Paulina i Adam startujemy jako rodzina zastępcza.


Data dodania: 05-04-2019 r.
Ilość wejść: 978.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

pomogli Pomogli: 

Jak się okazało, że zaczyna być między nami tak na poważnie, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co dla każdego z nas jest ważne, z czego nie moglibyśmy zrezygnować, o czym marzymy. I okazało się, że niezależnie od tego, czy będziemy mieli swoje dzieci, ile ich będziemy mieli, oboje zadeklarowaliśmy, że chcielibyśmy przyjąć pod swój dach dziecko z nami niespokrewnione. Na początku mówiliśmy adopcja, bo nie bardzo rozróżnialiśmy formy pieczy zastępczej i nie było w tym żadnego bohaterstwa, poświęcenia czy altruizmu, po prostu oboje tego chcieliśmy. Ustaliliśmy i życie potoczyło się dalej.

Paulina 36 lat i Adam 32 lata, architekt wnętrz i biolog. Zakochani w swoich zawodach, ona projektuje ogrody, on z pasją oddaje się geodezji. Dom z ogrodem w najbardziej reprezentacyjnym miejscu w Szczecinie, pies, 2 koty i rybki w oczku wodnym na zewnątrz. Oboje zafascynowani sportami ekstremalnymi, uprawiają wspinaczkę, nurkują,  Adam wyczynowo jeździł na rowerze. Żałują, że nie mogli nigdy zakosztować sportów zimowych, bo … mają w domu piec na węgiel do którego zimą trzeba dorzucać co 3 godziny. Proza, proza życia. Poznali się w domu rodzinnym Adama. Ona przed laty wynajmowała mieszkania Adama, kiedy ten studiował w Koszalinie. Po studiach Adam wrócił do domu,, wybrali się razem jak przyjaciele na Woodstock, wrócili jako para. Za jakiś czas  pobrali się. Małżeństwem są od 6 lat, po roku zaczęli starać się o dziecko i nic, doszli do wniosku, że nie ma na co czekać i rozpoczynają starania o adopcję.

– Zgłosiliśmy się do Ośrodka Adopcyjnego, zaczęliśmy kompletować dokumenty, ale przede wszystkim były rozmowy z psychologiem, pedagogiem. W trakcie tych spotkań uświadomiliśmy sobie, że nie chcemy dziecka tak dla siebie, do kochania,  nie chcieliśmy małego, zdrowego dziecka po które stoi w Ośrodku kolejka chętnych potencjalnych rodziców. My chcieliśmy pomóc dzieciom starszym, które nie mają uregulowanej sytuacji prawnej, które nie mają szansy na adopcję, a które przecież też chcą  mieć normalny dom, normalne szczęśliwe dzieciństwo i jeżeli my im nie pomożemy, będą pozostawione w biologicznych niewydolnych, często dysfunkcyjnych rodzinach, albo w instytucjonalnych placówkach wychowawczych.  Padło fundamentalne pytanie czy my chcemy idyllicznego domu czy rzeczywiście chcemy pomóc ?

To tak prosto wygląda tylko z boku, wtedy dopiero ogarnęły ich wątpliwości, wiele nocy przegadali,  wiele łez się polało, dyskutowali, przekonywali się nawzajem. Myśleli, że będzie prosto, złożą papiery, przejdą cały system szkolenia dostaną dziecko, może urodzi się jeszcze ich biologiczne i będą żyli długo i szczęśliwie. Jak okazało się , że nie tak to będzie wyglądało, wdarł się w myślenie chaos i … panika. Rzucili się na komputery, przekopali internet, żadnych konkretnych informacji, na forach internetowych ludzie dzielili się tylko kłopotami, prosili o pomoc, albo wsparcie,  jeżeli już obszerniejszy artykuł, to z gatunku sensacji i rozlewu krwi. Zmiana priorytetów, poukładanie sobie na nowo wizji dalszego życia zajęła im rok. Dojrzewali do decyzji.

– Jak to w życiu dziwnie bywa. Któregoś wieczoru siedliśmy przed telewizorem, trafiliśmy na film  z Sandrą Bullock, tytułu nie pamiętam, chyba ” Big Mike”, przypadek. Ona w tym filmie uratowała  osamotnionego chłopca, kolegę ze szkoły jej syna. Zauważyła go i podała mu rękę, to zdecydowało o jego dalszym życiu. Po prostu go zauważyła w tłumie innych dzieci, 5 minut własnego czasu, nieraz tyle wystarczy, żeby zmienić bieg czyjegoś życia …. trzeba się zatrzymać, albo przynajmniej zwolnić, żeby zobaczyć potrzebującego małego człowieka. Takie dziecko nie ma nic do powiedzenia, nikt nie słucha tego, czego ono chce, czy jest mu dobrze, jest przenoszone z miejsca na miejsce decyzja sądów, urzędników, decydentów. I nagle wszystko stało się jasne. Tego właśnie chcę, chcę przyjąć do naszego domu właśnie takiego Big Mika, słaba motywacja? A jednak zdecydowała o naszym życiu, może nie tylko naszym.

Stawili się w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w dziale Pieczy Zastępczej. Wszystko zostało im wytłumaczone. To było w styczniu 2018 roku.

– Jak wyszliśmy stamtąd Adam poszedł do pracy,  ja wracałam parkiem do domu. Było ponuro i chłodno, a ja doznałam ” olśnienia”, nigdy wcześniej nie miałam takiego głębokiego poczucia, że nareszcie znalazłam się na właściwym miejscu, że wszystko co wcześniej działo się w moim życiu prowadziło mnie do tego momentu, do przekonania, że znalazłam swoją drogę, swoje przeznaczenie. Do tej pory miałam tysiące pomysłów na życie, pociągało mnie tyle perspektyw, tyle możliwości, świat stał przed nami otworem, a my miotaliśmy się, która droga fajniejsza, barwniejsza. I nagle wszystko stało się jasne i proste.

–  A potem moja żona płakała co 2 dni ze szczęścia mimo, że jeszcze nie rozpoczęliśmy procedur. Mieliśmy 2 miesiące na skompletowanie wszystkich dokumentów, bo  kurs miał rozpocząć się w czerwcu. Procedury podobne do adopcyjnych.

– Wszystko przebiegło sprawnie i bezboleśnie?

– Nie. Cały proces zaczyna się od rozmowy z psychologiem, w naszym przypadku też. Jest to rozmowa ważna, bo decydująca o tym, czy w ogóle możemy przystąpić do kursu. Potem testy, które pisaliśmy osobno. Wszystko powiedzieliśmy jak na spowiedzi, a Pani zatrzymała się przy punkcie o motywacje i zaczęła nam mówić, że dalej myślimy o adopcji i niczym nie mogliśmy jej przekonać, że myśleliśmy, ale rok temu, teraz wiemy w 100% że chcemy być rodziną zastępczą , a nie adopcyjną, bo w ten sposób mamy szansę pomóc większej liczbie dzieci. Zadawała nam pytania, na które znają odpowiedzi ludzie, którzy przeszli już szkolenie, a my byliśmy świeżasy, jeszcze zupełnie nieświadomi jak radzić sobie z sytuacjami, które mogą nas zaskoczyć.

– Na przykład…

– Jak się zachowamy, gdy między nami , a dzieckiem nawiąże się więź, a w trakcie naszej nad nim opieki ureguluje się jego sytuacja prawna i będzie mogło być adoptowane?

– Nasza odpowiedz, kosztowała nas dodatkową sesją z psychologiem sprawdzającą naszą motywację.

Kursy miały rozpocząć się w czerwcu, nie rozpoczęły się. Adam i Paulina polecieli do Egiptu na ostatnie wakacje we dwoje. Jak już wszystko zorganizowali okazało się, że kurs rozpoczyna się dokładnie wtedy, kiedy będą za granicą we wrześniu. W czasie 12 przewidzianych spotkań w ramach kursu można nie być tylko na 2, w szczególnych wypadkach można tą opuszczoną tematykę zaliczyć  indywidualnie, ale to już nie to samo. A w ciągu 12 tygodni wszystko się może zdarzyć. Im przytrafił się ślub w najbliższej rodzinie. Nie było wyboru.

– Do południa byliśmy na szkoleniu w Szczecinie i prosto spod Ośrodka w samochód i do Warszawy, zdążyliśmy na wesele. Mało tego skradliśmy całe show, kiedy okazało się z jakiego powodu nie mogliśmy być na ślubie, staliśmy się atrakcją wieczoru,  wszyscy nam gratulowali, podziwiali, pytali o szczegóły. Przez to cała rodzina od razu dowiedziała się o naszej nietypowej drodze jaką wybraliśmy, nie trzeba było tłumaczyć każdemu z osobna.

– Szkolenia…

– Mieliśmy super grupę, z częścią z tych osób do tej pory się spotykamy. Mieliśmy to szczęście, ze na 10 rodzin tylko 2 w tym my, nie będą rodzinami spokrewnionymi i też, tylko 2 rodziny w tym my nie, mieliśmy swoich dzieci biologicznych i nie znaliśmy dziecka, które przyjmiemy.  Przez to, że te rodziny już funkcjonowały praktycznie jako rodziny zastępcze mieliśmy okazję posłuchać o rzeczach, które dla nas były kosmosem. Bardzo, bardzo lubiliśmy te spotkania, mnóstwo nam one dały takiej zwykłej, codziennej ludzkiej mądrości. Wiedza i doświadczenie tych ludzi są dla nas bezcenne, żadne teoretyczne wykłady nie dałaby nam tyle, ile ci ludzie.  W zasadzie przez cały tydzień na nie czekaliśmy.

– Dużo mówiło się o rodzicach biologicznych, o szacunku do nich mimo wszystko, o zrozumieniu, tolerancji, o korzeniach dzieci. Oczy otworzył mi chłopak, któremu zabrano 2 dzieci, a on starał się je odzyskać. Zdumiało mnie, ile on musiał zrobić, jakich wyrzeczeń się podjąć, jak był kontrolowany, wręcz monitorowany, jak bardzo musiał się pilnować, pracować,  żeby odzyskać własne dzieci. Takich wyrzeczeń i pracy na pewno nie muszą ponosić rodzice którzy tych dzieci nie stracili. Ludzie często działają automatycznie, nie zdają sobie sprawy jak przez błahostki, niedopatrzenia, lekkomyślność można stracić dziecko, a potem jeśli chce się je oczywiście odzyskać, to prawie tylko temu celowi muszą poświęcić całe swoje codzienne życie.

Jednym z elementów kursu, są praktyki w innych rodzinach zastępczych, czy rodzinnych domach dziecka. Kurs skończył się pod koniec listopada.

– Po kursie umówiliśmy się na spotkanie w celu omówienia doboru dzieci. Byliśmy gotowi przyjąć nawet 3 dzieci, ale na początek zaproponowano nam jedno.

13 stycznia odbyło się spotkanie w trakcie którego, Paulinie i Adamowi przedstawiono propozycje  3 dzieci, asystenci rodziny opowiadali o każdym dziecku, mogli zapoznać się z dokumentami.

– Musieliśmy wybrać jedno dziecko, źle się z tym czułam, ale potem doszłam do wniosku, że właśnie tak powinno być. Mamy pomagać, jeśli na dzień dobry dostaniemy dziecko, które wypaczy nasze pojęcie o rodzicielstwie, jeśli się zrazimy i nie podołamy, nie pomożemy kolejnym dzieciom. Wszystko ma swój głębszy sens, nie zawsze dla nas od razu zrozumiały. Podeszliśmy do sprawy na chłodno, dwóch chłopców  i 5 letnia dziewczynka.

Po 3 dniach wrócili i poprosili o spotkanie z 5 – latką.

– Pojechaliśmy ją zobaczyć. Spodziewaliśmy się najgorszego, tak jak nas przygotowywali , że w zasadzie, każde dziecko coś tam ma , jedno więcej drugie mniej, autyzm, Faz, agresywne, wycofane, nieobecne, przestraszone, a zobaczyliśmy najpiękniejszą dziewczynkę na świecie, zdrową, wesołą Wiktorię, dziecko zupełnie nie jak z placówki.

– Przez pierwszą godzinę była onieśmielona,, nie naciskaliśmy, ale ciekawość zwyciężyła, pod koniec spotkania była już nasza. Potem na kolejnych 3 spotkaniach widzieliśmy się z nią w obecności opiekuna. Potem  zabraliśmy ją do domu, zobaczyła swój pokój, nasze zwierzaki.  Rozmawialiśmy o tym, czy chce z nami mieszkać.

– Gdybym nie miała nic do roboty, to pewnie cały czas bym o niej myślała. Od czasu jak ją zobaczyłam, chciałam ją przytulić, ale była bardzo niezależna i wystraszyłam się, że nie będzie chciała. Za to z Adamem od razu złapała kontakt, ganiał z nią , w końcu wdrapała mu się na ręce i tak już zostało. Bałam się, ze mnie nie polubi, ale na 3 spotkaniu, jak opiekunka ją przyprowadziła do nas, otworzyłam drzwi, a Wiktoria całą sobą przytuliła się do mnie. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo ja tego potrzebowałam, takiego zwykłego przytulenia dziecka. Ostatnio spędziliśmy z nią cały dzień w Papugarni. Poczuliśmy się za nią odpowiedzialni, poczuliśmy się rodzicami. Jak ją odprowadziliśmy do domu, zostaliśmy aż nie uśnie, bo nie chciała nas wypuścić. I wtedy poczuliśmy, że jesteśmy jej potrzebni, że jesteśmy dla niej ważni.

W międzyczasie  4 lutego złożyli wniosek do sądu o ustanowienie ich rodziną zastępczą dla Wiktorii.

cdn.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz