Marta Murawska


Historia została dodana: 17-07-2017 r.
Ilość wejść: 2 210.

Redaktor/Autor: Halina Pytel – Kapanowska

pomogli Pomogli: Anna Frankowska

Ten sen powtarza się często; jest ciepło, słonecznie, błękitne bezchmurne niebo, lekki wiaterek. A ona biegnie truchcikiem, niezbyt szybko. Raz boso w pięknej zwiewnej sukience koloru białoróżowego niemal do ziemi, a innym razem ubrana na sportowo, w spodenkach i wygodnych białych tenisówkach. Za każdym razem czuje się fantastycznie z powodu tego biegania, jest bardzo szczęśliwa.  I zawsze ktoś czeka gdzieś w oddali, w lesie, albo na łące, za którą piękne jezioro.

Na pewno nie jest to bieg jak na zawodach, dla rywalizacji, ale dla przyjemności, na spotkanie kogoś bliskiego sercu, życzliwego…

Tak śni Marta Murawska, młoda kobieta z długimi włosami, która pięknie się uśmiecha. Na razie przynajmniej taki bieg jak ze snu, to tylko marzenie. Nierealne dzisiaj, choć może kiedyś…

Nierealne, bo trzydziestopięcioletnia Marta Murawska ma bezwładne nogi i porusza się na wózku. I tak już jest od 9 lat. Do dzisiaj jednak  tego wózka nie zaakceptowała, a tym bardziej nie pokochała. I wcale nie cieszy ją nowy model i to w kolorze czerwonym (bo taki wybrała), który wkrótce dostanie.

O bieganiu to właściwie tylko śni, bo marzyć już nie potrafi.

– Chyba cud jakiś by się musiał zdarzyć… Żeby chociaż można było wstać z tego wózka i znów chodzić o kulach jak kiedyś. Żeby tak rano wstać samodzielnie, samodzielnie się ubrać, wziąć kule i pójść do łazienki.

Oj, wiele, by za to dała.. Kto by pomyślał, że  szczytem marzeń może być poruszanie się o kulach, kiedy jeszcze  nie tak dawno normalnie się funkcjonowało. Te kule to by było spełnienie wielkiego marzenia. Bo, żeby  tak całkiem wyzdrowieć, to już nawet nie potrafi myśleć.  Odważa się jednak pomarzyć o miłości, żeby był ktoś, z kim mogłaby być razem na co dzień. Może i jest już nawet ktoś taki. Kamil. Spotyka się z Nim raz w tygodniu, tak na co dzień to przez Scype`a rozmawia. Poznali się półtora roku temu na Gadu Gadu, ale dość szybko spotkali  w rzeczywistości. Dobrze się razem czują, lubią rozmawiać na różne tematy. Do tego sympatia, trochę wspólnych zainteresowań. To już sporo. Jak dzwoni i pojawia się jego twarz w telefonie, to Marta od razu uśmiecha się od ucha do ucha. Szczerze.

Marta doskonale pamięta, kiedy się wszystko zaczęło. Recytuje jednym tchem

– To było w pierwszych dniach 2000 roku, dokładnie 4 stycznia – mówi. – Wstałam rano z ogromnym bólem głowy i zmiennym podwójnym widzeniem na lewe oko. Poszłam jednak do szkoły. Źle się czułam, ale jakoś wytrzymałam. Byłam wtedy uczennicą III klasy I LO w  Szczecinie. Nauki było dużo, nie chciałam opuszczać lekcji. Pojechałam do szkoły, choć miałam wrażenie, że widzę podwójnie. „Marta, Ty chyba masz zeza!” – wystraszonym głosem krzyknęła koleżanka jak mnie zobaczyła w szkole. „Idziemy do pielęgniarki!” – zadecydowała. Pielęgniarka w szkole zadzwoniła do rodziców. Myślała, że może zatrułam się jadem kiełbasianym. Wyglądałam jakoś tak dziwnie i niewyraźnie. Tata odebrał mnie ze szkoły i pojechaliśmy do szpitala na Unii Lubelskiej. Spędziłam tam kilka dni, dostawałam kroplówki z Solumedrolem (sterydy), byłam badana przez okulistę, neurologa i innych specjalistów. Wypisano mnie z diagnozą, która powaliła na kolana: stwardnienie rozsiane… Dostałam leki i wszystkie objawy prawie ustąpiły. Przez całe dwa lata udało się żyć prawie normalnie. W tym czasie zdałam maturę i dostałam się na studia; fizykę medyczną na Uniwersytecie Szczecińskim,  choć wcześniej myślałam o biotechnologii lub biologii.

                                    

Dwa lata względnej stabilizacji, a później kolejny rzut – częściowy paraliż ręki i nogi. Znów szpital, kolejne porcje silnych leków. Dalej trochę spokoju, polepszenie, ale… Na trzecim roku studiów już trzeba było „zaprzyjaźnić” się z kulą. Na razie jedną. Na piątym roku jedna już nie wystarczyła. Konieczna stała się nauka chodzenia z dwiema „przyjaciółkami”. Marta wspomina, że to był bardzo dramatyczny czas, bo na ostatnim roku studiów zdarzyło się aż 5 ciężkich rzutów choroby. I na egzamin magisterski Tata niósł ją na rękach, bo po schodach nie dała rady wejść, nawet z dwiema kulami.

W 2006 roku Marta uzyskała tytuł mgr fizyki, specjalności fizyka medyczna.

– Studia były ciekawe, choć niełatwe, wymagały dużo wysiłku – zwierza się. – Jestem dumna z mojego dyplomu, ale z perspektywy czasu oceniam, że po maturze lepiej było przynajmniej rok odpocząć, zastanowić się, co dalej. Mogłam nauczyć się na przykład gotowania i innych prac domowych. Moja refleksja wynika z tego, że jednak na studiach moje zdrowie bardzo się pogorszyło, zwłaszcza na piątym roku, bo wtedy właśnie było najwięcej  pracy i stresów.

Odkąd zachorowała przez kilka lat spotykała się z psychologiem, który pomagał jej zaakceptować życie z przewlekłą i nieobliczalną chorobą, jaką jest stwardnienie rozsiane. Przygotowywał ją także do tego, że może nastąpić pogorszenie, konieczność korzystania z kul, a nawet wózka. To była inna historia niż na przykład nagły skok do wody, paraliż i wózek. To był długo trwający, nieodwracalny proces. I mimo lat pracy nie udało się, Marta wózka nie zaakceptowała. Czy zaakceptowała chorobę?

Pewnie, bardzo by chciała, ale nie do końca  jednak jej to wychodzi… Nawet z samym Panem Bogiem do  dzisiaj o to się kłóci. I nadal pyta: dlaczego mnie to spotkało?

Te spory i retoryczne pytania nie przeszkadzają jej  jednak  uczestniczyć w rekolekcjach dla chorych organizowanych w Głogowie przez Siostry Uczennice Krzyża ze Stołczyna. Od kilku lat raz w roku, zazwyczaj zimą, Marta uczestniczy w tych wyjazdowych spotkaniach. Są to rekolekcje dla osób niepełnosprawnych, którym w codziennych czynnościach pomagają sprawne wolontariuszki. Wyjeżdża tam większość uczestników comiesięcznych spotkań, które Siostry organizują w Szczecinie.

– Siostra Kasia mnie zachęciła i tak to się zaczęło – mówi Marta. – Poznałam ją na opłatku w Seminarium, gdzie znalazłam się, dzięki księdzu z mojej parafii.

Spotkania na Stołczynie i wyjazdy do Głogowa, to możliwość poznania nowych ludzi, miłego spędzenia czasu z nimi, rozmów. Dla Marty to bardzo ważne.

– Potrzebuję wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi, nawiązywać relacje, bo nie myślę wtedy o chorobie, nie czuję się samotna – zwierza się   – cieszę się zwłaszcza wtedy, kiedy mogę komuś pomóc.

Marta potrafi wysłuchać drugiego człowieka, zrozumieć, okazać życzliwość, doradzić jak trzeba. Poza tym jest lojalna, dyskretna ni i mimo młodego wieku doświadczona, można jej zaufać. Jest sympatyczna, miło się uśmiecha, ma  ciepły,  spokojny głos. Już tylko to wystarcza, by czuć się  dobrze rozmawiając z nią. Prawdziwa terapeutka…

Potwierdziło się to bardzo kilka lat temu na turnusie rehabilitacyjnym w Choszcznie. Był tam taki chłopak, który z nikim nie chciał rozmawiać, mimo że wielu próbowało nawiązać z nim kontakt. Był wyjątkowo nieufny. Ale kiedy  Marta zagadnęła do niego łagodnie i z uśmiechem, zaczął z nią rozmawiać wychodząc ze swojej skorupy. Nikogo nie wpuszczał do swojej sali, a przed Martą otworzył drzwi i nawiązał relację. Wiele razy rozmawiali. Nawet jego mama była  zaskoczona i ogromnie Marcie wdzięczna.

– Kilka razy już słyszałam od ludzi, że cenne dla nich były rozmowy ze mną – mówi kobieta – bardzo się z tego cieszę, bo lubię ludzi i bardzo cenię sobie kontakt z każdym człowiekiem.

 

20.07.2017

 

 

Praca… Jest bardzo ważna, bo to szansa nie tylko na zarobienie pieniędzy, ale na nawiązanie kontaktu z innymi ludźmi, na  wyjście z domu,  na zapomnienie o chorobie.

Nie jest łatwo. W wyuczonym zawodzie nigdy nie miała szans pracować, ale dyplom magistra fizyki, fizyki medycznej na pewno pomógł w otwarciu innych drzwi. Tuż po studiach, dzięki Fundacji Chorych na Zanik Mięśni dostała półroczny staż w biurze.

Później miała pół roku przerwy, ale dzięki kolejnemu projektowi znalazła zatrudnienie jako telemarketerka.  Pracowała w tym charakterze całe 5 lat. Później dostała pracę w ZUS-ie, najpierw były to etaty stażowe, na 3 miesiące, dalej na 0,5 roku, aż w końcu umowa na zastępstwo na 1,5 roku.

Kiedy przepracowała 5 lat złożyła wniosek o rentę, którą udało się wywalczyć w 2017 roku.

Przez rok była bez pracy, ale 1 czerwca tego roku znów rozpoczęła pracę w ZUS-ie.  Na razie jest to znowu etat stażowy na czas określony, ale – nie ukrywa – bardzo chciałaby tu zostać na stałe. Pracuje bowiem niedaleko od domu, w Zdrojach. Od 7 do 14 – 7 godzin z powodu niepełnosprawności.

Cieszy się z tej pracy, choć wcale nie jest łatwo. Żeby zdążyć mimo, że ma bardzo blisko, budzi się już o godz. 5.20. Jeszcze na łóżku mama pomaga Marcie ubierać się od pasa w dół. Później za pomocą podnośnika pomaga usiąść na wózku. Do łazienki Marta  jedzie już sama.

– Ten podnośnik bardzo ułatwia wszystko – tłumaczy Marta –  urządzenie jest zawieszone na szynach,  dzięki niemu można podnieść się i przemieścić z łóżka na wózek i odwrotnie.  Wcześniej tata musiał brać mnie na ręce  i dźwigać, a wcale lekka nie jestem. To wielkie szczęście, że dostałam dofinansowanie z PFRON na zainstalowanie podnośnika, bo dzięki temu tata już nie musi się  męczyć, mama daje radę mi pomoc.

Od dzieciństwa Marta mieszka wraz z rodzicami w wieżowcu na 9 piętrze na osiedlu Słonecznym w Szczecinie. Rodzice cały czas bardzo pomagają, a Marta tej pomocy potrzebuje. Bardzo ich kocha. Wspierają ją w realizacji każdego pomysłu, nawet głupiutkiego. Martwi się jednak, że sami już mają swoje problemy zdrowotne i teraz to im  także przydałaby się pomoc i wsparcie. Z tego to też powodu Marta tak bardzo marzy o tym, by wstać z wózka, by nie był konieczny… żeby teraz ona mogła pomóc rodzicom, albo chociaż nie obarczać sobą…

Marta stara się być samodzielna, więc od lat pisze projekty do PFRON o dofinansowanie na różne cele. 16 lat temu, kiedy choroba ledwo co została zdiagnozowana, zrobiła prawo jazdy. Dzięki temu kilka lat temu mogła uzyskać dofinansowanie na zakup samochodu i oprzyrządowania.  Był akurat taki program. Sama zapłaciła 40 procent wartości samochodu. I tak ciemnoszary „Chevrolet AVEO” stał się „przyjacielem” umożliwiającym wyruszenie w świat.

Marta jeździ do pracy swoim samochodem. Jednak potrzebuje pomocy przy wsiadaniu do windy i później przy wsiadaniu do samochodu. Rodzice jak zwykle pomagają. Na szczęście od 5 lat jest już dużo łatwiej wyjechać z wieżowca, bo Spółdzielnia Mieszkaniowa, do której należy, zrobiła odpowiedni podjazd. Marta pisała wcześniej prośby , ale najpierw otrzymywała odpowiedzi odmowne, więc, gdy w końcu podjazd wybudowano, bardzo się ucieszyła, więcej nawet – poczuła się  szczęśliwa. Teraz łatwo odszukać wieżowiec, w którym mieszka, bo już z daleka widać ten jej podjazd. A jak Marta chce się spotkać ze znajomymi, to też może dojechać, jeśli oczywiście jej ktoś pomoże przy wsiadaniu i wysiadaniu z windy. Umawia się czasami w Galaxy, czasami na Jasnych Błoniach lub gdzieś na Prawobrzeżu.

W pracy stara się być przynajmniej 20 minut wcześniej, żeby chwilę odpocząć i przygotować do rozpoczęcia obowiązków. Podoba się jej to zajęcie, cieszy się, że pracuje. Równie ważne jest to, że pracuje poza domem, ma kontakt z ludźmi. Wcześniej, kiedy pracowała jako telemarkterka, w większości wykonywała swoją pracę w domu. Czułą się więc nieco osamotniona i zamknięta. Przebywała bowiem prawie cały czas w swoich czterech ścianach, a pokoik ma niewielki.

24.07.2017

 

Odkąd  Marta zachorowała cały czas walczy. Musi, żeby żyć w miarę normalnie.  Każdego dnia musi pokonywać wiele barier.

– Z perspektywy wózka wszystko wygląda inaczej – mówi Marta. – Jest wiele ograniczeń. Za wysokie krawężniki, nie do pokonania „kocie łby”, brak podjazdów w wielu miejscach użyteczności publicznej.

Nawiązała  kontakt z Fundacją Aktywnej Rehabilitacji, której celem jest aktywizacja ludzi na wózkach. Raz w miesiącu Marta bywa tu na spotkaniach.  Ze wzruszeniem i radością wspomina na przykład pobyt na obozie dla osób pracujących. Było tam dużo jazdy na wózkach, nauka pokonywania różnych przeszkód, zajęcia sportowe.

– Bardzo podobało mi się na przykład granie kulami boci, czerwone i niebieskie kule wrzucaliśmy do głównej białej – wspomina Marta. – To jest już nawet sport. W Klubie „Start” utworzona została nawet sekcja gry w boci. Może i bym się zapisała, ale teraz nie mogę, bo mam pracę, która jest dla mnie ważniejsze.

– Ja nie jestem po wypadku, z uszkodzeniem rdzenia kręgowego – kontynuuje Marta. – Osoby z tym schorzeniem są co prawda sparaliżowane od pasa w dół, ale zazwyczaj (choć nie zawsze) mają silne i sprawne ręce, dlatego mogą myśleć nawet o jeździe sportowej na wózku. Ja mam  słabe ręce. Moja choroba powoduje, że i one słabną. Muszę wkładać dużo wysiłku w to, by je regularnie wzmocnić , a i tak po jakimś czasie okazuje się, że trzeba od nowa, znów od nowa. Dlatego tak bardzo ważna jest rehabilitacja, zarówno na miejscu jak i na turnusach wyjazdowych.

Rehabilitacja kosztuje, Marta postarała się więc o swoje konto, na które można przekazywać 1 proc. podatku przy corocznych rozliczeniach. Dzięki temu już kilka razy udało się dodatkowo pojechać na turnus do Ośrodka dla Chorych na Stwardnienie Rozsiane w Bornym Sulinowie. Marta lubi tam przyjeżdżać. Nie tylko z powodu rehabilitacji, ale także dlatego, że spotyka ludzi, z którymi się dobrze rozumie. Poza tym, nie tylko na terenie Ośrodka, ale w ogóle w miasteczku można łatwo jeździć na wózku. A miejscowi są bardzo życzliwi i przyjaźni.

Kiedy Marta wraca z pracy do domu, zazwyczaj czeka już na nią obiad  przygotowany przez mamę.

– Marzę o tym, by chociaż w weekendy ją wyręczyć – zwierza się Marta. – Nie mogę jednak zająć się gotowaniem, bo nasza kuchnia jest bardzo malutka i ledwo mieszczę się wózkiem pomiędzy kuchenką a szafkami. Zarówno zlewozmywak jak i szafki są zbyt wysoko, nie dosięgnę. Nie jestem w stanie włączyć nawet czajnika, bo grozi to poparzeniem wrzątkiem. Konieczna byłaby przebudowa kuchni i dostosowanie jej do moich możliwości. To znów duże koszty. Nie mamy na to pieniędzy, więc złożyłam wniosek do MOPR-u o dofinansowanie. Na razie dostałam odpowiedź odmowną. Szkoda.

Marta pracuje 7 godzin, ale kiedy jest już w domu, musi odpocząć. Posiedzieć lub poleżeć na własnym łóżku. Wyciszyć się, posłuchać muzyki, odpowiedzieć na maile. Zajrzeć na Facebooka, by zobaczyć co tam słychać u bliższych lub dalszych znajomych, poczytać książkę, najczęściej  fantasy.

– Chciałabym jeszcze zająć się rękodziełem – zwierza się Marta. – Chętnie nauczyłabym się tworzyć biżuterię, kolczyki, bransoletki. Chyba musiałabym się zapisać na jakiś kurs, ale na razie nie wiem jeszcze gdzie, kiedy.

W październiku wyrusza na pielgrzymkę do Fatimy. Siostra Kasia organizuje, a to gwarancja, że wszystko będzie jak trzeba. Oprócz „wózkowiczów” będą też sprawne wolontariuszki. Marta więc  nie boi się dalekiej podróży. Już dzisiaj cieszy się na ten wyjazd. I kiedy o tym mówi uśmiecha się szerzej i radośniej niż zazwyczaj…

29.11.2017          Marta i jej Anioły na pielgrzymce w Portugalii

Marta Murawska to trzydziestopięcioletnia kobieta, która od 17 lat jest chora na stwardnienie rozsiane,  a od 9  – porusza się na wózku.

Zawsze uśmiechnięta, ale odkąd spełniła swoje wielkie i – jak sama określa – szalone marzenie, uśmiecha się jeszcze piękniej, cała sobą.

– Udało się ! Pofrunęłam! – mówi. – Udało się, dzięki moim Aniołom, którzy frunęli wraz ze mną i byli zawsze tam, gdzie i kiedy trzeba.

Szalone marzenie Marty, to pielgrzymka do Fatimy, którą zorganizowała s. Kasia ze Wspólnoty Sióstr Uczennic Krzyża.

Grupa liczyła 47 osób, wśród nich byli niepełnosprawni i wolontariusze, którzy  im pomagali. Z wózka korzystało 5 osób, ale tak naprawdę tylko Marta nie chodziła, gdyż jej nogi są bezwładne. Bała się trochę, ale nie aż tak bardzo, bo jeszcze przed wyjazdem poznała Dominika i Tomka, którzy zobowiązali się do pomocy w trakcie pielgrzymki. To oni pchali wózek, wnosili go i przenosili, kiedy było trzeba, pomagali Marcie na nim siadać i jeździć.

To o nich Marta mówi Anioły. Ale nie tylko o nich, bo Aniołów było na pielgrzymce więcej. Tak  nazywa także Martynę i Anię, z którymi dzieliła pokój.  I właściwie innych uczestników pielgrzymki, też można by tak nazwać, bo każdy bez pytania służył pomocą jak było trzeba.

7 października 2017 roku. Tę datę Marta zapamięta na zawsze. Jej  pierwszy lot samolotem i to jeszcze tak daleko: aż do Portugalii. Anioły pomogły zająć miejsce, ale wózek był schowany. Marta ma bezwładne nogi i nie usadowiła się dobrze w fotelu, więc…

– Miałam wrażenie, jakbym wypadała, bałam się, że uderzę twarzą w siedzenie przede mną, gdy samolot będzie lądował – wspomina. – Z pewnością coś by się stało, gdyby nie Martyna, która była obok, przytrzymała i zapobiegła przykremu zdarzeniu.

Z powrotem Marta już pamiętała, żeby dobrze przypiąć się pasami i przyjąć taką postawę, która nie pozwoli na ewentualne zderzenie.

Poza tym lot samolotem bardzo się Marcie podobał. Miło było obserwować wciąż zmieniające się pierzaste chmury. Super widok!

– Nie musiałam się bać, bo przecież frunęłam z moimi Aniołami – komentuje Marta wspominając wymarzony wyjazd do Fatimy.

Mieszkali w samej Fatimie. Jednak wielokrotnie wsiadali do autokaru i wysiadali z niego, żeby zwiedzać okolice. To wtedy Marta doświadczała niesamowitego uczucia, okazało się, że nikomu nie przeszkadza jej wózek, traktują go jak rzecz najnormalniejszą na świecie, tak bardzo wszyscy byli życzliwi i pomocni. Dzięki swoim Aniołom zapominała nawet, jak bardzo  nie lubi tego swojego wózka.

Tydzień w Portugalii był tak pełny wrażeń, że Marta nie musiała śnić i marzyć. Na jawie działo się to, co wymarzyła. Niezwykłe były przeżycia w samej Fatimie, kiedy pielgrzymi z różnych stron świata w różnych językach odmawiali wspólnie różaniec. To była jakaś niesamowita jedność, coś czego nie umie nazwać, ale czuła ten stan całą sobą, magia.
Niezwykła też była wyprawa do miejsca,  w którym Matka Boża objawiła się pastuszkom. Niezapomniane  były wycieczki nad ocean. I znowu sny stawały się rzeczywistością, była w miejscu wymarzonym,  mogła poczuć powiew wiatru znad oceanu, nasycić się słońcem, przepięknym widokiem. Na takie chwile warto czekać, warto dla nich żyć, nawet na wózku, nawet z ograniczeniami. Teraz wie, marzenia się spełniają nawet te najbardziej wydawałoby się nierealne.

Oczywiście nie byłoby to możliwe bez Aniołów. Znad oceanu wózek z Martą nieśli: ks. Zbigniew Rzeszutko, ks. Marcin Szczodry oraz kleryk Maciej Czaczyk (fotografia tytułowa).

Martynę Marta  poznała dopiero na pielgrzymce. Od początku jednak poczuła, że to „bratnia dusza”, że rozumieją się bez słów. Martyna miała tak dużo empatii, że Marta była zadziwiona, skąd ona to się bierze.

– Ona zawsze wiedziała, czego mi potrzeba – wspomina. – Może dlatego, że wcześniej pracowała już z ludźmi chorymi?

Martyna studiuje medycynę. Marta jest przekonana, że  będzie dobrym lekarzem. Bo właśnie tacy, z tak wielką empatią, są najbardziej potrzebni.

Równie dobrze rozmawiało się z Anią. Obie były doskonałymi „współspaczkami” w pokoju. I oczywiście pomagały w codziennych zabiegach higienicznych  i czynnościach, z którymi Marta sobie sama nie radzi. Anioły. Po prostu Anioły.

Po przyjeździe do Szczecina Marta nie miała zbyt dużo czasu na odpoczynek, bo 23 października  została przyjęta do pracy w ZUS-ie, o którą się starała. To było drugie spełnione marzenie. Praca jest bowiem dla Marty bardzo ważna. To szansa nie tylko na zarobienie pieniędzy, ale także, a może przede wszystkim na kontakt z ludźmi, którego nade wszystko potrzebuje.

Dwa spełnione marzenia, choć wszystko mogło się nie udać… bo, być może z powodu podwyższonego stresu pod koniec września Marta przeżyła kilka bardzo trudnych dni. Dokładnie pamięta datę, kiedy wszystko się zaczęło: 25 września. To wtedy poczuła się bardzo źle. Mocno wymiotowała. Myślała, że to od żołądka. Nie od razu rozpoznała, że to może być kolejny rzut choroby. Dopiero jak przestała czuć prawą stronę twarzy, to stwierdziła, że to jest to. I jeszcze do tego doszło pogorszenie wzroku – litery w  komputerze zmazywały się…. szybko skontaktowała się ze swoim   doktorem, który zlecił pięciodniową kurację silnymi lekami w kroplówkach. Marta poczuła przede wszystkim ogromny żal i niepokój, że wymarzony wyjazd do Fatimy się nie uda, że wszystko przepadło…

Ale…  bardzo chciała wyjść z tego kryzysu i pojechać na pielgrzymkę. I udało się. Do tego praca, przecież gdyby teraz zaczęła chorować straciłaby szansę na zatrudnienie. Siłą woli, zaklinaniem losu przełamała kryzys, podniosła się. Marzenia się spełniły, pielgrzymka do Fatimy i praca, czego chcieć więcej.

Marta jeszcze długo będzie się delektować  wspomnieniami i przypominać sobie, jak to ze swoimi Aniołami pofrunęła do Portugalii.

cdn.

 

 

 

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz