Samanta – może można „adoptować” starszą młodzież?


Data dodania: 05-06-2019 r.
Ilość wejść: 2 064.

Redaktor/Autor: Ewa Juchniewicz

pomogli Pomogli: Marta Wroniszewska, Hanna Zarzycka – Garus, Joanna Żelazowska.

23 latka z 2 -letnim synkiem. Samotna matka. Wychowanka rodzinnego domu dziecka. Z zawodu fryzjerka. Spokojna, cichutka, cierpliwa, delikatna. Stara się, bardzo się stara utrzymać na powierzchni, teraz już jest lepiej, bo jest ktoś, kto bez niej sobie nie poradzi. Malutki Michał, synek. Nie chce wspominać, oglądać się w przeszłość, ale boi się też spojrzeć w przyszłość. Tu i teraz, zadaniowe dziś, żeby nie trzeba było myśleć co dalej.

–  Z niedowierzaniem patrzę na siebie. Jestem sama z niepełnosprawnym dzieckiem, jestem matką odpowiedzialną za zdrowie synka. Jak zamykam oczy chciałabym skulić się gdzieś na kanapie w jakiś swoim pokoju, w domu w którym byłabym chcianą córką, Michałek spałby obok mnie. Przy synku nie potrzebuję pomocy, wszystko zrobię sama, ale tak bardzo bym chciała, żeby i o mnie ktoś myślał, żeby przytuliła mnie jakaś przyszywana mama, albo pożyczona babcia, ale już chyba jest za późno, nie adoptuje się 23 latek, a szkoda. Nie należeć do żadnej matki, to najgorsze co może spotkać młodą dziewczynę.

Urodziła się w Szczecinie w rodzinie z problemami alkoholowymi. Ojciec pił nałogowo, mama też piła, nie pamięta, żeby ojciec kiedykolwiek pracował, mama nieraz dorywczo. W domu zawsze były awantury, głośne, agresywne, była przemoc fizyczna.

– Pamiętam dzień w którym zabrali nas z domu. Było jak zwykle, sąsiedzi wezwali policję i wtedy mój o rok starszy brat powiedział , że jest głodny, a podobno rzeczywiście wyglądaliśmy na mocno zaniedbane dzieci i dodał, że nie chce zostać w domu. On poprosił policjantów, żeby nas zabrali.

I zabrali, zawieźli do Pogotowia Opiekuńczego.

– Miałam wtedy 4 lata on 5, w Pogotowiu zaraz po przywiezieniu brat bardzo płakał, prosił, żeby nas nie rozdzielali i wywalczył , że zostaliśmy razem. Nie wiedziałam, dlaczego dla niego było to takie ważne, szłam za nim, on zawsze się mną opiekował więc mu wierzyłam. Przekonałam się po paru dniach, jak już musiałam pójść do grupy młodszych dziewczynek. Bardzo się bałam, głównie w nocy, w domu spaliśmy razem w jednym łóżku, tu dzieci nie znałam, dorosłych nie znałam i nie wiedziałam, gdzie on jest.

Z Pogotowia Opiekuńczego po pół roku trafili do Domu Dziecka „Zielony Dwór”, ogromna placówka 7 budynków ponad 200 dzieci.  Dwójka maluchów 4 i 5- latek  zamieszkali tam na długie 4 lata.

– Trudno powiedzieć, czy było nam tam dobrze, było normalnie innego życia nie znaliśmy, na pewno było lepiej niż w domu. Byliśmy najedzeni, czyści, nikt nie krzyczał, mieliśmy też poczucie, że mama o nas pamięta. Regularnie przychodziły od niej listy z zakładu karnego. Pani Ala nasza wychowawczyni nam je czytała, myśleliśmy, że czyta nam bajki, bo te listy były pięknie ilustrowane. Starannie kolorowane kredkami, nie wiem, czy mama miała takie zdolności, czy jakaś jej koleżanka z więziennej celi, tak czy inaczej rysunki były śliczne, ktoś się przy nich sporo napracował. Myślę, że gdyby mama nie miała problemu z alkoholem, byłaby dobrym człowiekiem. Zobaczyłam ją ponownie, jak już do szkoły chodziłam, taty nie poznałabym dziś na ulicy.

Samanta ma problem z określeniem relacji z mamą. Ma z nią sporadyczny kontakt, nie może pogodzić się z faktem, że zniszczyła wszystko, co dla dziecka, czy młodego człowieka ważne, że zabrała wiarę, pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa. Mało tego po latach taki sam los zgotowała kolejnemu dziecku, młodszej siostrze Samanty, Marcie i to ze zdwojoną siłą.

– Kiedy nas zabierali do Domu Dziecka, byliśmy bardzo mali, nie wiedzieliśmy co się dzieje, jak długo to będzie trwało,  ale mieliśmy siebie nawzajem, nie rozumieliśmy wtedy, co to znaczy mieć rodziców. Magda trafiła do Domu Dziecka jako 10 latka, ona już miała silną więź z mamą, masakra, jak musiała się czuć, była zupełnie sama, my już byliśmy pełnoletni. Mama po pijaku pobiła ja na tyle mocno, że zabrało ją pogotowie i długo leżała w szpitalu. Stamtąd przenieśli ją od razu do Rodzinnego Domu Dziecka. Do dziś jest w tej samej rodzinie, to szczęście, że nie tułała się po placówkach. Teraz, kiedy z bratem wynajęliśmy wspólnie mieszkanie, często zabieramy ją do siebie na weekendy. Mimo, że między nami jest duża różnica wieku, ponad 11 lat, staramy się utrzymywać z nią bardzo bliskie kontakty, ma tylko nas.  Ona całkowicie zerwała jakiekolwiek relacje z mamą. A mama, odkąd Magda nie chce mieć z nią kontaktu, nie ma już żadnych hamulców i pogrążą się coraz bardziej.

Z ogromnego Domu Dziecka Samanta z bratem przenieśli się do Rodzinnego Domu Dziecka, byli dobrymi, niesprawiającymi kłopotu małymi dziećmi.

– Na początku jeździliśmy tam tylko na sobotę i niedzielę. W tym domu były już dzieci, 10 letnia Kinga i 9 letni Łukasz. Były jeszcze psy, które ostatecznie przekonały nas do zamieszkania tam. Ciocia z wujkiem bardzo się starali, żeby zapewnić nam atrakcje, takie zwykłe domowe zajęcia, które dla nas były absolutną nowością. Teraz z perspektywy czasu widzę, jaką szansę dostaliśmy, że mogliśmy wychowywać się w warunkach domowych. Niedługo po nas, do naszego domu trafiło jeszcze jedno rodzeństwo, Adaś w moim wieku, miał 8 lat i jego młodsza siostra 1,5 roczna  Marysia. W takim składzie wychowywaliśmy się wiele lat. Praktycznie nikt nie przychodził, nikt nie odchodził. My mieliśmy zamkniętą drogę do adopcji, bo mama miała tylko ograniczone prawa rodzicielskie. To trochę bez sensu, mamie, a tym bardziej tacie, nigdy na nas nie zależało, a to żeby oni lepiej się czuli, żeby wiedzieli, że mają dzieci, żeby mieli motywację do walki z nałogiem, nam zabrano możliwość posiadania rodziny na całe życie. Tak, mam żal do dorosłych, że nikt za nami się nie wstawił, że nikt o nas nie pomyślał. To niesprawiedliwe, to dzieciom powinno się dawać szansę, a nie rodzicom. Były takie momenty kiedy marzyliśmy z bratem, żeby pójść do adopcji, żeby do kogoś należeć. Mamy ciocię i wujka, którzy nas wychowywali przez 10 lat, ale u nich są już kolejne dzieci, a potem będą jeszcze inne. Oni na zawsze będą ważnymi ludźmi w naszym życiu, ale my dla nich będziemy jednymi z kilkunastu. Ktoś z boku tego nie zrozumie.

Samanta i Marek mieli szansę na adopcję. Rodzina ze Szwecji u której dzieci spędzały parę razy wakacje, bardzo starała się o przyjęcie ich na stałe do siebie. Niestety, nieuregulowana sytuacja prawna dzieci sprawiła, że nie mogło dojść do adopcji. Samanta bardzo ciężko przechodziła swój okres dorastania. Nie umiała znaleźć sensu życia, nie umiała określić siebie, nie umiała wyznaczyć sobie celu, bała się samotności w dorosłym życiu, a dom w którym dorasta równocześnie 5 dzieci jest swoistym poligonem przetrwania.

– Przez cały okres dorastania towarzyszył mi smutek. To nie było niezadowolenie czy złość, tylko taki nigdy nie mijający smutek, czarna dziura. Myślę, że prawie wszyscy młodzi ludzie to przechodzą, może się nie przyznają, bo chcą być idealni, czy nie chcą martwić rodziców, ale na pewno większość wpada w taki stan beznadziei.  Mi on towarzyszył długo, a wiadomo co może podnieść nastrój, czyjaś bliska obecność, czyjeś zainteresowanie, ktoś, kto przytuli i powie, że będzie zawsze… Znalazłam sobie chłopaka, mieliśmy po 16 lat, bardzo byłam za nim, on był z normalnej rodziny … rozstaliśmy się. Nie dałam rady, chciałam popełnić samobójstwo. Wylądowałam, jak każdy po takiej próbie w szpitalu psychiatrycznym i to dopiero był szok, to tam zobaczyłam co to są choroby psychiczne i co z człowieka może zrobić zawirowanie w mózgu. Po 2 tygodniach ciocia zabrała mnie do domu.

I pilnowała na okrągło, tabletki przeciwdepresyjne, trzymała pod kluczem i po jednej wydzielała. Rozmawiała, tłumaczyła, rysowała najprzeróżniejsze wizje. A młody człowiek słucha, grzecznie przytakuje, ale swoje wie, wie najlepiej, niepodważalnie, walczy i neguje.

– Po jakimś czasie ciocia powiedziała, że czuje się oszukiwana, okłamywana i skoro nie potrzebuję już jej pomocy, to może pora, żebym  się usamodzielniła i wzięła sama odpowiedzialność za swoje życie. Miałam już 19 lat i mimo, że się bałam, wydawało mi się, że dam rade, tym bardziej , że była możliwość przejścia do mieszkania chronionego, do którego wcześniej wprowadziła się moja najlepsza przyjaciółka.

Akurat otwierali kolejne, nowe mieszkanie z pokojami dla usamodzielniającej się młodzieży z pieczy zastępczej. Duże, czyściutkie, każdy miał swój własny pokój, lokal zajmowały jeszcze 2 dziewczyny i 2 chłopków. Bezpiecznie, stabilnie, komfortowo można wejść w dorosłość. Ale samodzielne mieszkanie wiele weryfikuje, nie tylko dorosłość, odpowiedzialność,  ale i wcześniejsze przyjaźnie. Ale prawdziwa szkoła życia zaczęła się dopiero, kiedy Samanta poznała ojca swojego przyszłego dziecka. Traktowała tą znajomość jak odskocznię od codzienności, ostrożnie się jej przyglądała, bardzo chciała, żeby tym razem się udało. Mateusz był kucharzem , bardzo dobrym kucharzem i pochodził z normalnej, niepijącej rodziny, a to już samo w sobie było jakimś gwarantem lepszego życia.

– Był spod Koszalina, mało o sobie mówił, nie miał w Szczecinie żadnych znajomych. Nie miałam jak zweryfikować tego co mówił, nie miałam jak sprawdzić, jaki był wcześniej… Dla mnie był pogubionym chłopakiem, ale nie głupim, a ja byłam w tym samym miejscu co on, takie 2 dryfujące osoby, pasowaliśmy do siebie. Po pół roku zaszłam w ciążę, no i musiałam wyprowadzić się z mieszkania chronionego. Tak mówił regulamin, dziewczyna z dzieckiem nie mogła w nim mieszkać. Potem to już była równia pochyła.

Okazało się, że Mateusz jest człowiekiem agresywnym, zazdrosnym, miał problemy z prawem, narkotykami, był wcześniej na odwyku, miał sprawę za nękanie.  Poznała jego rodziców, ludzi bardzo skrzywdzonych przez syna, polubiła ich, okazali się bardzo życzliwi i pomocni. Nie wywierali wpływu na jej decyzje, rozumieli. A ona po raz kolejny była sama, była bliska usunięcia ciąży.  Ciocia, ale ciocia wcześniej mówiła, ostrzegała. Przyjaciółka, taka od zawsze i na zawsze w końcu ją przekonała, żeby urodziła i na pewno sobie poradzi.

– Mateusz mój chłopak, znowu trafił do więzienia, a ja byłam w ciąży, nie miałam rodziny, nie miałam domu, nie miałam kogo prosić o pomoc, brat był na Śląsku ze swoją dziewczyną. Złamałam się, poszłam w odwiedziny do więzienia z mocnym postanowieniem, że wierzę w zmianę Mateusza.

Z pomocą przyszli niedoszli teściowie, opłacili wynajęte mieszkanie, pokrywali część badań, na życie podsuwali pieniądze. Gdyby nie oni Samanta wylądowałaby w Domu Samotnej Matki. Dbała o siebie będąc w ciąży, żadnego alkoholu, żadnych papierosów, regularne wizyty u lekarzy , wszystkie wymagane badania. Do 8 miesiąca ciąża przebiegała wzorowo, ale podczas ostatniej wizyty lekarz zalecił kontrolne KTG czyli badanie tętna płodu. Poszła od razu z gabinetu do szpitala zrobić to badanie, nie chcieli jej przyjąć, bo nie miała skierowania, uparła się , nie odpuściła, zawalczyła jak prawdziwa matka. Okazało się, że tętno płodu słabe, została w szpitalu, następnego dnia lekarze zdecydowali o cesarskim cięciu, bo istniało ryzyko, że dziecko urodzi się martwe.

– Michał urodził się w 8 miesiącu ciąży, ważył 3350 i dostał 6,7,8 w skali Apgar, zabrali go na patologię noworodka. Po 2 dniach przyszła pani doktor i powiedziała, że podejrzewają wodogłowie, bo ma obwód główki 39 cm, a klatki piersiowej 33 cm. Jeszcze go nie widziałam od porodu, a już się dowiedziałam, że jest ciężko chory. Nie byłam na to przygotowana, przecież wszystko w ciąży było dobrze, bardzo o siebie dbałam, robiłam wszystkie badania i nikt mnie nie przygotował na to, że dziecko może być chore. To był straszny czas, po tygodniu zrobili mu więcej badań i okazało się, że ma nieprawidłowo wykształcony mózg, a to znaczyło , że może być znacznie opóźniony rozwojowo.

I zaczęła się kolejna walka Samanty tym razem o zdrowie i sprawność synka.

Rehabilitacja, codzienna, żmudna, wyczerpująca, gdyby nie determinacja Samanty Michał nie osiągnąłby tak szybko tych etapów rozwojowych co rówieśnicy. Dziś 2 -latek goni rówieśników już tylko z mową, wszystko nadrobił. Pierwsze prawdziwe zwycięstwo dziewczyny, pomogła.

– Zaczęłam się w nim zakochiwać stopniowo. Wzięłam do domu dziecko, które mi dali, patrzyłam na niego i nie wierzyłam, że jestem mamą, jego mamą. Codziennie się do tego faktu przyzwyczajałam i jak automat robiłam wszystko co kazali lekarze, żeby synek był sprawniejszy. Teraz jest całym moim światem, moim ratunkiem i moją nadzieją, już nie jestem sama. Dzięki niemu jestem silna, odporna, waleczna i na pewno dojrzalsza. Na drugi plan zeszłam ja i moje nastroje, rozterki. Jak teraz myślę o tych swoich próbach samobójczych, to dochodzę do wniosku, że były to młodzieńcze wybryki i że młodych ludzi powinno się bardzo pilnować. Później wielokrotnie ciężej dostałam po tyłku, a już nigdy nie przyszło mi do głowy odbierać sobie życia.

 

Gdzie Samanta jest teraz? Przez 1,5 roku dziadkowie Michałka od strony ojca, wynajmowali jej mieszkanie i pomagali przeżyć. Potem pani zachorowała na raka, więc walka toczyła się na innym froncie, co jest absolutnie zrozumiałe. Samanta dała szansę ojcu jej dziecka i na chwilę po jego wyjściu z więzienia zamieszkali razem, ale człowiek tak radykalnie się nie zmienia. Mieszkali razem do pierwszego pobicia, otrzymał sądowy zakaz zbliżania się do niej i do dziecka. Brat wrócił ze Śląska ze swoją dziewczyna i wziął ją z dzieckiem do siebie. Wspólnie opłacają wynajętą kawalerkę, a ona w międzyczasie dostała mieszkanie do remontu od Urzędu Miasta Szczecin. 3 pokoje, kuchnia, łazienka do kapitalnego remontu. Ktoś zgłosił ją do Szlachetnej Paczki i kolejny szok, wsparcie jakiego się zupełnie nie spodziewała, dostała pralkę, lodówkę i bony do wykorzystania na remont. Oczywiście, dostała też pieniądze na usamodzielnienie i sama trochę oszczędziła. Ale, największy wkład w remont miała ciocia Kasia, zapłaciła za całą instalację gazową, a to łącznie z robocizną był największy koszt.

– Dlaczego 3 pokoje, bo teraz ja zabieram ze sobą brata i musi być miejsce dla naszej siostry, ona jest jeszcze mała i jest w rodzinie zastępczej , ale musi wiedzieć, że jeszcze gdzieś, w jakimś domu jest łóżko dla niej.

 

 

 

 

 

18.07.2019                                                       Samanta i jej chory synek

Szpitale, lekarze, konsultacje, rehabilitacja to codzienność Samanty i jej małego synka. Nie tak wyobrażała sobie start w dorosłość, choć teraz z perspektywy czasu widzi, że dostała dużo więcej, niż się spodziewała. Samanta wychowanka Rodzinnego Domu Dziecka, samotna matka chorego dziecka. Nareszcie życie ma już swój rytm, kolor i sens. Początek macierzyństwa, młodziutkiego, samotnego to chaos i przerażenie. To w takich momentach, kiedy traci się grunt pod nogami, robi się w życiu najgłupsze rzeczy.  To wtedy, trzeba odłożyć na później okres dorastania, młodzieńczego zagubienia, planów i marzeń i solidnie przyjrzeć się sytuacji, zweryfikować wartości i podjąć jakąś decyzję. Jakąkolwiek.

 

– Jaka ja wtedy byłam nierozsądna, jak mało brakowało do podjęcia nieodwracalnych decyzji. Przerażona 20-latka decydująca o życiu czy śmierci swojego dziecka. Ja, która nigdy nie wierzyłam w siebie, tak na dobrą sprawę nawet nie bardzo wiedziałam kim jestem i czego chcę, miałam wziąć na siebie odpowiedzialność za całkowicie ode mnie zależne dziecko. Miałam stać się całym światem małego człowieka, tylko co ja mu mogłam dać, nie miałam żadnego swojego świata, nie miałam nic. Jeszcze czysto fizyczne rzeczy, mogłabym zrobić, ale wiedziałam, że dziecko to nie nakarmienie i zmiana pieluchy, dziecko trzeba wychować, czegoś nauczyć. No, a czego ja miałabym je nauczyć, skoro sama nic nie wiedziałam.  Dobre 3 tygodnie, może miesiąc biłam się z myślami, czy nie usunąć ciąży. Tak , początek mojego macierzyństwa to strach i niemoc podjęcia jakiejkolwiek decyzji.

Była w ciąży z człowiekiem, który na pewno nie nadawał się na ojca, nie miała stałego dachu nad głową, nie miała pracy. Miała za to niskie poczucie własnej wartości i z każdej strony inne podpowiedzi. Koleżanka odwiodła ja od pomysłu aborcji. Brawo, dla tej młodej dziewczyny. Niedoszli teściowie zapewnili mieszkanie, choć mogła do rozwiązania mieszkać w mieszkaniu chronionym. Pojawiła się też pani, która podsunęła myśl o oddania dziecka do adopcji.

– Już wtedy wiedziałam, że urodzę, już wiedziałam, że zależy mi na tym dziecku, już wytworzyła się między nami więź. I wtedy przyszła pani, która powiedziała, żebym zastanowiła się nad oddaniem maluszka do adopcji. Mi nie trzeba było 2 razy powtarzać, że mogę nie dać rady, sama to wiedziałam. Więc, jak ktoś potwierdził moje obawy, byłam skłonna uwierzyć, że najlepszą opcją dla dziecka, bo już nie dla mnie, było zrzeczenie się praw do niego zaraz po porodzie. Niefajnie się wtedy poczułam. Cały czas w głowie kołatały mi 2 myśli, dobro dziecka kontra moje już przywiązanie do niego. Oddać, bo będzie mu lepiej, czy egoistycznie zostawić, skazać na niewiadomą, bo już nie chciałam być bez niego.

Samanta na razie nie musiała odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo do jej drzwi zapukał pan Michał , opiekun z mieszkania chronionego w którym dziewczyna wcześniej mieszkała.

– Zaprowadził mnie do pani Renaty z MOPR-u, która już miała parę takiej młodzieży jak ja, na usamodzielnieniu. I to pani Renacie zawdzięczam moje obecne życie.  Pani najpierw długo ze mną rozmawiała, przekonywała, że dam radę, żebym przynajmniej spróbowała, zorganizowała mi bezpłatną szkołę rodzenia. Spotykałyśmy się raz w tygodniu. Tak, pani Renatka doholowała mnie do porodu, ustawiła psychicznie. Zawdzięczam jej to, że jestem tu gdzie jestem, z dzieckiem i w sumie dumna z siebie. Kiedy po porodzie okazało się, że mój synek jest ciężko chory z niedobrymi rokowaniami, to już wiedziałam, dostałam odpowiedz na moje dylematy. Synek zostaje ze mną, nie oddam go, bo kto będzie chciał chore dziecko, a zostawić w placówce… nie chciałam dla niego losu, który mi zgotowano. Nigdy, on ma matkę, ma mnie, na pewno nie idealną, ale wybór,  placówka albo ja, był oczywisty.

Trudno sobie wyobrazić prawie nastolatkę, która zgłasza się w 8 miesiącu ciąży na kontrolne, rutynowe badania, a sprawy nagle przybierają dramatycznie szybki obrót. Lekarze zdecydowali o natychmiastowym rozwiązaniu zagrożonej ciąży. Już sam fakt przeprowadzenia cesarskiego cięcia przerażał dziewczynę. W tym wszystkim gdzieś zaczęło do niej docierać, że ciąża zagrożona, że maluszek traci tętno, że mogą być kłopoty, dlaczego!

– Jak go wyjęli, pierwsze co sobie pomyślałam, że taki duży jest. Dostał 8/9/10 punktów w skali APGAR , ale nie trzeba było być lekarzem, żeby zauważyć, że główkę ma nieproporcjonalnie dużą. Zabrali go na patologie noworodka, podejrzewali wodogłowie. Wyszłam ze szpitala po  4 dniach, on został na kolejne 10. 2 razy dziennie odwiedzałam synka. Po kolejnych badaniach okazało się, że ma nieprawidłowo ukształtowany mózg, to stało się w okresie prenatalnym, nikt wcześniej nie zauważył nieprawidłowości. Czy coś by to zmieniło? Prawdopodobnie nie, ale mogłabym oswoić się z tym faktem. Michałek był wtedy jedną wielką niewiadomą, nikt nie umiał powiedzieć, jak będzie się rozwijał. W szpitalu pytano mnie, czy w czasie ciąży dbałam o siebie, czy paliłam papierosy, piłam alkohol, czy zażywałam narkotyki? Czy w rodzinie były choroby genetyczne. Ja w czasie ciąży byłam czyściutka, nawet swoje leki psychotropowe odstawiłam, zresztą nigdy nie ciągnęło mnie do żadnych używek, dbałam o siebie. A w mojej rodzinie, owszem były dzieci z zespołem Downa. To był moment, kiedy sprowadzono mnie na ziemię, kiedy skończyły się dylematy i zastanawiania, wszystko stało się jasne i oczywiste. Teraz musiałam pomóc swojemu dziecku.

Pytań było dużo, odpowiedzi niewiele i to nie ze złej woli. Nikt z lekarzy nie był w stanie powiedzieć jak chłopczyk będzie się dalej rozwijał. Niewiadome było wszystko, od strony fizycznej jak i psychicznej. Mózg jest plastyczny i wszystko się może zdarzyć, mówili. Wszystko zależy od dziecka, od rehabilitacji, od pracy, jaką się w niego włoży.

– Byłam przerażona, widziałam oczyma wyobraźni dorosłego człowieka zachowującego się jak dziecko. Gdzieś z tyłu głowy mam to, że przez całe życie będę musiała się nim opiekować, że on może nigdy nie być samodzielny. Znajomi potępiają mnie za takie myślenie,  za to, że już Michałka skazałam, ale to nieprawda, ja po prostu nie okłamuję siebie. Nie mówię, że nie ma problemu, kiedy problem jest i muszę zrobić wszystko, żeby zmniejszyć jego skutki.

Od urodzenia Michałka, ta nierozłączna para krąży między lekarzami, od okulisty, do neurologa przez neurochirurga, kardiologa, logopedę , laryngologa. Rezonanse magnetyczne, co 3 tygodnie usg głowy. Przez pierwszy rok życia dziecka,  ciężko było cokolwiek stwierdzić. Lekarze nie mówili nic, ani w jedną, ani w drugą stronę. Przełom nastąpił w 18 miesiącu życia, kiedy to Michałek zaczął stawiać pierwsze samodzielne kroki. To był pierwszy ogromny sukces, bo lekarze nawet na to nie dawali nadziei, a już było wiadomo, na pewno będzie chodził. Teraz, nacisk jest kładziony na rehabilitacje mowy, słuchu, wzroku oraz nadwrażliwości sensorycznej. Niewykluczone, że Michał będzie potrzebował do 18 roku , a nie wykluczone , że do końca życia, wsparcia psychologicznego. Im bardziej będzie pobudzany mózg, tym większe postępy zrobi dziecko.

– Rehabilitacja stała się moją codzienności, jest już trochę tak, że robimy to mechanicznie, nie zastanawiając się, nie dociekając. 3 razy w tygodniu jesteśmy na rehabilitacji , a potem sumiennie to samo, do znudzenia powtarzamy w domu. Jeśli miałabym to robić przez następne 18 lat, to będę robiła. To jest tak oczywiste, że nie zakładam, że będzie inaczej. Za to teraz jak patrzę na synka, już coraz rzadziej myślę, że będzie taki zupełnie zdziecinniały. Widać włożoną pracę. Lekarze nie wiedzieli zupełnie jak będzie się rozwijał, czy będzie chodził, nie mówiąc już o postępie intelektualnym. A Michał ma teraz 2 latka,  już chodzi, biega, coraz więcej rozumie i wykonuje polecenia. Wie, jak nazywają się poszczególne przedmioty, zaczyna mówić. Ale ma też bardzo duże problemy z emocjami, im jest starszy tym wyraźniej to widać. Wpada w histerię z byle powodu, z tych nerwów zdarza mu się bić samego siebie, wpada w taką autoagresję. Każde moje nie powoduje u niego frustrację i zdenerwowanie. Pani neurochirurg, która prowadzi go, jest bardzo zadowolona z postępów Michałka. Na razie nie bierze żadnych leków, chociaż ostatnio przy badaniu pod katem padaczki, okazało się, że małe wyładowania w części potyliczno- skroniowej mózgu. To jeszcze nie padaczka, ale powiedzieli mi , że muszę być i na to przygotowana.

Samanta na razie w 100% koncentruje się na dziecku. Sumiennie wypełnia wszystkie zalecenia, lekarzy, rehabilitantów, psychologów, stara się nie przegapić żadnego sygnału wysyłanego przez synka. Zrobiła dużo, bardzo dużo, kosztem oczywiści, jak każda matka, siebie. Chciałaby pójść do ludzi, do pracy, więcej pieniędzy to więcej rehabilitacji dla dziecka, to lepsze warunki życia dla nich obojga, ale jej praca zawodowa, to mniej intensywna jej pracy z synkiem. Bardzo chciałaby, żeby chłopczyk mógł chodzić do przedszkole, żeby nabierał umiejętności funkcjonowania w grupie, żeby się uspołeczniał, ale jeszcze jest za malutki.

 

 

30.08.2019                                       Samanta w końcu u siebie.

Samanta, jeszcze nie wierzy  mimo, że od jakiegoś czasu żyje tylko remontem i urządzaniem swojego pierwszego, własnego, wymarzonego mieszkanka. Dla kogoś, kto zmieniał adresy, współlokatorów i tak na prawdę nie bardzo wiedział, jak będzie wyglądała jego przyszłość, własny dach nad głową to początek wszystkiego co dobre. Jak to będzie poczuć się na swoim, od nikogo niezależnym, odpowiedzialnym za siebie i własne dziecko? Oprócz radości jest też niepewność, może lęk … a jeśli nie da rady, ale dlaczego miałaby nie dać rady, nie ona pierwsza i nie ostatnia, która samotnie startuje w dorosłość. Dużo przeszła, zahartowana jest, uodporniona, teraz będzie już tylko łatwiej, zwłaszcza , że na początku zamieszka ze starszym bratem, zanim on też jakoś, już na stałe,  gdzieś się urządzi. Nie ma strachu.

 

58 m 2 , niezła dzielnica, fajne miejsce, choć droga do niego była długa.

– Najpierw złożyłam podanie do ZBiLK o mieszkanie socjalne. Jeszcze w ciąży byłam. Kiedy okazało się, że Michałek urodził się chory, że będzie potrzebował rehabilitacji, że może się okazać, że nie będzie chodził, trochę zmieniłam priorytety, pytałam jaka jest szansa, żebyśmy dostali lokum na niższym piętrze. Żeby toaleta była w mieszkaniu, żeby ogrzewanie było miejskie, a nie piece. Okazało się, że nie, żadnych ulg, nie mogę mieć żadnych życzeń w związku z niepełnosprawnością syna. Wtedy zaczęłam zastanawiać się nad mieszkaniem do remontu, bo wtedy nikt nie narzuca lokalu, można go sobie dopasować do własnych potrzeb i możliwości. Dziadkowie Michałka od strony ojca cały czas powtarzali, że w remoncie pomogą, żebym się nie zastanawiała. Będąc z pieczy zastępczej, mieszkając w mieszkaniu chronionym, jako samotna matka miałam największą punktację, więc wiedziałam, że jeżeli już zdecyduję się na jakieś mieszkanie to je dostanę.

Samanta obejrzała 3 lokale, miała określone preferencje. Nie za duże, żeby była w stanie je utrzymać , ale jednocześnie muszą zmieścić się w nim  3 osoby, czyli ona z dzieckiem i  jej brat. Znalazła 58 m2 , 3 pokoje, jeden dla dziecka, jeden dla brata i jeden dla niej, kuchnia i łazienka, wysoko, 3 piętro, z wózkiem , dzieckiem i zakupami ciężko,  ale za to ogrzewanie miejskie i łazienka w mieszkaniu. Optymalnie, chociaż stan fatalny, do kapitalnego remontu. Zakres robót wyceniono na 33 tysiące. Zdecydowaną większość prac wykonał dziadek Michałka, a za instalację centralnego ogrzewania w całym mieszkaniu zapłaciła cioci Kasia, dawny opiekun prawny Samanty. Dzięki tej pomocy dziewczyna nie dość, że mogła pozwolić sobie na materiały wykończeniowe ze średniej półki, to jeszcze zamknęła finansowanie remontu na poziomie 29 tysięcy.

 

 

– Tak się cieszę, bo wszystko mam zrobione na miarę, pod nasze potrzeby i nasz gust. Będę się bardzo dobrze tu czuła, już dziś uwielbiam to mieszkanko. Wyremontowałam je za swoje oszczędności i z pieniędzy na moje usamodzielnienie, pieniądze z usamodzielnienia brata poszły na kuchnię. Dostałam ogromną pomoc ze szlachetnej paczki, a że jestem według brat „dusigroszem” starczyło na wszystko co niezbędne i będziemy mieszkali jak normalni ludzie. Teraz, trzeba będzie tylko je utrzymać. Na razie mam wyliczoną część płatności, zaliczkowo za wodę, c.o, śmieci, ścieki, generalnie za media  będę płaciła 330 złotych miesięcznie do tego dojdzie czynsz do ZBiLKu, ale on zostanie obliczony dopiero jak podpiszę umowę najmu tego mieszkania. Na wysokość tego czynszu składa się wszystko, od dzielnicy, stanu technicznego budynku, piętra, ogrzewania, czy toaleta jest w lokalu,  po wyposażenie mieszkania, standard, ale na szczęście ostateczną  wartość czynszu oblicza się od stanu sprzed remontu, no i najprawdopodobniej będę mogła liczyć na 50% bonifikatę, bo „zmieściłam się w metrażu”.

Samanta, jej synek i brat po raz kolejny musieli zapukać do swojego dawnego domu, rodzinnego domu dziecka, gdzie się wychowywali.

– Ciocia Kasia jak zwykle pomogła, w sytuacjach podbramkowych zawsze do niej idę, to jedyny dom jaki znam , jaki mam. Tyle, że to dom dla kilkunastu dzieci, które na przestrzeni lat tam mieszkały. Gdyby wszystkim jednocześnie ciocia była potrzebna, to trochę kiepsko by było. Tym razem musieliśmy gdzieś zamieszkać do czasu odbioru naszego mieszkania. Dotychczasowy wynajem skończył nam się wcześniej i musieliśmy się wyprowadzić. U cioci dzieci akurat zaczęły wakacje i wyjechał, więc my się tam na chwilę, na ich miejsce wprowadziliśmy.

Samancie pomogli też zupełnie obcy ludzie, internauci, którzy tutaj poznali jej historię.

– Panie  Joasia Żelazowska  i Hania Zarzycka – Garus najpierw zadzwoniły zapytać co przydałoby się do tego naszego nowego mieszkania. Umówiłyśmy się na spotkanie, pokazałam Paniom co już jest zrobione, a na co będę musiała jeszcze trochę poczekać i na razie na pewno nie będzie mnie stać. I okazało się, że Panie wróciły po paru dniach z nowiutkim zlewem, baterią, firankami, karniszami, naczyniami, dostałam garnki i sztućce, noże, deski do krojenia wszystko nowiusieńkie, z metkami z IKEA. Mało tego, Panie powiedziały, że jak chwilę pomieszkamy, to wtedy okaże się czego jeszcze brakuje, to postarają się dowieźć. Przyjechała też do mnie pani Marta Wroniszewska, dziennikarka z Warszawy, która pisze książkę o adopcji i pieczy zastępczej. Przeczytała tutaj moją historię i postanowiła przyjechać do Szczecina, żebyśmy mogły osobiście się poznać, porozmawiać i być może umieścić ją w swojej pracy. Powiedziała też, że w tym pierwszym okresie mojego usamodzielnienia pomoże mi finansowo. Bardzo się cieszę, a jednocześnie jestem bardzo wdzięczna, że ludzie mi zaufali,  że zawierzyli, że nie zmarnuję danej mi szansy. Dla mnie, to też w pewnym sensie zobowiązanie, żeby pokazać tym osobom, że staram się i radzę sobie.

Chcę pomóc

Komentarz do “Samanta – może można „adoptować” starszą młodzież?”.

  1. Bardzo wzruszająca historia. Bardzo chciałabym cię przytulić i powiedzieć Ci że nie jesteś sama. Jestem twoją rowiesniczka. Z chęcią chciałabym mieć taką siostrę jak ty, jesteś dzielna walcz dasz radę kochana tego ci życzę ♥

Dodaj komentarz