Samanta i jej chory synek.


Data dodania: 18-07-2019 r.
Ilość wejść: 489.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

pomogli Pomogli: Marta Wroniszewska

Szpitale, lekarze, konsultacje, rehabilitacja to codzienność Samanty i jej małego synka. Nie tak wyobrażała sobie start w dorosłość, choć teraz z perspektywy czasu widzi, że dostała dużo więcej, niż się spodziewała. Samanta wychowanka Rodzinnego Domu Dziecka, samotna matka chorego dziecka. Nareszcie życie ma już swój rytm, kolor i sens. Początek macierzyństwa, młodziutkiego, samotnego to chaos i przerażenie. To w takich momentach, kiedy traci się grunt pod nogami, robi się w życiu najgłupsze rzeczy.  To wtedy, trzeba odłożyć na później okres dorastania, młodzieńczego zagubienia, planów i marzeń i solidnie przyjrzeć się sytuacji, zweryfikować wartości i podjąć jakąś decyzję. Jakąkolwiek.

– Jaka ja wtedy byłam nierozsądna, jak mało brakowało do podjęcia nieodwracalnych decyzji. Przerażona 20-latka decydująca o życiu czy śmierci swojego dziecka. Ja, która nigdy nie wierzyłam w siebie, tak na dobrą sprawę nawet nie bardzo wiedziałam kim jestem i czego chcę, miałam wziąć na siebie odpowiedzialność za całkowicie ode mnie zależne dziecko. Miałam stać się całym światem małego człowieka, tylko co ja mu mogłam dać, nie miałam żadnego swojego świata, nie miałam nic. Jeszcze czysto fizyczne rzeczy, mogłabym zrobić, ale wiedziałam, że dziecko to nie nakarmienie i zmiana pieluchy, dziecko trzeba wychować, czegoś nauczyć. No, a czego ja miałabym je nauczyć, skoro sama nic nie wiedziałam.  Dobre 3 tygodnie, może miesiąc biłam się z myślami, czy nie usunąć ciąży. Tak , początek mojego macierzyństwa to strach i niemoc podjęcia jakiejkolwiek decyzji.

Była w ciąży z człowiekiem, który na pewno nie nadawał się na ojca, nie miała stałego dachu nad głową, nie miała pracy. Miała za to niskie poczucie własnej wartości i z każdej strony inne podpowiedzi. Koleżanka odwiodła ja od pomysłu aborcji. Brawo, dla tej młodej dziewczyny. Niedoszli teściowie zapewnili mieszkanie, choć mogła do rozwiązania mieszkać w mieszkaniu chronionym. Pojawiła się też pani, która podsunęła myśl o oddania dziecka do adopcji.

– Już wtedy wiedziałam, że urodzę, już wiedziałam, że zależy mi na tym dziecku, już wytworzyła się między nami więź. I wtedy przyszła pani, która powiedziała, żebym zastanowiła się nad oddaniem maluszka do adopcji. Mi nie trzeba było 2 razy powtarzać, że mogę nie dać rady, sama to wiedziałam. Więc, jak ktoś potwierdził moje obawy, byłam skłonna uwierzyć, że najlepszą opcją dla dziecka, bo już nie dla mnie, było zrzeczenie się praw do niego zaraz po porodzie. Niefajnie się wtedy poczułam. Cały czas w głowie kołatały mi 2 myśli, dobro dziecka kontra moje już przywiązanie do niego. Oddać, bo będzie mu lepiej, czy egoistycznie zostawić, skazać na niewiadomą, bo już nie chciałam być bez niego.

Samanta na razie nie musiała odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo do jej drzwi zapukał pan Michał , opiekun z mieszkania chronionego w którym dziewczyna wcześniej mieszkała.

– Zaprowadził mnie do pani Renaty z MOPR-u, która już miała parę takiej młodzieży jak ja, na usamodzielnieniu. I to pani Renacie zawdzięczam moje obecne życie.  Pani najpierw długo ze mną rozmawiała, przekonywała, że dam radę, żebym przynajmniej spróbowała, zorganizowała mi bezpłatną szkołę rodzenia. Spotykałyśmy się raz w tygodniu. Tak, pani Renatka doholowała mnie do porodu, ustawiła psychicznie. Zawdzięczam jej to, że jestem tu gdzie jestem, z dzieckiem i w sumie dumna z siebie. Kiedy po porodzie okazało się, że mój synek jest ciężko chory z niedobrymi rokowaniami, to już wiedziałam, dostałam odpowiedz na moje dylematy. Synek zostaje ze mną, nie oddam go, bo kto będzie chciał chore dziecko, a zostawić w placówce… nie chciałam dla niego losu, który mi zgotowano. Nigdy, on ma matkę, ma mnie, na pewno nie idealną, ale wybór,  placówka albo ja, był oczywisty.

Trudno sobie wyobrazić prawie nastolatkę, która zgłasza się w 8 miesiącu ciąży na kontrolne, rutynowe badania, a sprawy nagle przybierają dramatycznie szybki obrót. Lekarze zdecydowali o natychmiastowym rozwiązaniu zagrożonej ciąży. Już sam fakt przeprowadzenia cesarskiego cięcia przerażał dziewczynę. W tym wszystkim gdzieś zaczęło do niej docierać, że ciąża zagrożona, że maluszek traci tętno, że mogą być kłopoty, dlaczego!

– Jak go wyjęli, pierwsze co sobie pomyślałam, że taki duży jest. Dostał 8/9/10 punktów w skali APGAR , ale nie trzeba było być lekarzem, żeby zauważyć, że główkę ma nieproporcjonalnie dużą. Zabrali go na patologie noworodka, podejrzewali wodogłowie. Wyszłam ze szpitala po  4 dniach, on został na kolejne 10. 2 razy dziennie odwiedzałam synka. Po kolejnych badaniach okazało się, że ma nieprawidłowo ukształtowany mózg, to stało się w okresie prenatalnym, nikt wcześniej nie zauważył nieprawidłowości. Czy coś by to zmieniło? Prawdopodobnie nie, ale mogłabym oswoić się z tym faktem. Michałek był wtedy jedną wielką niewiadomą, nikt nie umiał powiedzieć, jak będzie się rozwijał. W szpitalu pytano mnie, czy w czasie ciąży dbałam o siebie, czy paliłam papierosy, piłam alkohol, czy zażywałam narkotyki? Czy w rodzinie były choroby genetyczne. Ja w czasie ciąży byłam czyściutka, nawet swoje leki psychotropowe odstawiłam, zresztą nigdy nie ciągnęło mnie do żadnych używek, dbałam o siebie. A w mojej rodzinie, owszem były dzieci z zespołem Downa. To był moment, kiedy sprowadzono mnie na ziemię, kiedy skończyły się dylematy i zastanawiania, wszystko stało się jasne i oczywiste. Teraz musiałam pomóc swojemu dziecku.

Pytań było dużo, odpowiedzi niewiele i to nie ze złej woli. Nikt z lekarzy nie był w stanie powiedzieć jak chłopczyk będzie się dalej rozwijał. Niewiadome było wszystko, od strony fizycznej jak i psychicznej. Mózg jest plastyczny i wszystko się może zdarzyć, mówili. Wszystko zależy od dziecka, od rehabilitacji, od pracy, jaką się w niego włoży.

– Byłam przerażona, widziałam oczyma wyobraźni dorosłego człowieka zachowującego się jak dziecko. Gdzieś z tyłu głowy mam to, że przez całe życie będę musiała się nim opiekować, że on może nigdy nie być samodzielny. Znajomi potępiają mnie za takie myślenie,  za to, że już Michałka skazałam, ale to nieprawda, ja po prostu nie okłamuję siebie. Nie mówię, że nie ma problemu, kiedy problem jest i muszę zrobić wszystko, żeby zmniejszyć jego skutki.

Od urodzenia Michałka, ta nierozłączna para krąży między lekarzami, od okulisty, do neurologa przez neurochirurga, kardiologa, logopedę , laryngologa. Rezonanse magnetyczne, co 3 tygodnie usg głowy. Przez pierwszy rok życia dziecka,  ciężko było cokolwiek stwierdzić. Lekarze nie mówili nic, ani w jedną, ani w drugą stronę. Przełom nastąpił w 18 miesiącu życia, kiedy to Michałek zaczął stawiać pierwsze samodzielne kroki. To był pierwszy ogromny sukces, bo lekarze nawet na to nie dawali nadziei, a już było wiadomo, na pewno będzie chodził. Teraz, nacisk jest kładziony na rehabilitacje mowy, słuchu, wzroku oraz nadwrażliwości sensorycznej. Niewykluczone, że Michał będzie potrzebował do 18 roku , a nie wykluczone , że do końca życia, wsparcia psychologicznego. Im bardziej będzie pobudzany mózg, tym większe postępy zrobi dziecko.

– Rehabilitacja stała się moją codzienności, jest już trochę tak, że robimy to mechanicznie, nie zastanawiając się, nie dociekając. 3 razy w tygodniu jesteśmy na rehabilitacji , a potem sumiennie to samo, do znudzenia powtarzamy w domu. Jeśli miałabym to robić przez następne 18 lat, to będę robiła. To jest tak oczywiste, że nie zakładam, że będzie inaczej. Za to teraz jak patrzę na synka, już coraz rzadziej myślę, że będzie taki zupełnie zdziecinniały. Widać włożoną pracę. Lekarze nie wiedzieli zupełnie jak będzie się rozwijał, czy będzie chodził, nie mówiąc już o postępie intelektualnym. A Michał ma teraz 2 latka,  już chodzi, biega, coraz więcej rozumie i wykonuje polecenia. Wie, jak nazywają się poszczególne przedmioty, zaczyna mówić. Ale ma też bardzo duże problemy z emocjami, im jest starszy tym wyraźniej to widać. Wpada w histerię z byle powodu, z tych nerwów zdarza mu się bić samego siebie, wpada w taką autoagresję. Każde moje nie powoduje u niego frustrację i zdenerwowanie. Pani neurochirurg, która prowadzi go, jest bardzo zadowolona z postępów Michałka. Na razie nie bierze żadnych leków, chociaż ostatnio przy badaniu pod katem padaczki, okazało się, że małe wyładowania w części potyliczno- skroniowej mózgu. To jeszcze nie padaczka, ale powiedzieli mi , że muszę być i na to przygotowana.

Samanta na razie w 100% koncentruje się na dziecku. Sumiennie wypełnia wszystkie zalecenia, lekarzy, rehabilitantów, psychologów, stara się nie przegapić żadnego sygnału wysyłanego przez synka. Zrobiła dużo, bardzo dużo, kosztem oczywiści, jak każda matka, siebie. Chciałaby pójść do ludzi, do pracy, więcej pieniędzy to więcej rehabilitacji dla dziecka, to lepsze warunki życia dla nich obojga, ale jej praca zawodowa, to mniej intensywna jej pracy z synkiem. Bardzo chciałaby, żeby chłopczyk mógł chodzić do przedszkole, żeby nabierał umiejętności funkcjonowania w grupie, żeby się uspołeczniał, ale jeszcze jest za malutki.

 

Chcę pomóc

Dodaj komentarz