiednio zaplanuje, odpowiednio wcześniej zacznie przygotowania, to wszystko się uda. A poza tym jest przyzwyczajona do codziennego przygotowywania posiłków w ilościach hurtowych. Codziennie rano 20 kromek chleba na kanapki dla najmłodszych dzieci. A na obiad: 9 litrów zupy, 10 kotletów, gar ziemniaków, misa sałaty… To  codzienność.  Są dużą rodziną. Ósemka dzieci, ona i mąż Jan. Razem tworzą placówkę opiekuńczo-wychowawczą typu rodzinnego.

Nazywają się „Brzozowy zakątek”, od nazwy osiedla, na którym dostali mieszkanie z TBS-u. No i z powodu tej brzozy, która rośnie w małym ogródku, do nich należącym.

Mieszkają tu od 2010 roku. To dobra lokalizacja, wygodne mieszkanie. Dużo lepiej niż w kamienicy przy ul. Bolesława Śmiałego w Szczecinie, gdzie mieszkali wcześniej przez kilka lat. Tam to nawet podwórka nie było, dzieci nie miały gdzie się bawić. A tu luksus! Szkoła blisko, park nie opodal, do sklepów też niedaleko. Dzieci mają gdzie jeździć na rolkach, na rowerze, chociaż boiska brakuje w pobliżu. Ale i tak luksus!

Mariola Gierczak wraz z mężem Janem prowadzą rodzinny dom dziecka od 2006 roku. Jak to się stało?

– W 2004 roku straciłam pracę i zastanawiałam się, co dalej robić – wspomina Mariola Gierczak. – Oglądałam kiedyś program w telewizji o domach dziecka i pomyślałam, że może właśnie mogłabym się zająć opuszczonymi dziećmi. Nie byłam z wykształcenia pedagogiem, ale zawsze lubiłam dzieci, miałam zresztą doświadczenie, bo wychowaliśmy przecież czwórkę swoich. Może by tak rodzinny dom dziecka? – pomyślałam.

Pomiędzy małżonkami musi być bardzo dużo empatii, skoro tak samo pomyślał mąż Jan. A może by tak rodzinny dom dziecka?

Poznali się 35 lat temu, w 1982 roku. Może niezbyt romantycznie, bo Mariola akurat była na praktyce w Drzeninie koło Gardna. Pracowała na polu przy burakach cukrowych. Było tam też wtedy wiele pracownic z Kieleckiego, które co roku przyjeżdżały do pracy w polu. Wśród nich mama Janka Gierczaka ze wsi Ruda Maleniecka koło Końskich, która od kilku lat wraz z jego młodszą siostrą tu mieszkała. Janek pracował i mieszkał w Szczecinie. Którejś niedzieli dwudziestoletni chłopak przyjechał odwiedzić mamę i siostrę. To było akurat wtedy, gdy w hotelu pracowniczym kwaterowały młode praktykantki, studentki Akademii Rolniczej w Szczecinie. Wśród nich Mariola, która spodobała się Jankowi od pierwszego wejrzenia. Dziewczyna szybko wyjechała do Szczecina. Janek jednak zdążył  umówić się z nią w mieście. Poszli na lody do kawiarni w „alei fontann”, najlepszej w mieście. Okazało się, że mają sobie sporo do powiedzenia, miło spędzili czas. I tak się wszystko zaczęło…

Janek wkrótce dostał powołanie do wojska. Spotykali się więc bardzo rzadko, ale listy pisali systematycznie. Niedługo po tym, jak Janek został żołnierzem, wydarzyła się tragedia. W wypadku samochodowym zginęła jego mama; pomiędzy Gardnem a Drzeninem potrącił ją samochód i śmierć na miejscu. Dramat! Janek z siostrą zostali sierotami, ojca już dawno stracili.  Janek stał się prawnym opiekunem niepełnoletniej siostry, która wtedy była uczennicą VII klasy. Musiał wrócić do wojska, więc dziewczynka czasowo została umieszczona w Domu Dziecka. Janek ją odwiedzał jak tylko mógł. Znajomość z Mariolą była wtedy prawdziwym lekiem na całe zło. Święta spędzali z jej rodziną i nie czuli się aż tak bardzo osieroceni.

Ślub odbył się w 1984 roku, gdy Janek skończył służbę wojskową. Budowlaniec z zawodu, murarz, tynkarz, nie miał problemów ze znalezieniem prac, zatrudnił się w SPBO-2. Dosyć szybko dostali dwupokojowe mieszkanie w Dąbiu, bo Janek był przecież także prawnym opiekunem niepełnoletniej siostry. Zamieszkała razem z nimi.  A później usamodzielniła się, zdobyła zawód fryzjerki i założyła własną rodzinę.

Mariola przez lata pracowała w biurze, ale nigdy nie przepadała za tym zajęciem. W czasach licealnych marzyła o stomatologii,  później żałowała, że nie zdobyła kwalifikacji pedagogicznych. Jakoś nie wierzyła w siebie,nie mogła znaleźć swojej drogi a potem zwyczajnie nie było czasu, bo czwórka dzieci… Kiedy została zwolniona z pracy, była na zasiłku dla bezrobotnych, poszła po poradę do doradcy zawodowego w Urzędzie Pracy. Po wypełnieniu testów okazało się, że ma predyspozycje pedagogiczne. Jeszcze śmielej zaczęła więc myśleć o  założeniu rodzinnego domu dziecka. Wraz z mężem odbyli wymagane kursy i po dwóch latach mogli wystartować z rodzinnym domem dziecka. To był rok 2006. Wtedy ta placówka podlegała Miejskiemu Ośrodkowi Pomocy Rodzinie. A 5 lat temu zmieniły się przepisy i nastąpiła reorganizacja, stali się placówką opiekuńczo-wychowawczą typu rodzinnego, podległą Urzędowi Miejskiemu. UM wyznaczył Fundację „Mam Dom” do obsługi finansowej i organizacyjnej placówek tego typu. Mariola i Jan Gierczakowie nie oceniali dobrze tej decyzji. Fundacja była pośrednikiem  w przekazywaniu pieniędzy. Wciąż sprawiało to problemy, opóźnienia w opłatach czynszu, za energię, itp. Zdarzało się, że na miesiąc lub dwa brakowało internetu lub kablówki  z powodu zaległości w opłatach.

Gierczakowie szybko uznali, że ten system się nie sprawdza, na co dowodem jest zmniejszenie liczby placówek opiekuńczo-wychowawczych typu rodzinnego. Jeszcze kilka lat temu było ich w Szczecinie 5, obecnie zostały tylko 3. I brakuje chętnych na otwarcie nowych. Za to nie ubywa dzieci, którym potrzebny jest rodzinny dom. Rok temu wraz z prowadzącymi podobną placówkę powołali Stowarzyszenie Wsparcia Rodzicielstwa Zastępczego. W listopadzie ubiegłego roku przystąpili do konkursu ogłoszonego przez UM i wygrali go. Już więc bez pośrednika, otrzymują dotacje na swoją działalność, sami pilnują terminowego opłacania wszystkich rachunków, planują wydatki. I w końcu udało się zatrudnić panią z kwalifikacjami, która zastąpi ich, kiedy wybiorą się na urlop.

– Do tej pory sami nie mogliśmy wyjechać, bo nie mieliśmy zastępstwa – mówią Gierczakowie.

– Bardzo cieszymy się więc, że w końcu nasz wspólny wyjazd był możliwy. Pod koniec kwietnia wyjechali sami na 9 dni. To było spełnienie  ich marzenia. Wypoczęli i pobyli tylko we dwoje, luksus im niedostępny od kilkunastu lat.

25.06.2018                                                     Gromadka dzieci Gierczaków.

Nie wybierali dzieci. Zaczynali z sześcioosobową gromadką w wieku od 3 do 12 lat. Wszystkie z trudnymi życiorysami, wielkimi zranieniami. Najstarsza Olimpia miała 11 lat, była uczennicą V klasy. Dwóch braci: 10-letni Damian oraz 8-letni Darek. I rodzeństwo: 16-letnia Magda oraz 6-letni Łukasz i 4-letni Daniel.

–  Był jeszcze z nami nasz najmłodszy syn Artur, wtedy piętnastoletni, starsze nasze dzieci zostały w naszym prywatnym mieszkaniu w Dąbiu – wspomina Mariola Gierczak.

Najkrócej była razem z nimi Magda, która szybko się usamodzielniła, zdobyła zawód fryzjerki, wyszła za mąż i wyjechała ze Szczecina. Jej młodsi bracia też nie byli długo u Gierczaków. Przez jakiś czas przebywali u swojej mamy, a później trafili do innych placówek. Jednak Daniel – już czternastoletni – w ubiegłym roku wrócił do rodziny Gierczaków, bo swoją działalność zakończył rodzinny dom dziecka Peplińskich, w którym chłopiec przebywał przez kilka lat.

Olimpia dopiero niedawno usamodzielniła się. Wyprowadziła się, choć pozostała w stałym kontakcie z rodziną Gierczaków. Przez lata była wielką podporą w opiece nad młodszymi dziećmi. Skończyła studium kosmetyczne, pracuje, daje sobie radę. Damian z pierwszej szóstki też się usamodzielnił, on równierz nie zaprzestał kontaktów. Mieszka w mieszkaniu chronionym. W domu Gierczaków jest stałym gościem, skończył szkołę cukierniczą, ale nie pracuje w zawodzie, zmienia pracę, ostatnio zatrudnił się w hurtowni „Biedronki”.

Darek zdobył kwalifikacje hydraulika. Pracuje i uczy się  zaocznie w liceum. Zdobył prawo jazdy i za pierwsze zarobione pieniądze  kupił samochód, starego Fiata za 1000 zł, ale jeździ.

„Brzozowy zakątek” dzisiaj, to Mariola i Jan Gierczakowie oraz sześcioro dzieci, dwa psy i dwa koty. Bez problemu wszyscy się mieszczą w dużym salonie połączonym z kuchnią, w którym jest  stół z krzesłami, wersalka, fotele. Do tego stare pianino, które Jan Gierczak dostał ze szkoły i wyreperował. Na razie jednak stanowi tylko ozdobę, bo nikt na nim nie gra. Na ścianie zdjęcia  w ramkach. Są na nich wszystkie dzieci i wnuki – zarówno rodzone jak i te, które stały się wychowankami ich domu rodzinnego.

Tuż za kuchnią pokoje dzieci i sypialnia Marioli i Jana Gierczaków. W pierwszym pokoju mieszkają  dziewięcioletnia Nikola i dziesięcioletnia Oliwia,  w kolejnym dwunastoletni  Adrian i siedmioletni Gracjan, w kolejnym najstarsi –  Michał i  Daniel.

W przedpokoju stoi komputer, który służy chętnym do gry (ale nie za długo). Najczęściej korzysta z niego siedmioletni Gracjan.

Psy wielorasowe – Juki  z lasu i Lesio ze schroniska. Kotka Chiquita z ulicy i jej synek Blacky.

W tak licznym towarzystwie nie ma czasu na nudę, ani na samotność. Mariola Gierczak lubi takie życie,  choć czasami marzy o chwili relaksu w ciszy. Chętnie zajęłaby się na przykład malowaniem, na co nie ma czasu. Tylko jeden obraz jej autorstwa wisi na ścianie. Kilka lat temu udało się go namalować. Ale tak zazwyczaj, to ciągle coś dzieje, zakupy, przygotowanie obiadu, pomoc w lekcjach, różne czynności domowe, które trzeba wykonać. Na brak zajęcia nie można narzekać, choć dzieci  chętnie pomagają we wszystkich pracach domowych.

– One doskonale wiedzą, że nie jesteśmy ich biologicznymi rodzicami – mówi Mariola Gierczak – mówią do nas: „wujku”, „ciociu”. Nasze zadanie polega na tym, by stworzyć im bezpieczny dom, nauczyć samodzielności i wiary w siebie. Najważniejsze, by później w życiu potrafiły dać sobie radę, zdobyć zawód, pracować, założyć rodzinę. Żeby miały wzorce, przykład, żeby wiedziały jak funkcjonuje rodzina. Nasze dzieci potrafią dbać o siebie, o porządek, uczą się gotować, prać , prasować.  Uczą się samodzielności. Nie boję się puszczać ich w świat, wiem, że sobie poradzą.

– Dzieci, które do nas trafiają zazwyczaj mają bardzo traumatyczne wspomnienia i doświadczenia z rodzinnych domów. Niektóre pochodzą z bardzo trudnych środowisk. Przed laty nawet zdarzyło się rodzeństwo z objawami zagłodzenia, wychudzone z dużymi brzuchami. Przez dość długi czas trudno było im uwierzyć, że tu jedzenia nie brakuje, chowali chleb pod poduszkę przed pójściem spać. A jak kiedyś poszli na mecz, to okazało się, że jeden z tych chłopców ma kieszenie pełne naleśników.

Trudnych sytuacji jest zresztą sporo. To normalne. I nie jest to wina dzieci.

– Staramy się być cierpliwi i wyrozumiali – opowiadają Gierczakowie.

– Bardzo często dzieci przychodzą do nas z lekami  uspokajającymi  Staramy się tak z nimi postępować, by nie musiały ich brać. Zazwyczaj się to udaje.

Są w stałym kontakcie z nauczycielami. Zdarza się jednak dość często, że dzieci niesłusznie posądzane są o przewinienia, których nie dokonały.

– W takich sytuacjach konfliktowych staramy się dokładnie wyjaśnić i jak trzeba bronimy naszych dzieci. One muszą wiedzieć, że jest ktoś, kto stanie w ich obronie, że kogoś obchodzą, że ktoś jest z nich dumny i zauważa postępy jakie robią – mówi zdecydowanie Jan Gierczak.

Dorosłe już, własne dzieci  Gierczaków są gośćmi w domu rodziców. Mariola Gierczak żałuje, że nie może poświęcić im tyle czasu, ile by chciała. Na szczęście nie obrażają się i zawsze są w komplecie na przykład, na święta. Najstarsza córka Elżbieta, ma 33 lata i jest mamą trzyletniego Edwarda i dwuletniego Witolda. Ich portrety wiszą w centralnym miejscu w pokoju gościnnym Gierczaków.

Młodszy syn Bartosz ma 31 lat i prowadzi firmę budowlaną. O 2 lata młodsza Kornelia  też jest mężatką, pracuje w sklepie z butami, a jej mąż Tomasz, to bokser zawodowy. Wychowankowie Gierczaków często bywają więc na zawodach bokserskich rozgrywanych na hali. Niektórzy trenują. Na przykład Ola dostała nawet stypendium UM za osiągnięcia  w boksie, miała też sukcesy na Mistrzostwach Polski. Usportowiona dziewczyna nie tylko boks trenuje, ale też biegi, chód sportowy. Obecnie swoich sił w boksie próbują też Oliwia i Adrian.

Najmłodszy syn Artur, (26 lat) na razie pracuje ze starszym bratem. Marzy jednak o tym, by zostać żołnierzem zawodowym. I pewnie uda mu się  mu spełnić to marzenie.

Gierczakowie są szczęśliwi, kiedy któreś z ich wychowanków znajduje dom adopcyjny. Zdarza się to rzadko, bo rzadko przebywające u nich dzieci mają uregulowany stan prawny, by było to możliwe. Do tej pory zdarzyły się tylko dwa przypadki adopcji ich wychowanków – Alexa i Oliwii. Adopcyjna mama Oliwii nawet z nią przyszła do nas w odwiedziny, choć dziewczynka nie bardzo pamiętała nasz dom, bo była tu krótko.

 

Obecnie na adopcję czeka siedmioletni Gracjan.  Jest uczniem I klasy, ma wiele zainteresowań.  Ma dobry głos, uczęszcza na zajęcia Chóru Chłopięcego „Słowiki”. Marzy o karate, choć boksem też się interesuje. Lubi gry komputerowe. Jest jak „żywe srebro”. Bardzo potrzebuje uwagi i miłości. Czeka na swój dom.

 

 

14. 07.2018                                     Gracjan szuka domu.

Kilka dni po zakończeniu roku szkolnego zajrzałam znów do duuużej rodziny Gierczaków (oficjalna nazwa Placówka Opiekuńczo-Wychowawcza Typu Rodzinnego). Zdecydowanie wolę nazywać ich rodzinnym domem dziecka. Bo to jest taka duża rodzina. Mariola i Jan Gierczakowie,  ósemka dzieci, dwa psy i kot.  Dzieje się!

Kiedy odwiedziłam ich, wszyscy szykowali się właśnie do wyjazdu na wczasy socjoterapeutyczne do Myśliborza. Odpoczynek dla dzieci, a zajęcia z zakresu psychologii i pedagogiki dla rodziców. Dla każdego coś odpowiedniego. Oddech po szkole. Pojechali wszyscy, od najstarszych: Ani, Michała, Daniela, Oliwii, Adriana i Nikoli, po najmłodszych: Gracjana i Miłosza.

Gracjan ma uregulowaną sytuację prawną i mógłby być adoptowany, jeśli znalazłaby się odpowiednia rodzina.

Podczas mojej rozmowy z Mariolą i Janem najmłodsi chłopcy – Gracjan i Miłosz co rusz pojawiali się w salonie, by o coś zapytać, czegoś się napić. Ciekawscy. Wiadomo jak to dzieci. Obydwaj są w tym samym wieku i rywalizują pomiędzy sobą.  Gracjan czuje się dużo pewniej, bo już ponad dwa lata tutaj się wychowuje, a Miłosz jest od niedawna. Obydwaj skończyli I klasę szkoły podstawowej i od września będą uczniami klasy drugiej.

Gracjan ma uregulowaną sytuację prawną i mógłby być adoptowany, jeśli znalazłaby się odpowiednia rodzina.

– To by było dla niego najlepsze rozwiązanie – mówi Mariola Gierczak. – Bardzo byśmy chcieli, by jak najszybciej znalazł rodziców adopcyjnych. On bardzo potrzebuje indywidualnego prowadzenia, zainteresowania, kogoś tylko dla siebie. My nie jesteśmy w stanie zapewnić mu naszej całkowitej uwagi, wychowujemy ósemkę dzieci w różnym wieku i musimy dzielić nasz czas między wszystkie dzieci, nie możemy go faworyzować.  Jesteśmy poza tym bardziej ciocią i wujkiem niż mamą i tatą. Nie każde dziecko jest u nas do pełnoletności, różnie bywa: jedni przychodzą, inni odchodzą. A rodzina adopcyjna, to całkiem coś innego, to mama i tata na całe życie. Tego właśnie potrzebuje Gracjanek.

Gracjan jest bardzo ruchliwy, bystry, szybko się uczy, „żywe srebro”.

– Gdyby nie nadmierna ruchliwość i niecierpliwość, to na pewno miałby lepsze wyniki w nauce – ocenia Mariola Gierczak – gdyby więcej z nim pracować indywidualnie, to na pewno byłyby rezultaty, bo jest bardzo inteligentny i chętny do pracy.

Ma dużo zainteresowań, od sportowych po muzyczne. W ciągu roku szkolnego, bardzo chętnie uczęszczał na zajęcia chóru chłopięcego ”Słowiki”. Cieszył się, za każdym razem kiedy występowali w szczecińskich przedszkolach. Zna sporo  piosenek. Nie ma problemu, kiedy się prosi, by zaśpiewał którąś. Długo nie trzeb go namawiać… I rzeczywiście poproszony śpiewa od razu, w miejscu w którym się akurat zatrzymał, widać, że lubi,ze sprawia mu to przyjemność.

Do tego, jak każdy chłopiec w tym wieku: lubi komputer, śmiga na rolkach, hulajnodze, interesuje się sportem. W czasie wakacji ma się zastanowić, czy woli zająć się piłką nożną czy karate. Od września na któreś z tych zajęć będzie zapisany.

– Idealnie by pasował do rodziny, która lubi aktywny wypoczynek – mówi Mariola Gierczak.

– Wspólne zajęcia sportowe, wyjazdy na wycieczki… marzenie, marzenie dla niego. Myślę, że pięknie by się dostosował, bo ma wielką potrzebę akceptacji i miłości. Gdyby dostał swój dom na zawsze, własną mamę i tatę, to na pewno bardzo by się starał, pracowałby ciężko, żeby udowodnić, że zasługuje na miłość. Ma duży potencjał.

Mariola Gierczak wspomina Alexa i Oliwię, dzieci, które były u nich dość krótko, bo znalazły rodziców adopcyjnych.

– To zupełnie inna historia – mówi – stają się najważniejsi dla swoich rodziców. A u nas już tak jest, że swoją uwagę musimy dzielić na ośmioro.  A poza tym odwiedzają nas także nasze dorosłe dzieci i wnuki, dla których też musimy znaleźć czas. Okazuje się, że z trzyletnim Edkiem, synem naszej córki, najbardziej lubi się bawić właśnie Gracjan. Jest bardzo opiekuńczy i mały Edek go uwielbia.

Widać, że Gracjanowi nie brakuje odwagi. I piosenkę śpiewa i odpowiada na pytania, kiedy spotykam go podczas jazdy na rolkach niedaleko domu.

– Wróci Pani jeszcze? – pyta.

– Wrócę, ale pewnie po wakacjach. Bo na razie czas wyjazdów.

Oprócz wczasów w Myśliborzu, działka w pobliżu Goleniowa, na której domek letniskowy, letnia kuchnia, a poza tym namioty , spacery po lesie i zabawy nad rzeką. Jan Gierczak pilnuje, żeby było bezpiecznie i ciekawie, a żona Mariola oprócz tradycyjnych obiadów często przygotowuje kiełbaski na ognisko, których pieczenie w ogniu dla mieszczuchów jest nie lada  atrakcją.

Mariola i Jan Gierczakowie nie narzekają. Radzą sobie, choć w czasie roku szkolnego chętnie przyjęliby pomoc kogoś, kto chciałby udzielać korepetycji z matematyki, języków obcych i innych przedmiotów.

 

 

 

21.08.2018                                                        Nikola i Adrian zawsze razem.


Po raz pierwszy do dużej rodziny Marioli i Jana Gierczaków czyli Placówki Opiekuńczo-Wychowawczej Typu Rodzinnego trafiłam  ponad rok temu. Kończyły się właśnie wakacje i trudno było znaleźć termin na wizytę, bo spraw do załatwienia sporo. A jak już umówiłam się, to trzeba było zmieniać termin, bo Adrian złamał rękę i konieczna była akurat wizyta u lekarza. Przyszłam następnego dnia, gdy już miał rękę w gipsie. Z tego też powodu od razu zwróciłam na niego uwagę. „Sympatyczny blondynek” – pomyślałam.  Nie skarżył się, ale wiadomo – do zadowolenia wielkich powodów też nie miał.  Tak się jakoś pechowo skończyły tamte wakacje. Za to te, już bez takich sensacji…

Adrian wygląda na spokojnego, cichego chłopca. Ma 13 lat i od września zacznie naukę w V klasie. Do rodziny Gierczaków przybył zaledwie półtora roku temu, razem z  siostrą Nikolą. Dziewczynka jest o 3 lata młodsza od brata, a od września będzie uczennicą IV klasie w pobliskiej podstawówce. Nikola uczy się całkiem dobrze, ale Adrian miewał kłopoty z nauką, stąd dopiero ta V klasa… W ostatnim roku było jednak nie najgorzej. Poprawił nie tylko oceny, ale i zachowanie. Mariola Gierczak twierdzi zdecydowanie, że można go za to pochwalić, bardzo się starał.

Adrian dba o siostrę, są bardzo solidarni, niemal nierozłączni. W swoim krótkim życiu obydwoje sporo przeszli, wiele trudnych sytuacji od najmłodszych lat. O szczegółach to lepiej nie mówić, nie wspominać.  Najważniejsze, że od kilku lat mają uregulowaną sytuację prawną i mogliby być adoptowani jako rodzeństwo, jeśli znalazłaby się odpowiednia rodzina.

Mariola i Jan Gierczakowie są przekonani, że adopcja jest najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich dzieci z uregulowaną sytuacją prawną, niezależnie od wieku. Bo to szansa na miłość i zainteresowanie, tylko tym lub tymi konkretnymi dziećmi. Szansa na taki prawdziwy, kochający dom na całe życie. Na  mamę i tatę tylko dla siebie i na zawsze.

A w takiej placówce, jaką Gierczakowie prowadzą, jest inaczej, ciągle się coś dzieje, trzeba dzielić uwagę na ośmioro dzieci. Są w stanie ich wychowywać, zapewnić bezpieczeństwo, posiłki, ubranie, szkolną wyprawkę, wozić na zajęcia pozalekcyjne, chodzić na wywiadówki itp. Ale już nie ma czasu, by każdemu dziecko  poświęcić  więcej uwagi, skupić się tylko na nim,  tylko dla niego być mamą i tatą. Jedne dzieci przychodzą, inne odchodzą, nie wiadomo, kto zostanie na dłużej, jest duża rotacja…

Mariola Gierczak ubolewa nad tym, że osoby zdecydowane na adopcję,  nie są odpowiednio zachęcane do zainteresowania się starszymi dziećmi, które przecież też mają prawo do znalezienia szczęśliwego domu. – Nie należy się bać takiej decyzji – mówi z przekonaniem. – Trzeba jednak pamiętać o tym, że musimy zrozumieć i pokochać dziecko z jego własną, trudną historią, jego charakterem, jego zdolnościami i możliwościami. Błędem jest narzucanie swoich wyobrażeń i marzeń  konkretnemu dziecku, które ma prawo być po prostu  sobą, zdać sobie sprawę, że gdzie indziej się wychowało, kto inny wpoił mu swój system wartości, że tego młodego człowieka nie my kształtowaliśmy.  Ale potrzeba miłości, akceptacji, poczucia bezpieczeństwa jest niezmienna, niezależna od wieku.

Mariola Gierczak w każdym dziecku widzi dobro. I jest przekonana, że cierpliwością, wytrwałością, miłością, to dobro można rozwijać i kształtować. Chętnie opowiada o pozytywnych cechach wszystkich dzieci z ich dużej rodziny. O Adrianie i Nikoli również. Czy bałaby się adopcji rodzeństwa? – Nie – mówi zdecydowanie. – Ale na pewno starałabym się oczekiwać tyle, ile można, a nie ponad ich miarę. Bo, każde dziecko jest indywidualnością, a nie naszym marzeniem i oczekiwaniem.

Adrian i Nikola wydają się trochę nieśmiali. Nikola ma zdolności aktorskie i lubi śpiewać, tańczyć, przebiera w różne stroje i improwizuje  jakieś scenki. Czasami razem z Oliwią dają w rodzinie całkiem ciekawe przedstawienia. Trudno jednak namówić Nikolę, by ot tak z marszu zaśpiewała przy obcych.  Nie ma odwagi…

Jest miła, lubiana w szkole, z nauką radzi sobie nie najgorzej. Kim chciałaby zostać? Jeszcze nie wie. Ale na zajęcia taneczne chce chodzić. Za to Adrian wie doskonale, w jakim zawodzie chciałby pracować. Interesuje się samochodami, wie o nich bardzo wiele, potrafi niemal każdą markę rozpoznać, często już z daleka. Marzy o tym, by zostać mechanikiem samochodowym. A skoro już teraz marzy, to pewnie zdobędzie ten dobry i dający utrzymanie zawód. I to, że uczy się nie najlepiej nie przeszkodzi, bo obiecuje, że będzie bardzo się starać, choć czytanie czy pamięciowe przyswajanie materiału, nie są jego najmocniejszymi stronami.

– Żona mówi tylko pozytywnie, to i ja najpierw dodam trochę słodyczy – dopowiada Jan Gierczak.  – Na przykład to, że  Adrian chętnie mi pomaga we wszelkich czynnościach związanych z samochodem. Chętnie idzie ze mną do garażu i tam razem stajemy do pracy, a zimą bez szemrania nawet i do odśnieżania się zgłasza. Żeby jednak nie było tak słodko, to dodam, że nie ma chęci włączyć się do takich wspólnych prac jak przygotowanie kolacji czy ogniska. Ale i tak widać, że zmienia zachowanie na lepsze, staje się spokojniejszy.

– Dzieci trafiły do nas po ciężkich przejściach, więc nie ma  c się dziwić, że na początku były nieufne i nieco nerwowe – mówi Mariola Gierczak. – Były wcześniej w kilku różnych placówkach, a w jednej  z nich musiało być coś bardzo nie tak, skoro na samo wspomnienie, trudno było im ukryć zdenerwowanie.  Adrian wcześniej  często reagował złością. Z tego powodu miał kłopoty  w szkole. Ja też bywałam wzywana, ale udało mi się na spokojnie porozmawiać i z nauczycielami i  z nim, co przyniosło efekty, chłopiec bardzo się uspokoił, poprawił zachowanie i wyniki w nauce. Oboje jesteśmy z tego bardzo dumni.

– To są dzieci z potencjałem – mówi o Nikoli i Adrianie. – Trzeba tylko mieć do nich dużo życzliwości, spokojne podejście. Być konsekwentnym, cierpliwym, wytrwałym, stawiać jasne granice i wymagania. A przede wszystkim rozumieć i kochać.

Adrian dostał od psychologa zadanie, by narysować swoje opiekunki. Jedną z poprzednich  narysował jako czarownicę. A kiedy otrzymał pytanie, do kogo by zadzwonił z bezludnej wyspy, bez wahania odpowiedział, że do obecnej cioci: Marioli Gierczak. I do Nikoli oczywiście, bo rodzeństwo zawsze jest razem i bardzo się wspiera. Najważniejsze, że od kilku lat mają uregulowaną sytuację prawną i mogliby być adoptowani jako rodzeństwo, jeśli znalazłaby się odpowiednia rodzina.

 

1.09.2018          Gierczakowie i ich Rodzinny Dom Dziecka.

 

Kiedy  odwiedziłam dużą rodzinę Gierczaków,  czyli Placówkę Opiekuńczo-Wychowawczą Typu Rodzinnego wakacje już były po półmetku, a może i nawet bliżej końca. Udało mi się jednak poznać jeszcze Marię i Tadeusza Trzaskosiów, którzy na tydzień przyjechali do Gierczaków z siódemką swoich dzieci. Oni prowadzą podobną placówkę we wsi Strzeszyn koło Biecza na Podkarpaciu. Obie rodziny poznały się 12 lat temu na szkoleniu dotyczącym prowadzenia placówek opiekuńczo-wychowawczych typu rodzinnego. I od tamtego czasu zazwyczaj dwa razy do roku odwiedzają się. Gierczakowie przeważnie jadą do Trzaskosiów w czasie ferii zimowych. To szansa, by dzieci popróbowały jazdy na nartach. A latem Trzaskosiowie przyjeżdżają na działkę Gierczaków, która znajduje się w okolicach Przybiernowa i wszyscy razem jeżdżą stamtąd nad morze, do Międzyzdrojów przeważnie.

Tym sposobem obie rodziny wraz z gromadką swoich dzieci mają wczasy i latem i zimą. Działka Gierczaków jest dosyć duża, w pobliżu rzeka i las. Jest niewielki dom letni i miejsce na namioty, gdy więcej osób, gdy trzeba.

Na działce, zwłaszcza dla mieszczuchów jest sporo atrakcji, od łowienia ryb w rzece, po codzienne rozpalanie ogniska i pieczenie kiełbasek, co wszyscy bardzo lubią. Jest też trampolina, z której najchętniej korzystają najmłodsi. A  poza tym spacery po lesie, gra w piłkę, badmingtona. Jak to na wakacjach.

Maria i Tadeusz Trzaskoś mają dwoje własnych dzieci, a  rodzinny dom dziecka prowadzą od 2000 roku. Wszystko zaczęło się 9 lat wcześniej, kiedy to stali się rodziną zastępczą dla siedmiorga dzieci siostry pani Marii. Zostały nagle sierotami, bo ich rodzice zatruli się czadem. Straszne! Najmłodsze dzieciątko zaledwie 9-miesięczne, najstarsze w VI klasie. Trzaskosiowie zrobili wszystko, by dzieci nie trafiły do domu dziecka,  stali się dla nich rodziną zastępczą. I dalej wszystko potoczyło się tak, że do dzisiaj są wielką rodziną dla wielu dzieci. Podobnie jak Gierczakowie.

Oprócz pobytu na działce, wypadów nad morze, powrotów na kilka dni do Szczecina, dobrym wspomnieniem tegorocznych wakacji był tygodniowy obóz w Myśliborzu na początku lipca. Zwłaszcza najmłodsi  mile wspominają wycieczki do Parku Dinozaura i do Przelewic. Gracjanowi bardzo podobał się park linowy i dzielnie się wspinał, nawet dosyć wysoko. Z kolei dziewczynki prosiły o zdjęcia na ławeczkach ze słynnymi aktorami i piosenkarzami, które są w Międzyzdrojach. Nikoli podobała się postać Ireny Jarockiej, tym bardziej, że zna jej piosenki, a i sama lubi śpiewać.

Wrócili z wakacji prawie dwa tygodnie przed nowym rokiem szkolnym. W domu w Szczecinie jak zwykle gwarno, wiele się dzieje. Do gromady ośmiorga dzieci, dwóch psów i kota, dołączyła jeszcze jedna rasowa kotka, która stała się chyba pupilką pana Jana…

Mariola Gierczak spokojnie wszystko planuje i organizuje. Bez paniki, po kolei i systematycznie. Z wyprawkami szkolnymi właściwie żadnych problemów, wszystko jest: od tornistrów, strojów sportowych, po potrzebne przybory szkolne. Są to tańsze rzeczy, więc Mariola Gierczak mówi, że być może już za miesiąc będzie trzeba zrobić dodatkowe zakupy, kredek, ołówków, farb. Ale nie jest to żaden problem, bo pieniądze na ten cel są. I pewnie lepiej będzie kupić coś nieco lepszej jakości, bo te tańsze rzeczy szybko się zużywają.

 

Przed rozpoczęciem roku szkolnego ważna jest decyzja o zajęciach dodatkowych. – Nikola i Oliwia na zajęcia wokalne i taneczne w Pałacu Młodzieży – planuje pani Mariola. – Gracjan na pewno dalej chór i piłka nożna, bo tak wybrał. Miłosz chce tak jak Gracjan, ale jeszcze zobaczymy. Zależy wszystko od przesłuchania w chórze i decyzji trenera. Adrian też piłka nożna. Daniel pozostaje przy boksie. Najstarsi, Ania i Michał, to już praktycznie chodzą własnymi drogami. Ania zaczyna naukę w Technikum Hotelarskim, a Michał w zawodówce budowlanej.

Miłosza nie udało się zapisać do tej samej klasy, do której uczęszcza Gracjan. Trafił do innej szkoły – rejonowej. Obie szkoły znajdują się niedaleko domu, ale w przeciwnych kierunkach. W zależności więc od planu lekcji trzeba będzie ich odprowadzać albo razem, albo osobno. Mariola Gierczak nie widzi jednak problemu. Jak sama nie da rady, to mąż albo najstarsze dzieci.

Mariola Gierczak emanuje spokojem i ciepłem, jest dobrą organizatorką i wykazuje bardzo dużo cierpliwości. Śmieje się, gdy o tym mówię i komentuje: huknąć też czasami potrafię jak trzeba, bo to nie zawsze można być miłym, spokojnym i cierpliwym. Ale staram się przede wszystkim być konsekwentna i stanowcza. Stawiam dzieciom wymagania i granice, ale próbuję także pomóc im odnaleźć swoje zdolności i zainteresowania i zachęcam je do ich rozwijania.

U Gierczaków wszystkie dzieci wiedzą jaki jest plan dnia. Oprócz szkoły, odrabiania lekcji, mają też dyżury w domu, podczas których wykonują podstawowe prace; odkurzanie, sprzątanie po posiłkach i w swoich pokojach, wynoszenie śmieci.

Gierczakowie nie narzekają, radzą sobie ze wszystkim. Ale nie zawsze mają możliwości, by dostatecznie dużo czasu poświęcić dzieciom (zwłaszcza najmłodszym) przy odrabianiu lekcji. Bardzo chętnie przyjęliby więc pomoc wolontariusza chcącego pomagać w przyswajaniu wiedzy zwłaszcza z matematyki, języka angielskiego. – Nie chodzi o zawodowego korepetytora – mówi Mariola Gierczak. – Bardziej o kogoś kto chciałby pomóc w lekcjach i jednocześnie być starszą siostra, bratem. Może znajdzie się ktoś taki?

 

09.09.2018                         Gracjan szuka domu.

Gracjanowi nie dzieje się krzywda w jego rodzinnym domu dziecka (oficjalna nazwa: placówka opiekuńczo-wychowawcza typu rodzinnego), ale… ma uregulowaną sytuację prawną i mógłby być adoptowany, jeśli znalazłaby się odpowiednia rodzina.

Do wakacji Gracjan  był zdecydowanie najmłodszy pośród ośmiorga wychowanków, ale w czerwcu dołączył Miłosz też 9-latek i trzeba było podzielić na dwa wszelkie przywileje związane z byciem najmłodszym. Rywalizują codziennie o bycie najlepszym.  Na początku lipca całą rodziną byli na wczasach socjoterapeutycznych w  Myśliborzu. Jedną z największym atrakcji stanowiła wizyta w parku linowym. Tu dopiero Gracjan pokazał co potrafi. Wspinał się najwyżej i najszybciej. Udowodnił, że ma nie tylko zdolności sportowe, ale także odwagę i wytrwałość. Zdecydowanie w tych wspinaczkach był najlepszy!

Kiedy widziałam Gracjana podczas wakacji ubrany był w swoją ulubioną niebieską koszulkę  z napisem Mesi. Nic dziwnego, że lubi ją nosić, skoro przypomina słynnego piłkarza. Pojawił się na chwilę, napił się wody i dalej na podwórko z kolegami. „Żywe srebro!”

Nowy rok szkolny chłopcy rozpoczęli w innych szkołach, nie będą się więc spotykać  przez cały dzień, a tylko w domu. Może to i lepiej. Rywalizacji pewnie będzie mniej.

Gracjan jest uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej. Będzie kontynuował naukę śpiewu w znanym chórze chłopięcym . Chętnie uczęszcza na te zajęcia. Nie ma tremy, jak poprosiłam go, żeby zaśpiewał piosenkę, bez zastanowienia zaczął śpiewać i naprawdę całkiem niezłe to było. O myszce. Spodobało mi się.

W czasie wakacji miał się zastanowić, czy woli dodatkowe zajęcia z karate czy piłkę nożną. Wybrał piłkę, chociaż na karate, też chętnie by chodził. Co tu dużo mówić, gdyby mógł, uczestniczyłby we wszystkich możliwych zajęciach sportowo- wokalnych, do  takiej aktywności zawsze jest pierwszy.

Gracjan ma uregulowaną sytuację prawną i mógłby być adoptowany, jeśli znalazłaby się odpowiednia dla niego rodzina.

Wierzę, że Gracjan znajdzie kochającą rodzinę, która da mu dom, miłość i bezpieczeństwo. I pomoże w tym opisanie jego historii, bo dzieci starszych szukających  domu nikt nie widzi, w Ośrodkach Adopcyjnych nie proponuje się ich, nie ustawia się po nie kolejka chętnych rodzin, a to właśnie te dzieci, świadome już swojej sytuacji najbardziej pragną własnego miejsca na świecie przy własnej mamie i tacie, już na zawsze. Historię Gracjana  przeczytało wyjątkowo dużo osób. Wśród nich kilka rodzin zainteresowało się i zgłosiło chęć adopcję starszego dziecka.

Jak Anna i Jan z niewielkiego miasteczka na południu Polski. Już dosyć dawno myśleli o adopcji dziecka we wczesnym wieku szkolnym. Kiedy Anna przeczytała o Gracjanie pomyślała, że nie można odkładać tej decyzji. To już czas. Trzeba działać!

Szybko umówili się na rozmowę w Ośrodku Adopcyjnym położonym najbliżej ich miejsca zamieszkania. – Rozmowa trwała prawie dwie godziny – zwierza się Anna. – Bardzo się baliśmy. Czułam jak rośnie mi klucha w gardle, kiedy odpowiadałam na pytania. Widziałam też, że i mąż bardzo się denerwuje.

Wypełnili potrzebne dokumenty, dowiedzieli się, że muszą przejść cały cykl szkoleń, co potrwa kilka miesięcy. Wszystko jest niezbędne, aby adopcja była możliwa. Anna cieszy się, że pierwsze „koty za płoty”, że na razie zostali zaakceptowani jako potencjalna rodzina adopcyjna. Za miesiąc spotkanie z psychologiem. To bardzo ważne. Już na samą myśl Anna jest bardzo podekscytowana, ale jednocześnie cieszy się, że będą mieli szansę porozmawiać o ważnych sprawach, zadać nurtujące ich pytania. W końcu to decyzja, która zmieni nie tylko ich życie, ale i małego dziecka, może Gracjana.

– Koleżanka przesłała mi link z tekstem o Gracjanie – mówi Anna. – Jak przeczytałam, to tak jakoś od razu zaiskrzyło. – Może my? – pomyślałam. I kiedy porozmawiałam z mężem zadecydowaliśmy, że zgłaszamy się do Ośrodka Adopcyjnego. Wiem, że musimy przejść całą procedurę i w efekcie nie wiadomo, które dziecko stanie się członkiem naszej rodziny. Po pierwszej rozmowie wiem, że nie mogę nastawiać się, że to będzie akurat Gracjan. Staram się więc myśleć spokojnie i racjonalnie, czas pokaże, czy to Gracjan będzie naszym dzieckiem. Wyciszam emocje. Zobaczymy. Teraz musimy skupić się na przejściu wszystkich wymaganych procedur. Krok po kroku.

Anna j Jan są małżeństwem od 19 lat. Mają osiemnastoletnia córkę, która obecnie uczy się w liceum w klasie maturalnej. Po maturze pewnie wyjedzie na studia do większego miasta. Akceptuje pomysł rodziców o adopcji. Było to z nią uzgodnione.

– Chcieliśmy mieć więcej dzieci, a kiedy się okazało, że jest tylko Kasia, zaczęliśmy myśleć o adopcji – kontynuuje Anna. – Pochodzimy z mężem z rodzin wielodzietnych i stwierdziliśmy, że warto choć jednemu, samotnemu dziecku dać dom. Nie zrealizowaliśmy do tej pory tego pomysłu, bo przeszkodą było małe mieszkanie i wyjazdy męża do pracy za granicę. Nadal wyjeżdża, ale już na krócej, na 2-3 tygodnie, a później tydzień lub dwa jest w domu. To już nie jest tak źle. Będzie się starał być na wszystkich spotkaniach w ramach naszego szkolenia, może tylko jedno lub dwa opuści. A poza tym kilka miesięcy temu rozpoczęliśmy budowę własnego domu. Będzie nieduży, ale znajdzie się tam miejsce i dla nas, i dla naszej córki i … dla naszego adoptowanego dziecka. Być może właśnie dla Gracjana. Może… Nie od nas wszystko zależy, więc nie chcę zbyt dużo myśleć.

Dom będzie nieduży, ale za to działka wokół bardzo obszerna. Anna lubi pracę w ogrodzie, więc się nie boi, że nie da rady.  – Jesteśmy już po czterdziestce, ale siły jeszcze są – śmieje się. – To i planów nie brakuje.

W tym nowym domu urządzi też pracownię dla siebie. Chce zająć się odnawianiem starych mebli, przerabianiem drewnianych palet na meble. Ma zdolności manualne, więc coś tam jeszcze wymyśli.

A najważniejsze, że w tym nowym wymarzonym domu zamieszkają już w czwórkę.

Anna marzy i wierzy, że marzenia się spełniają.

cdn.

 

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz