Samanta – może można „adoptować” starszą młodzież?


Data dodania: 05-06-2019 r.
Ilość wejść: 1 387.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

pomogli Pomogli:

23 latka z 2 -letnim synkiem. Samotna matka. Wychowanka rodzinnego domu dziecka. Z zawodu fryzjerka. Spokojna, cichutka, cierpliwa, delikatna. Stara się, bardzo się stara utrzymać na powierzchni, teraz już jest lepiej, bo jest ktoś, kto bez niej sobie nie poradzi. Malutki Michał, synek. Nie chce wspominać, oglądać się w przeszłość, ale boi się też spojrzeć w przyszłość. Tu i teraz, zadaniowe dziś, żeby nie trzeba było myśleć co dalej.

–  Z niedowierzaniem patrzę na siebie. Jestem sama z niepełnosprawnym dzieckiem, jestem matką odpowiedzialną za zdrowie synka. Jak zamykam oczy chciałabym skulić się gdzieś na kanapie w jakiś swoim pokoju, w domu w którym byłabym chcianą córką, Michałek spałby obok mnie. Przy synku nie potrzebuję pomocy, wszystko zrobię sama, ale tak bardzo bym chciała, żeby i o mnie ktoś myślał, żeby przytuliła mnie jakaś przyszywana mama, albo pożyczona babcia, ale już chyba jest za późno, nie adoptuje się 23 latek, a szkoda. Nie należeć do żadnej matki, to najgorsze co może spotkać młodą dziewczynę.

Urodziła się w Szczecinie w rodzinie z problemami alkoholowymi. Ojciec pił nałogowo, mama też piła, nie pamięta, żeby ojciec kiedykolwiek pracował, mama nieraz dorywczo. W domu zawsze były awantury, głośne, agresywne, była przemoc fizyczna.

– Pamiętam dzień w którym zabrali nas z domu. Było jak zwykle, sąsiedzi wezwali policję i wtedy mój o rok starszy brat powiedział , że jest głodny, a podobno rzeczywiście wyglądaliśmy na mocno zaniedbane dzieci i dodał, że nie chce zostać w domu. On poprosił policjantów, żeby nas zabrali.

I zabrali, zawieźli do Pogotowia Opiekuńczego.

– Miałam wtedy 4 lata on 5, w Pogotowiu zaraz po przywiezieniu brat bardzo płakał, prosił, żeby nas nie rozdzielali i wywalczył , że zostaliśmy razem. Nie wiedziałam, dlaczego dla niego było to takie ważne, szłam za nim, on zawsze się mną opiekował więc mu wierzyłam. Przekonałam się po paru dniach, jak już musiałam pójść do grupy młodszych dziewczynek. Bardzo się bałam, głównie w nocy, w domu spaliśmy razem w jednym łóżku, tu dzieci nie znałam, dorosłych nie znałam i nie wiedziałam, gdzie on jest.

Z Pogotowia Opiekuńczego po pół roku trafili do Domu Dziecka „Zielony Dwór”, ogromna placówka 7 budynków ponad 200 dzieci.  Dwójka maluchów 4 i 5- latek  zamieszkali tam na długie 4 lata.

– Trudno powiedzieć, czy było nam tam dobrze, było normalnie innego życia nie znaliśmy, na pewno było lepiej niż w domu. Byliśmy najedzeni, czyści, nikt nie krzyczał, mieliśmy też poczucie, że mama o nas pamięta. Regularnie przychodziły od niej listy z zakładu karnego. Pani Ala nasza wychowawczyni nam je czytała, myśleliśmy, że czyta nam bajki, bo te listy były pięknie ilustrowane. Starannie kolorowane kredkami, nie wiem, czy mama miała takie zdolności, czy jakaś jej koleżanka z więziennej celi, tak czy inaczej rysunki były śliczne, ktoś się przy nich sporo napracował. Myślę, że gdyby mama nie miała problemu z alkoholem, byłaby dobrym człowiekiem. Zobaczyłam ją ponownie, jak już do szkoły chodziłam, taty nie poznałabym dziś na ulicy.

Samanta ma problem z określeniem relacji z mamą. Ma z nią sporadyczny kontakt, nie może pogodzić się z faktem, że zniszczyła wszystko, co dla dziecka, czy młodego człowieka ważne, że zabrała wiarę, pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa. Mało tego po latach taki sam los zgotowała kolejnemu dziecku, młodszej siostrze Samanty, Marcie i to ze zdwojoną siłą.

– Kiedy nas zabierali do Domu Dziecka, byliśmy bardzo mali, nie wiedzieliśmy co się dzieje, jak długo to będzie trwało,  ale mieliśmy siebie nawzajem, nie rozumieliśmy wtedy, co to znaczy mieć rodziców. Magda trafiła do Domu Dziecka jako 10 latka, ona już miała silną więź z mamą, masakra, jak musiała się czuć, była zupełnie sama, my już byliśmy pełnoletni. Mama po pijaku pobiła ja na tyle mocno, że zabrało ją pogotowie i długo leżała w szpitalu. Stamtąd przenieśli ją od razu do Rodzinnego Domu Dziecka. Do dziś jest w tej samej rodzinie, to szczęście, że nie tułała się po placówkach. Teraz, kiedy z bratem wynajęliśmy wspólnie mieszkanie, często zabieramy ją do siebie na weekendy. Mimo, że między nami jest duża różnica wieku, ponad 11 lat, staramy się utrzymywać z nią bardzo bliskie kontakty, ma tylko nas.  Ona całkowicie zerwała jakiekolwiek relacje z mamą. A mama, odkąd Magda nie chce mieć z nią kontaktu, nie ma już żadnych hamulców i pogrążą się coraz bardziej.

Z ogromnego Domu Dziecka Samanta z bratem przenieśli się do Rodzinnego Domu Dziecka, byli dobrymi, niesprawiającymi kłopotu małymi dziećmi.

– Na początku jeździliśmy tam tylko na sobotę i niedzielę. W tym domu były już dzieci, 10 letnia Kinga i 9 letni Łukasz. Były jeszcze psy, które ostatecznie przekonały nas do zamieszkania tam. Ciocia z wujkiem bardzo się starali, żeby zapewnić nam atrakcje, takie zwykłe domowe zajęcia, które dla nas były absolutną nowością. Teraz z perspektywy czasu widzę, jaką szansę dostaliśmy, że mogliśmy wychowywać się w warunkach domowych. Niedługo po nas, do naszego domu trafiło jeszcze jedno rodzeństwo, Adaś w moim wieku, miał 8 lat i jego młodsza siostra 1,5 roczna  Marysia. W takim składzie wychowywaliśmy się wiele lat. Praktycznie nikt nie przychodził, nikt nie odchodził. My mieliśmy zamkniętą drogę do adopcji, bo mama miała tylko ograniczone prawa rodzicielskie. To trochę bez sensu, mamie, a tym bardziej tacie, nigdy na nas nie zależało, a to żeby oni lepiej się czuli, żeby wiedzieli, że mają dzieci, żeby mieli motywację do walki z nałogiem, nam zabrano możliwość posiadania rodziny na całe życie. Tak, mam żal do dorosłych, że nikt za nami się nie wstawił, że nikt o nas nie pomyślał. To niesprawiedliwe, to dzieciom powinno się dawać szansę, a nie rodzicom. Były takie momenty kiedy marzyliśmy z bratem, żeby pójść do adopcji, żeby do kogoś należeć. Mamy ciocię i wujka, którzy nas wychowywali przez 10 lat, ale u nich są już kolejne dzieci, a potem będą jeszcze inne. Oni na zawsze będą ważnymi ludźmi w naszym życiu, ale my dla nich będziemy jednymi z kilkunastu. Ktoś z boku tego nie zrozumie.

Samanta i Marek mieli szansę na adopcję. Rodzina ze Szwecji u której dzieci spędzały parę razy wakacje, bardzo starała się o przyjęcie ich na stałe do siebie. Niestety, nieuregulowana sytuacja prawna dzieci sprawiła, że nie mogło dojść do adopcji. Samanta bardzo ciężko przechodziła swój okres dorastania. Nie umiała znaleźć sensu życia, nie umiała określić siebie, nie umiała wyznaczyć sobie celu, bała się samotności w dorosłym życiu, a dom w którym dorasta równocześnie 5 dzieci jest swoistym poligonem przetrwania.

– Przez cały okres dorastania towarzyszył mi smutek. To nie było niezadowolenie czy złość, tylko taki nigdy nie mijający smutek, czarna dziura. Myślę, że prawie wszyscy młodzi ludzie to przechodzą, może się nie przyznają, bo chcą być idealni, czy nie chcą martwić rodziców, ale na pewno większość wpada w taki stan beznadziei.  Mi on towarzyszył długo, a wiadomo co może podnieść nastrój, czyjaś bliska obecność, czyjeś zainteresowanie, ktoś, kto przytuli i powie, że będzie zawsze… Znalazłam sobie chłopaka, mieliśmy po 16 lat, bardzo byłam za nim, on był z normalnej rodziny … rozstaliśmy się. Nie dałam rady, chciałam popełnić samobójstwo. Wylądowałam, jak każdy po takiej próbie w szpitalu psychiatrycznym i to dopiero był szok, to tam zobaczyłam co to są choroby psychiczne i co z człowieka może zrobić zawirowanie w mózgu. Po 2 tygodniach ciocia zabrała mnie do domu.

I pilnowała na okrągło, tabletki przeciwdepresyjne, trzymała pod kluczem i po jednej wydzielała. Rozmawiała, tłumaczyła, rysowała najprzeróżniejsze wizje. A młody człowiek słucha, grzecznie przytakuje, ale swoje wie, wie najlepiej, niepodważalnie, walczy i neguje.

– Po jakimś czasie ciocia powiedziała, że czuje się oszukiwana, okłamywana i skoro nie potrzebuję już jej pomocy, to może pora, żebym  się usamodzielniła i wzięła sama odpowiedzialność za swoje życie. Miałam już 19 lat i mimo, że się bałam, wydawało mi się, że dam rade, tym bardziej , że była możliwość przejścia do mieszkania chronionego, do którego wcześniej wprowadziła się moja najlepsza przyjaciółka.

Akurat otwierali kolejne, nowe mieszkanie z pokojami dla usamodzielniającej się młodzieży z pieczy zastępczej. Duże, czyściutkie, każdy miał swój własny pokój, lokal zajmowały jeszcze 2 dziewczyny i 2 chłopków. Bezpiecznie, stabilnie, komfortowo można wejść w dorosłość. Ale samodzielne mieszkanie wiele weryfikuje, nie tylko dorosłość, odpowiedzialność,  ale i wcześniejsze przyjaźnie. Ale prawdziwa szkoła życia zaczęła się dopiero, kiedy Samanta poznała ojca swojego przyszłego dziecka. Traktowała tą znajomość jak odskocznię od codzienności, ostrożnie się jej przyglądała, bardzo chciała, żeby tym razem się udało. Mateusz był kucharzem , bardzo dobrym kucharzem i pochodził z normalnej, niepijącej rodziny, a to już samo w sobie było jakimś gwarantem lepszego życia.

– Był spod Koszalina, mało o sobie mówił, nie miał w Szczecinie żadnych znajomych. Nie miałam jak zweryfikować tego co mówił, nie miałam jak sprawdzić, jaki był wcześniej… Dla mnie był pogubionym chłopakiem, ale nie głupim, a ja byłam w tym samym miejscu co on, takie 2 dryfujące osoby, pasowaliśmy do siebie. Po pół roku zaszłam w ciążę, no i musiałam wyprowadzić się z mieszkania chronionego. Tak mówił regulamin, dziewczyna z dzieckiem nie mogła w nim mieszkać. Potem to już była równia pochyła.

Okazało się, że Mateusz jest człowiekiem agresywnym, zazdrosnym, miał problemy z prawem, narkotykami, był wcześniej na odwyku, miał sprawę za nękanie.  Poznała jego rodziców, ludzi bardzo skrzywdzonych przez syna, polubiła ich, okazali się bardzo życzliwi i pomocni. Nie wywierali wpływu na jej decyzje, rozumieli. A ona po raz kolejny była sama, była bliska usunięcia ciąży.  Ciocia, ale ciocia wcześniej mówiła, ostrzegała. Przyjaciółka, taka od zawsze i na zawsze w końcu ją przekonała, żeby urodziła i na pewno sobie poradzi.

– Mateusz mój chłopak, znowu trafił do więzienia, a ja byłam w ciąży, nie miałam rodziny, nie miałam domu, nie miałam kogo prosić o pomoc, brat był na Śląsku ze swoją dziewczyną. Złamałam się, poszłam w odwiedziny do więzienia z mocnym postanowieniem, że wierzę w zmianę Mateusza.

Z pomocą przyszli niedoszli teściowie, opłacili wynajęte mieszkanie, pokrywali część badań, na życie podsuwali pieniądze. Gdyby nie oni Samanta wylądowałaby w Domu Samotnej Matki. Dbała o siebie będąc w ciąży, żadnego alkoholu, żadnych papierosów, regularne wizyty u lekarzy , wszystkie wymagane badania. Do 8 miesiąca ciąża przebiegała wzorowo, ale podczas ostatniej wizyty lekarz zalecił kontrolne KTG czyli badanie tętna płodu. Poszła od razu z gabinetu do szpitala zrobić to badanie, nie chcieli jej przyjąć, bo nie miała skierowania, uparła się , nie odpuściła, zawalczyła jak prawdziwa matka. Okazało się, że tętno płodu słabe, została w szpitalu, następnego dnia lekarze zdecydowali o cesarskim cięciu, bo istniało ryzyko, że dziecko urodzi się martwe.

– Michał urodził się w 8 miesiącu ciąży, ważył 3350 i dostał 6,7,8 w skali Apgar, zabrali go na patologię noworodka. Po 2 dniach przyszła pani doktor i powiedziała, że podejrzewają wodogłowie, bo ma obwód główki 39 cm, a klatki piersiowej 33 cm. Jeszcze go nie widziałam od porodu, a już się dowiedziałam, że jest ciężko chory. Nie byłam na to przygotowana, przecież wszystko w ciąży było dobrze, bardzo o siebie dbałam, robiłam wszystkie badania i nikt mnie nie przygotował na to, że dziecko może być chore. To był straszny czas, po tygodniu zrobili mu więcej badań i okazało się, że ma nieprawidłowo wykształcony mózg, a to znaczyło , że może być znacznie opóźniony rozwojowo.

I zaczęła się kolejna walka Samanty tym razem o zdrowie i sprawność synka.

Rehabilitacja, codzienna, żmudna, wyczerpująca, gdyby nie determinacja Samanty Michał nie osiągnąłby tak szybko tych etapów rozwojowych co rówieśnicy. Dziś 2 -latek goni rówieśników już tylko z mową, wszystko nadrobił. Pierwsze prawdziwe zwycięstwo dziewczyny, pomogła.

– Zaczęłam się w nim zakochiwać stopniowo. Wzięłam do domu dziecko, które mi dali, patrzyłam na niego i nie wierzyłam, że jestem mamą, jego mamą. Codziennie się do tego faktu przyzwyczajałam i jak automat robiłam wszystko co kazali lekarze, żeby synek był sprawniejszy. Teraz jest całym moim światem, moim ratunkiem i moją nadzieją, już nie jestem sama. Dzięki niemu jestem silna, odporna, waleczna i na pewno dojrzalsza. Na drugi plan zeszłam ja i moje nastroje, rozterki. Jak teraz myślę o tych swoich próbach samobójczych, to dochodzę do wniosku, że były to młodzieńcze wybryki i że młodych ludzi powinno się bardzo pilnować. Później wielokrotnie ciężej dostałam po tyłku, a już nigdy nie przyszło mi do głowy odbierać sobie życia.

 

Gdzie Samanta jest teraz? Przez 1,5 roku dziadkowie Michałka od strony ojca, wynajmowali jej mieszkanie i pomagali przeżyć. Potem pani zachorowała na raka, więc walka toczyła się na innym froncie, co jest absolutnie zrozumiałe. Samanta dała szansę ojcu jej dziecka i na chwilę po jego wyjściu z więzienia zamieszkali razem, ale człowiek tak radykalnie się nie zmienia. Mieszkali razem do pierwszego pobicia, otrzymał sądowy zakaz zbliżania się do niej i do dziecka. Brat wrócił ze Śląska ze swoją dziewczyna i wziął ją z dzieckiem do siebie. Wspólnie opłacają wynajętą kawalerkę, a ona w międzyczasie dostała mieszkanie do remontu od Urzędu Miasta Szczecin. 3 pokoje, kuchnia, łazienka do kapitalnego remontu. Ktoś zgłosił ją do Szlachetnej Paczki i kolejny szok, wsparcie jakiego się zupełnie nie spodziewała, dostała pralkę, lodówkę i bony do wykorzystania na remont. Oczywiście, dostała też pieniądze na usamodzielnienie i sama trochę oszczędziła. Ale, największy wkład w remont miała ciocia Kasia, zapłaciła za całą instalację gazową, a to łącznie z robocizną był największy koszt.

– Dlaczego 3 pokoje, bo teraz ja zabieram ze sobą brata i musi być miejsce dla naszej siostry, ona jest jeszcze mała i jest w rodzinie zastępczej , ale musi wiedzieć, że jeszcze gdzieś, w jakimś domu jest łóżko dla niej.

 

cdn.

Chcę pomóc

Dodaj komentarz